Przeczytałam dzisiaj na blogu Deszczowego komentarz Wędrownego Grajka, o tyle moim zdaniem ważny, że zasługuje na powtórzenie:
„Część moich znajomych w trakcie środowego wiecu stała obok poczty głównej, nakładały się tam głosy z obu stron, niewiele można było zrozumieć (żadnej zresztą ze stron). Ale ja nie o tym, dla nich szokująca była reakcja starszych, stojących obok osób, z których część to "żołnierze wyklęci". Ci ludzie po prostu PŁAKALI. Nie przeklinali, nie wymachiwali czy wygrażali. PŁAKALI z żalu, bezsilnego gniewu, upokorzenia ... Moi znajomi stwierdzili, że do końca życia zostanie im przed oczami ten obraz dumnych, z podniesioną głową i łzami w oczach, żołnierzy”.
Gdy czytałam ten komentarz, przed oczami stanęły mi inne łzy, których też zapomnieć nie mogę, choć minęło prawie dziesięć lat. W 50. rocznicę zamordowania siedmiu przywódców zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość” Sejm miał uczcić tę organizację. Zanim to jednak nastąpiło, przemowę palnął Longin Pastusiak. Dziwił się, że parlament zajmuje się głupotami zamiast bieżącymi problemami. Mówił o aktach terroru WiN i o tym, że więcej ofiar było po stronie lewicy i Urzędu Bezpieczeństwa, więc jeśli już, to im też należy się hołd. Rozpętała się burzliwa i żenująca debata, a kombatanci WiN w proteście opuścili salę. I pamiętam tych staruszków na sejmowym korytarzu, ich niedowierzanie, bezradność, upokorzenie, łamiące się głosy i łzy.
Takie łzy spadają prosto do serca i palą jak ogień, ale niestety – nie tych ludzi, co trzeba. Te łzy to hańba dla tych, co je wywołali. Całkiem nie po chrześcijańsku mam nadzieję, że te słowa i czyny wrócą kiedyś do ich autorów, staną im kością w gardle i przygniotą jak meteoryt.
W takich chwilach zawsze mi się nuci: Bo przyjdą czasy, że te kutasy będą na baczność przed wami stać... Może przyjdą, na lepszym ze światów.


Komentarze
Pokaż komentarze (67)