Poszedłem dziś do delikatesów po ryż dla psa. Żona mi kazała - wiadomo: pecking order. Najpierw pies, potem ja, przed tem po drodze gdzieś dzieci. I w tych delikatesach zobaczyłem ścianę pism kobiecych. Tak na oko około 40 pism a na każdym wielka, uśmiechnięta, wystylizowana twarz.
Twarz gwiazdy.
No przecież gdyby taka osoba gwiazdą nie była, to nikt by jej na okładkę nie pchał. A czy potrafię te twarze rozpoznać? A powinienem, bo mój zawód łączy się czasami z ich profesją. Niektóre tak, poznałem, widziałem w teatrze. Kilka innych widziałem w telewizji w jakimś filmie.
Ale reszta? Nie mam pojęcia. Ale ludzie wiedzą. No muszą wiedzieć, w końcu to kupują. A może wiedzą to z tych pism a nie z dokonań artystycznych lub zawodowych owych gwiazd?
A może te pisma same nakręcają tę koniunkturę razem ze stacjami telewizyjnymi, którym popularność najróżniejszych, tfu, CELEBRYTEK i ÓW tylko zwiększa oglądalność. Czyli samonapędzająca się maszyna prymitywu.
No i kto kupuje te pisma? Zdaje się, że chyba wszyscy. Dziś treścią części internetu (Onet - Buty Arletty C. hit czy kit?) i świata pism stały się właśnie żywoty osób. Czasem swawolnych, czasem żałosnych. I co ciekawe, niektóre media zamieszczają najchętniej obrzydliwe zdjęcia nieumalowanych akurat starletek po przepiciu.
Czasem wpadają mi te pisma w ręce u fryzjera. Interesujące, jak krótki jest żywot owych gwiazd. Efemerydy normalnie. Zależące kompletnie od czyjegoś widzimisię. A może jednak nie. Trafia na okładkę osoba, która za chwilę będzie, lub właśnie się pojawia, w jakimś programie lub serialu. A może to ktoś znajomy, komu kariera lekko przysiadła i trzeba osobę wspomóc?
Czy ktoś stroniący od paparazzi może zrobić karierę? Czy ktoś, kto nie chce udzielać kretyńskich wywiadów o swoich depresjach, kochankach, pieseczku czy ulubionym budyniu ma szanse na zaistnienie w mediach? Trudna sprawa. Dla marketingu liczy się przecież głównie to, czy gwiazda pojawia się w pudelku, koteczku, widelcu, kiełbasce...
I czy możemy się dziwić, że potem piszemy o wychowywaniu widza kretyna, o stopniowym zaniku czytelnictwa książek. No bo co po lekturze takich pism może zainteresować dzisiejszego czytelnika? Książka bez zdjęć? I bez krzyżowki, którą każdy ćwierćinteligent pracujący z zamkniętymi oczami rozwiąże?
No dobrze, ale jednak biorą teksty pisane do rąk. Może to przynajmniej się liczy? Przypomniam określenie Wacława Sadkowskiego - Książka Trująca. To są zdecydowanie trujące wydawnictwa. Prowokują do myślenia o najpłytszych, prymitywnych pragnieniach, pieniądzach, skupianiu się na własnej przyjemności i konsumpcji w czystej postaci. A czy jest przed tym ratunek? No niby jest - nie kupować. Tak, ale żeby nie kupować, to trzeba mysleć. A widz i czytelnik już mysleć przestali.



Komentarze
Pokaż komentarze