Izaac Singer, żydowski pisarz polskiego pochodzenia– nagroda Nobla w roku 1978. Poniższy, wybrany fragment pochodzi z autobiografii autora „Miłość i wygnanie” opisującą dzieciństwo i młodość w Polsce oraz pierwsze lata pobytu w Ameryce.
We wprowadzeniu do autobiografii Singer m.inn. pisze:
„Jako człowiek wierzący w Boga i Jego Opatrzność jestem pewien, że istnieje gdzieś pełny zapis życia każdej osoby, jej dobrych i złych uczynków, błędów i szaleństw. Nic nigdy nie ginie w archiwum Boga, w Jego boskim komputerze”.
Moje dumania nie przybliżyły mnie do żadnych wniosków dotyczących świata i moich własnych powinności wobec Boga i ludzi, lecz doświadczałem — mógłbym rzec rozkoszy filozoficznych rojeń: wariacji na temat Spinozy, Kanta, Berkeleya i kabały oraz moich własnych kosmicznych snów. Skoro czas i przestrzeń są jedynie punktami widzenia, skoro jakość, ilość, a nawet samo istnienie są kategoriami rozumu i skoro rzecz sama w sobie pozostaje całkowicie ukryta, to jest miejsce na metafizyczne fantazje. Mój Bóg był nieskończony, wieczny i obdarzony niezliczonymi atrybutami cechami, z których my, ludzie, mogliśmy pojąć jedynie kilka wybranych. Nie zgadzałem się ze Spinozą, że wszystkim, co wiemy o Bogu, jest to, że przysługuje Mu rozciągłość (materia) i myślenie. Byłem raczej skłonny dostrzegać w Nim inne cechy, takie jak mądrość, piękno, potęga, wiecznotrwałość i może również swego rodzaju miłosierdzie, którego nie jesteśmy w stanie pojąć. Kabaliści przypisywali Bogu płeć, a ja bardziej niż zgadzałem się z nimi w tym ujęciu. Sam Bóg i wszystkie Jego światy podzielone były na „niego" i „ją", pierwiastek męski i żeński, dawanie i branie, żądzę, której choćby nie wiedzieć, jak wiele się ją zaspokajało — nie sposób w pełni nasycić i która wciąż chce więcej, czegoś nowego, innego.
Skoro człowiek został stworzony na podobieństwo Boga, może się o Nim dowiedzieć więcej, zaglądając w głąb siebie, obserwując wszystkie swe aspiracje, tęsknoty, nadzieje, wątpliwości. Wyobrażałem sobie Boga jako kogoś podobnego do mnie. Otrzymywał wiele, wiele miłości od Szechiny, swego żeńskiego odpowiednika, od aniołów, serafinów, cherubinów, aralimów, od świętych kół i zwierząt, od niezliczonych światów i dusz, lecz nie wystarczało Mu to i domagał się również miłości od nic nie znaczącego człowieka, najsłabszego ogniwaw boskim łańcuchu, którego upominał: „I będziesz kochał Pana, Boga swego, całym sercem i całą duszą, i z całej mocy".
Chce miłości (podobnie jak ja) niezależnie od tego, czy na nią zasłużył. Często karze swe stworzenia, lecz żąda, by Mu przebaczały i przyznawały, że wszystkie Jego intencje są jak najlepsze. Sam posiada wiele sekretów, lecz jednocześnie domaga się całkowitej szczerości i pełnego obnażania duszy.
Na początku był nie logos, lecz jedność, zgoda. W Bogu wszystko jest zjednoczone — nieskończona myśl i nieskończona namiętność, ego i non-ego, największa rozkosz i najgłębsza rozpacz, cała materia i cały duch. Nieskończone wypełniło całą przestrzeń, nie pozostawiając miejsca dla czegokolwiek innego. Bóg jest wszechmocny, lecz cierpi na trawiący Go niepokój — jest niespokojnym Bogiem. Na pierwszy rzut oka zdaje się w tym zawierać sprzeczność. Jak wszechmoc może być niespokojna? „Czy cokolwiek jest zbyt trudne dla Pana?" Jak ktoś wszechpotężny może cierpieć? Odpowiedzjest taka, że sprzeczności również są częścią Boga. JestOn zarówno harmonią, jak i dysharmonią. Przeczy samemu sobie, co jest przyczyną tak wielu sprzeczności w Torze, w człowieku i w całej naturze. Gdyby Bóg nie zaprzeczał sobie byłby zastygłym Bogiem, na zawsze ustaloną doskonałą istotą, jaką przedstawił Go Spinoza. Lecz Bóg nie jest skończony. Jego najwyższym boskim atrybutem jest zdolność tworzenia, a to, co twórcze, istnieje zawsze w stadium początkowym. Bóg znajduje się ciągle w Genezie. Za każdym razem, gdy podniesie oczy, widzi chaos i chce stworzyć ład. Lecz tworzenie to spółkowanie i Bóg musi się łączyć ze swymi żeńskimi aspektami, by doprowadzić do narodzin. Pierwiastek męskii żeński są biegunami sprzeczności, które nieustannie chcą się połączyć, lecz im bardziej się jednoczą, tym bardziej dojmujące stają się ich tęsknoty i pragnienia.
Stanąłem przy otwartym oknie, by pochwycić nocny podmuch wiatru. Niebo nad ulicą Zamenhofa wypełnione byłogwiazdami. Czułem dosłownie, jak ziemia obraca się na swej osi, krąży wokół słońca, wędruje w stronę konstelacji, do której dotrze dopiero za miliony lat, a jednocześnie mknie wraz z Drogą Mleczną ku jakiemuś celowi, o którym tylko wieczność wie, czym jest i dokąd sięga. „Jestem ziemią, jestemsłońcem, jestem galaktyką, jestem literą albo kropką w nu skończonej księdze Boga. Nawet jeśli jestem błędem w dzieleBoga, nie można mnie całkowicie wymazać". Usiłowałem sobie wyobrazić tryliony, kwadryliony, kwintyliony planet przestrzeni, ich indywidualność i rojące się na nich stworzenia, każde z własną ewolucją, historią i namiętnościami. Nie, nie ma śmierci w tym kotle życia. Każdy atom, każdy elektron żyje i ma swoją funkcję, swe ambicje, swe nie spełnione pragnienia. Wszechświat bezgłośnie krzyczy. Śpiewa serenadę innemu wszechświatowi. Nie tylko ja, lecz stół w moim pokoju, krzesło, łóżko, sufit i podłoga wszystkie uczestniczą w dramacie. Ze ścian emanował żar. Po plecach przebiegł mi dreszcz.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)