Lech-Blo-G.
Jestem, więc myślę. Myślę, by poznać. Poznaję, aby zrozumieć. Jestem.
12 obserwujących
520 notek
182k odsłony
  175   0

Bimba, czyli tramwaj na miejskim torze

W bimbie, czyli w tramwaju
W bimbie, czyli w tramwaju

Lech Galicki                                                                                     



   Szczecin. Przystanek na placu Grunwaldzkim. Tłum oczekuje na tramwaje linii 1, 4, 5, 11, 12. Pan Roman S., zapytany dlaczego jeździ tramwajem, głośno medytuje: – W Krakowie, na pętli, tam ludzie skaczą koło cmentarza Rakowieckiego. Jedna pani skakała z pierwszego wozu. To było metr ode mnie. Szczęście, że tak blisko stałem i się nie zagapiłem. Chwyciłem ją w ramiona. A tak, na mur, nogi by kobiecie obcięło. Tam w Krakowie mówią, że tramwaje nie jeżdżą, tylko chodzą: z Bronowic do Rakowic, z Rakowic do Bronowic...
  Motorniczy tramwaju linii nr 1 mówi: – Staram się obserwować w lusterku kto i  kiedy wsiadaczy wysiada. To jest bardzo ważne, bo na przykład kiedy w tłumie wysiada kobieta z wózkiem– nie widać jej. Trzeba wypatrywać i bardzo uważać. Jak na ironię, po chwili, w tym samym tramwaju.

  Marek Tobolewski opowiada: – Wybrałem się z czteroletnim wnuczkiem
na wycieczkę tramwajowo - rowerową. Gdy dojechaliśmy na miejsce, próbowałem wysiąść, ale motorniczy przytrzasnął drzwiami rower. Zawołałem: stój!, a on rusza. Tramwaj przystanął dopiero po dłuższym czasie i prowadzący go długo mnie nie wypuszczał. Przez lusterko nas obserwował. Jeszcze w życiu nie spotkała mnie taka złośliwość.
  Pętla tramwajowa nad jeziorem Głębokie. Motorniczy „dziewiątki”: – Na pulpicie znajduje się wszystko: kontrolki, kasowniki, radiotelefon, woltomierz, ogrzewanie, stacyjka, światła, wycieraczki. Przed wojskiem pracowałem na kolei jako konduktor. Zostałem w Szczecinie i jestem motorniczym. Bardzo lubię jazdę tramwajem. Coś się zawsze dzieje. To kolizja, to wypadek. Niedawno wyszedł mi mężczyzna na tory. Raczej poślizgnął się na tłuszczu i upadł na szyny. Trup na miejscu. Głowę mu ucięło. Podobno głowa toczyła się po bruku i mówiła jakieś słowo. Nie chce się wierzyć. Ale tak było. Przeżyłem i jeżdżę dalej.
                                                            
image          

    – Z czym kojarzy mi się tramwaj? – zastanawia się Kazimierz Kubiak. – Tramwaj to po poznańsku bimba*. Ja jestem z Poznania i z tymi bimbami miałem do czynienia. Zielone były. Bardzo ładne. Ojciec przyjechał do Szczecina razem z profesorem Piotrem Zarembą. Do pracy.
I nas z matką po dwóch latach ściągnął. Odcinki między przystankami nie są długie, więc i rozmowy trwają czasem tylko chwilę.
  – A ja jestem samotna. Teraz mnie na nic nie stać – narzeka Krystyna Jastrzębska. – Za komuny dostałam pobory i doskonale żyłam. I dom sobie kupiłam, i dziecko wykształciłam, i matkę utrzymałam, bo mąż szybko umarł, a teraz dostaję tyle co kot napłakał. Nie starcza na
opłaty. Mam 74 lata. To nieprawda, że za komuny był w sklepach przede wszystkim ocet. Bułki też były. O, przepraszam. Tu wysiadam.
  – Niektórzy lubią jeździć tramwajami – dyszy mi do ucha pan Julian. – W tłoku próbowałem kiedyś jednej pani ustąpić miejsca. Obraziła się! Nawet chciała mi dać kuksańca. Powiedziała, że jest jeszcze młoda. I bądź tu uprzejmy, Polaku.
    Na przystanku grupa roześmianych dziewczyn. Małgorzata chodzi do liceum ekonomicznego. – W tym roku kanar chwycił mnie już trzy razy – tłumaczy. – Cały czas jeżdżę na gapę. I to nie jest tak, że nie kupuję biletów, bo nie mam pieniędzy. Po prostu – specjalnie zapominam. Wsiadam do tramwaju jak do własnego samochodu. Jeżdżę cztery lub pięć razy dziennie, to i tak na swoje wychodzę. Kanar mnie złapał. Podałam mu swoje dane. Prawdziwe. Karę zapłaciłam na miejscu. A potem zaczęliśmy rozmawiać. Pytał czy mam rodzinę, spod jakiego jestem znaku zodiaku. Na luzie. Bo wie pan, są takie chwile, gdy człowiek chce być sam, gdy coś go boli, albo gdy na wagary idzie. To wtedy wsiada do tramwaju i jeździ.

                                                                image
   Motorniczy: – Proszę spojrzeć, w lusterku wszystko widać. Ale nie ma czasu na głupie podglądanie. Niektórzy mówią, że jak się długo wytrzymuje w przedsiębiorstwie, na tramwajach czy na autobusach, to nie jest się zupełnie normalnym człowiekiem. Każdy ma jakiegoś bzika. „Siódemką” jeździ mi się bardzo dobrze, „ósemką” też – jest dużo ludzi, a ja nie lubię pustego tramwaju.
   Obok mnie kiwa się, podśpiewując sobie pod nosem, starszy mężczyzna. – Dlaczego jeżdżę tramwajem? Bo mam małą rentę. Jak mi pan nie wierzy, to pokażę odcinek. Jestem lwowiakiem. Ha, ha, proszę pana, co ja będę dużo gadał. Proszę zobaczyć mój dowód osobisty. Ja
go pokazuję ludziom. Wi pan o co mi się rozchodzi? Tu pisze: Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. A ja się przed wojną tam urodziłem. I dlaczego mi tak wpisali? Mnie to denerwuje. Nie chciałem podpisywać sowieckiego  obywatelstwa i dlatego musiałem wyjechać ze Lwowa. Do Szczecina. Za komuny. Od 1948 roku jestem tutaj. Już nie mam zbyt dużo czasu. Niech pan słucha: – Kaj tu Jóźku, nie rób hecy, jak ty idziesz, tak se mów, ciebi tramwaj klepni w plecy, idziesz sobi zawsze zdrów.

   No, chyba teraz jasne, jestem Józiek ze Lwowa, do cholery.                                                              image

      Mówią, że gdy ludzie rozmawiają ze sobą, wówczas nie wybuchają wojny. Tak więc twórzmy pokój na ziemi, którą mamy czynić poddaną. Tyle ran jej zadaliśmy, że słów brakuje, aby to opisać. A może strach nas niewysłowiony ogarnia przed dokonaniem z czynów naszych przodków i nas samych w tej bolesnej sprawie rachunku sumienia? Potrzebne są słowa prawdy, a nie gładkie słówka. Doczekaliśmy przecież wolności słowa. Możemy bez lęku i oporu artykułować, w sposób szlachetny wyrzucać z siebie nasze myśli i przekonania - w mowie i piśmie. Ale nie przeklinać, nie przeklinać...

      Zdarzenie tramwajowe:Był rok 1967, „szóstka” jeździła w Szczecinie jeszcze trasą przez ulicę Wyszaka – snuje wspomnienie pan Ernest, mój współpasażer z tramwaju nr 9. – Wracałem z pracy. W domu czekała na mnie żona, w odmiennym stanie. Motorniczy rozpędził pojazd. Nie zatrzymał się obok kościoła narodowego, a dopiero przed samym zakrętem zaczął hamować. Potężna siła odśrodkowa wyrzuciła tramwaj z toru. Wszystko działo się bardzo szybko. Ludźmi rzucało na wszystkie strony. Wielki brzęk – pękły szyby. Właśnie przez nie wiele osób potraciło górne i dolne kończyny. Cięły jak noże. Pogotowie kursowało raz po raz. Ratowano dających najmniejsze oznaki życia.– A pan? – Obudziłem się nad ranem – mówi pan Ernest. – W kostnicy. Leżałem w otwartej trumnie, z wypisanym in blanco aktem zgonu. Z lewej strony truposze, z prawej też. Pięćdziesiąt sześć ofiar. Ja byłem pięćdziesiąty siódmy. Tyle że żyłem. Zimno. Co miałem robić? Wygramoliłem się z trumny, usiadłem na jej boku i kimałem. Chciałem zrobić jakiś ruch, dać znak, że żyję, ale nie mogłem. Potem stwierdzono u mnie: oskalpowanie, wybite zęby górne i dolne, zmiażdżony prawy bok, naruszony kręgosłup, żółtaczkę mechaniczną i kompletny zanik pamięci. Tak mi zachorowała ta pamięć, że wiem, co było przed wypadkiem, języki, których dawniej się nauczyłem – znam, a patrz pan: co jadłem wczoraj na obiad – wylatuje z głowy. Wiele spraw muszę zapisywać na bieżąco. Przed wypadkiem tramwajowym miałem gęste i czarne jak kruk włosy, a później wiadomo – oskalpowanie i blizny. Na początku dwa razy perukę dostałem, potem musiałem za swoje pieniądze kupować. Odszkodowanie dostałem takie, że można było kupić za nie buty i płaszcz ortalionowy. Pan Ernest na pożegnanie wzdycha: – Ponad dziewięćdziesiąt procent pasażerów, którzy przeżyli tę katastrofę, załamało się psychicznie. A ja pod mostem nie mieszkam, dorabiam, żyję i znowu jeżdżę tramwajem.

    Kioskarz: – My wszyscy, Polacy, tak jak tramwaj – jedziemy tą samą trasą. Taką mamy demokrację. Co mi z demokracji, gdy ja strajkowałem, leżałem na podłodze i niczego się nie dorobiłem. Niektórzy zrobili kariery. A ja, ten szary ze stoczni, siedzę w kiosku. Moje życie to 14 godzin pracy, dom, spać i codziennie tym samym torem. W tramwaju słychać: – Dzień
dobry panie inżynierze, dzień dobry panie docencie, dzień dobry panie profesorze. Kiedyś zapytałem dla żartu: – Czy jest tutaj hydraulik, bo chcę spłuczkę zamontować? A oni: – Ależ proszę pana, hydraulik jeździ dobrym samochodem. – Więc kto jeździ tramwajem? – pytam. - No, normalni ludzie chyba, ni?

  Lech Galicki  

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale