* – Kim jesteś? – zapytał zbir spluwając pod moje nogi. – No, kim? – powtórzył zbierając ślinę do drugiego wystrzelenia brązowego świństwa, teraz – jak zmiarkowałem – prosto w moją twarz. Zapewne myślał, że przyklęknę przed nim, zacznę prosić o litość, a może zliżę śmierdzące chińskim sosem plwociny i powiem: przepraszam. Stałem na środku sali restauracyjnej w kombinacie szybkich potraw Rojal i nie mogłem ze strachu odpluć w rewanżu, ani strzelić mu w szczękę. Bałem się, w głowie mętlik, nogi wrosły w parkiet błyszczący jak lakierki Freda A. Dlaczego ja? – kołatało mi w obolałej z wrażenia czaszce. – Kim jesteś? No właśnie, kim jestem? Pewnie nikim, skoro zbir pluje na mnie i zaraz złamie mi kość jarzmową. Przyklęknąłem przed nim, poprosiłem o litość, zlizałem śmierdzące chińskim sosem plwociny i powiedziałem: – Przepraszam. – No widzisz, szmata z ciebie – powiedział zbir – pedał, padlina i gówno. Nikt! – Tak, jestem nikt, zero, nul, łachmyta – piszczałem pokurczony. – Ty jesteś pan, więcej, ty panisko na dworze i wszędzie Senatorze przeogromny. Zbir wciągnął z wrażenia poliki aż gwizdnęło, odwrócił się do swoich towarzyszy i ryknął: – Skąd on to wie? Wyciągnął zza kamizelki kij golfowy i nuże okładać świtę. Oni rozbiegli się po kątach i błagali: – Oszczędź nas panoczku, my głupi, czytać nie umiemy, to i skąd wiedzieć mogliśmy, że on nie nasz. Senator wywinął młynka, wzleciał piruetem pod kryształowy żyrandol i rozpłynął się jak dym kopcący z naftowej lampy. Potem grom walnął w kombinat szybkich potraw Rojal . Nie został kamień na kamieniu. Nie było zbira, nie było jego czeredy, nie było mnie. – Kim jesteś? – niosło echo. Nikim? – Nikim – potwierdziłem zza kotary dzielącej czasoprzestrzeń. – Sam chciałeś – poinformowało mnie chórem zbiegowisko ciekawskich karłów. To był już inny świat. Łóżko wodne falowało jak wzburzone morze. Przeciągnąłem się, jak przebudzony kocur. Która godzina? Oby jeszcze pospać. Taki sen wart psa, a nie człowieka, psiakrew! Wtuliłem się w chlupoczące wybrzuszenia, oczy zaszły mi mgłą. Nagle coś zatrzeszczało, zakołysało i jak katapulta wyrzuciło mnie w przestrzeń kosmicznych bzdur. – Kim jesteś? – zapytał zbir spluwając pod moje nogi. No właśnie, kim jestem?
**Gdzie są oni, którzy byli? I w proch są zmieceni, odrzuceni, w przepaść zapomnienia strąceni, A wielkimi panami byli, władcami i zarządcami, insi zaś role rozmaite grali, Istnieli będąc prokuratorami, gończymi psami, prokuratorami, celnikami, Wiórów z Krzyża Pańskiego strzępami, Judaszami, idolów ochroniarzami, Zaś kolejni na scenę życia się jak węże wczołgiwali i tak do końca trwali. Zarzekając na wszystko, iż nie oni szczuli jednych na drugich a srebrnikami szastali, Warcząc i pieniąc się swymi gończymi psami.
A stali także przed salą widzów pełną ci samotni zwani sumień tragarzami, I szczęsnymi tudzież nieszczęsnymi z racji swej wiedzy wieszczami mianowani, Gdzież są oni, którzy byli, tylko i aż żyli znając moc spokoju cisi, Oni onegdaj jako w swych życiowych celach pozamykani mnisi, Ziemia i proch w niej pozostał pełen oddechów i znaków ostatniego tchnienia, Oni i one złączeni w uścisku miłośnego zespolenia i dzieci ich dzieci dzieci… Uleciały spełnienia, takoż niespełnienia, zachwycenia, znienawidzenia.
Boże! Już jestem sam w blasku przewidzenia, na oczy, żem był, jest i będę nimi wszystkimi. Atoli wszystko przeszło zbyt szybko, cicho, bezpowrotnie, Zostało smutno i samotnie, I to pytanie: Gdzie są oni, którzy byli? I w proch są zmieceni, odrzuceni, w przepaść zapomnienia strąceni. Nie rozumiesz? O sens pytam! Gdzie on? (lg)
*** Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech, i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy. O ile to możliwe, bez wyrzekania się siebie, bądź na dobrej stopie ze wszystkimi. Wypowiadaj swą prawdę jasno i spokojnie; wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych, oni też mają swoją opowieść. Unikaj głośnych i napastliwych, są udręką ducha. Porównując się z innymi, możesz stać się próżny lub zgorzkniały, zawsze bowiem znajdziesz gorszych i lepszych od siebie. Niech twoje osiągnięcia, jak i plany, będą dla ciebie źródłem radości. Wykonuj swą pracę z sercem, jakkolwiek byłaby skromna; ją jedynie posiadasz w zmiennych kolejach losu. Bądź ostrożny w interesach, na świecie bowiem pełno oszustwa, niech ci to jednak nie zasłoni prawdziwej cnoty. Wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie jest pełne heroizmu. Bądź sobą, zwłaszcza nie udawaj uczucia ani nie podchodź cynicznie do miłości, albowiem wobec oschłości i rozczarowań ona jest wieczna jak trawa. Przyjmij spokojnie, co ci lata doradzają, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości. Rozwijaj siłę ducha, aby mogła cię osłonić w nagłym nieszczęściu. Nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności. Obok zdrowej dyscypliny bądź dla siebie łagodny. Jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż drzewa i gwiazdy. Masz prawo być tutaj. I czy to jest dla ciebie jasne, czy nie, wszechświat jest bez wątpienia na dobrej drodze. W zgiełku i pomieszaniu życia zachowaj spokój ze swą duszą. Przy całej złudności, znoju i rozwianych marzeniach jest to piękny świat. Bądź uważny. Dąż do szczęścia.*
* Anonimowy tekst z 1692 r., znaleziony w starym kościele św. Pawła w Baltimore.
**** Lech Galicki: Mój Film
Jestem
Reżyserem mojego filmu
I aktorem w głównej roli
Statyści i dekoracje
Zmieniają się z upływem dni, miesięcy, lat
Ciekawy jest mój film, chociaż czasem monotonny
Lub bezwzględnie nagle zmieniający swoje przesłanie
Nie wiem do jakiego gatunku zaliczą go krytycy
Nie przeczytam o tym , nie usłyszę, nie wiem
I bohater tego filmu zwykły jest
Lub nieuchwytnie nieprzeciętny
Wystraszony czy może heroiczny
Dobry, zły, obojętny
Gdy w sytuacji znajduje się niezwykłej
Bo scenariusz wciąż pisany
Zakończenie ma ukryte w przyszłości
I motto jego wciąż się zmienia
Tylko tytuł znam od początku
– Jestem



Komentarze
Pokaż komentarze