Grolusa spotkałem zupełnie niespodziewanie kilka dni temu. Nie widzieliśmy się wiele lat. Kiedyś razem chodziliśmy na religię, jeszcze do kościoła, my, do salek katechetycznych świątyni przy ulicy Królowej Korony Polskiej w Szczecinie. Potem także uczyliśmy się w jednym liceum. Grolus był zawsze cichy, spokojny, wręcz jakby ciągle wystraszony. Teraz od sztubaka z tamtych lat emanowała pewność siebie. Garnitur, śnieżnobiała koszula, krawat, i buty błyszczące jak lustra w jesiennym słońcu. Podobnie jak karoseria jego wypasionego bmw. Okazało się, że założył już dawno temu firmę, a ta rosła w silę i majętność, słowem prosperowała znakomicie, co pozwoliło jej właścicielowi nazywać siebie biznesmenem. Tak właśnie odpowiedział, gdy zapytałem go, co robi, kim jest.
- Biznesmenem jestem - odrzekł przeciągle, znacząco, jakby od niechcenia.
I potem mówił już tylko o tym co sprzedaje, co kupuje, co się opłaca i zapewne na okazję spotkania po latach zdradzał wiele swych marketingowych tajemnic, ale nie mógł się wyjątkowo powstrzymać. Kiedyś razem chodziliśmy na premiery filmów, rozmawialiśmy o kinie moralnego niepokoju, wyruszaliśmy na wyprawy do księgarń w poszukiwaniu dobrych książek i zażarcie, z przekonaniem dyskutowaliśmy o premierach teatru telewizji. Teraz Grolus, jakby coś ważnego, istotnego i zapewne prawdziwego, inne coś wyssało z jego wnętrza, unikał rozmowy o kulturalnych nowinkach. Do kina nie chodzi, książek nie czyta, przepraszam: zwisa mu wszystko co nie przynosi materialnego zysku. Właściwie zaczynałem żałować, że spotkałem Grolusa biznesmena, bo wolałem go, i to był mój kolega w moich wspomnieniach, jako człowieka cichego, ale refleksyjnego z którym można było przegadać wiele godzin nie żałując utraconego czasu. A tutaj, ktoś obcy...
- Do kościoła pewnie nie chodzisz, zmądrzałeś? - słyszę zdumiony i myślę, że to żart.
- Jak to czy nie chodzę do kościoła, czy zmądrzałem? - pytam pewnego siebie Grolusa. - Co ty mówisz, Grolus? - dopytuję.
- No, tak, opium dla ludu, nie pamietasz? - powtarza Grolus z uporem. A twarz ma maskowatą, bez wyrazu taką, jak manekin. Aż mi dech zaparło.
- Wiesz Grolus, pamiętam, że razem chodziliśmy na religię i razem przystępowaliśmy do Pierwszej Komunii świętej, co ty, stało się coś tobie - mowie poirytowany
- Spokojnie, ale chyba dojrzałeś i wiesz już stary, że to wszystko jest teatrem, bo ludzie chcą w coś wierzyć, zwłaszcza ci biedni, gdy na dodatek wmówi się im, że ostatni będą pierwszymi. Dobrze pamiętam. No żenada to jest. Bez inicjatywy, pieniędzy i oleju w głowie - czy w niebie, czy w piekle, a i tak to bujda na resorach, zawsze będą ich w dupy gryzły psy. A najpewniejsze jest to, że będa gryzli ziemię.
- Marek, a ty?
- Mnie stać na wszystko i nie tracę czasu na klękanie i klepanie zdrowasiek. Wiesz - time is money - czas to pieniądz. Tylko nie zaprzeczaj...
Stoimy niedaleko mojego domu, samochód biznesmena błyszczy w słońcu. Proszę, aby poczekał pięć minut poczekał, przyniosę tylko pamiątkę, która w tej sytuacji może być czymś ważnym - zdjęcie z czasów, gdy chodziliśmy na lekcje religii do kościoła przy ulicy Królowej Korony Polskiej. Ksiądz zrobił je naszej grupie. Na jednym z nich stoimy z Grolusem tylko my dwaj, przy brzozie, w krótkich spodenkach, z jasnymi twarzami, uśmiechnięci od ucha do ucha.
Przynoszę starą fotografię, pokazuje koledze, a on dziwnie na mnie patrzy. Spoglądam raz jeszcze i dreszcz przebiega mi po plecach.
Na zdjęciu, tam gdzie stał Gralus, nie ma już nikogo. Pozostał wyblakły cień. No, nie do wiary,
- Zobacz - szepczę - to niemożliwe.
W odpowiedzi słyszę tylko warkot silnika bmw. Powiew wiatru wyszarpuje mi zdjęcie z dłoni, a ono kołuje w powietrzu, aby bezpowrotnie zniknąć za parkanem. Nigdy go nie znalazłem.
Zostałem sam. Ja, z tamtych lat.
Bezgranicznie.



Komentarze
Pokaż komentarze