0 obserwujących
512 notek
167k odsłon
349 odsłon

Imigrant w Paryżu - pieniądze, zagrożenia, religia.

Wykop Skomentuj

Jednym z zajmujących i najbardziej godnych przypomnienia wrażeń z owego czasu było to, jakiegom doznał, kiedym pierwszy raz zameldował się w prefekturze paryskiej jako emigrant. Wprowadzono mię do ogromnej sali, przeznaczonej wyłącznie dla emigrantów, czyli emigracji rozmaitych narodów.
Były dokoła przy ścianach wysokie szafy z napisami: „émigration polonaise”, „emigration espagnole”, „emigration portugaise”, „emigration italienne”, „émigrés allemands”. Rzuciwszy okiem na te napisy zdawało się, że tu do Francji cała Europa emigrowała.[...]
Najliczniejszą jednak ze wszystkich była nasza polska emigracja z prezesem i członkami Narodowego Rządu; cały prawie sejm, izba poselska i senatorowie; generałowie nasi, główny sztab, pułkownicy, oficerowie wszelkich rang, wiele podoficerów i bez rangi powstańców; 5000 wychodźców.
Wszystkie te emigracje znalazły we Francji zasiłek, bezpieczeństwo, spokój, a co największa, nadzieję, że każdej z nich narodowi kiedyś, kiedyś z orężem przyjdzie w pomoc naród francuski.
[...]
Do owych trzech czy czterech milionów, które taż Francja wydawała na wsparcie tylu emigrantów, dodajmy nieporozumienia, na jakie z tej przyczyny ze wszystkimi państwami europejskimi narażoną była; i nieporządek, którego się mogła lękać z dania przytułku tylu rozbitkom fortuny, tylu zawichrzonym zapaleńcom, malkontentom rozmaitej barwy: rewolucjonistom.
Wielka to istotnie chwała i łaska Boża spływa na Francję z tej hojności i nieustraszonej siły, z jaką bierze pod swoją opiekę wszystkie sprawy niefortunne ludów, jako też z gościnności i bezpieczeństwa, jakie im zapewnia.
[...]
Dla dobra samychże emigrantów i własnego bezpieczeństwa wymagał od nas rząd francuski zachowania się spokojnie i poddania się pod pewne reguły policyjne, nie przesadzone żadną niepotrzebną surowością. Co miesiąc obowiązany był każdy z nas stawić się u szefa kwartału, gdzie mieszkał, z dwoma osiadłymi Francuzami jako świadkami i odnawiać permis de séjour; ale też co miesiąc płacono nam regularnie żołd, jak gdybyśmy byli w służbie francuskiej. Że zaś nas było wiele i nie wszyscy w jednym momencie mogli odebrać pieniądze, porządkowano nas przy kasie tak, że kto pierwszy przyszedł, pierwszy odebrał. To naszych nieraz niecierpliwiło, gniewało i kiedy płatnik Francuz nieprędko sprawował się, to mu choć w polskim języku wymyślano.
Pamiętam, że stałem dnia jednego przy kasie niedaleko oficera, który się dąsał, że od godziny musiał czekać na żołd (tak nasi nazywali pomoc francuską). Widząc to nasz zacny Gorecki Antoni, dawny oficer i poeta, rzekł po cichu do niego: „Uspokój się, bracie, tam na Syberii niejeden z naszych kolegów dłużej może czeka i cierpliwiej na kolej, która nań przypada do odebrania pałek czy przejścia przez strój”.
[...]
Schodzili się wprawdzie wszyscy prawie bez wyjątku, i tak nazwani arystokraci, i tak nazwani demokraci, i ci, którzy byli wolni od owych nazwań, na rocznicę naszego powstania (29 listop[ada]) na mszę do grobu króla Jana Kazimierza w kościele St. Germain des Près i słuchali mszy z uwagą, przystojnie i smutno; przyklękali na podniesienie i przeżegnał się każdy wchodząc i wychodząc z kościoła; ale żaden nie przyniósł z sobą książki do nabożeństwa; ktoś obaczywszy, że Mickiewicz ruszał wargami, rzekł z zadziwieniem do drugiego: „patrz, wszak doprawdy Mickiewicz mówi pacierze” – i nie chciano wierzyć.


Ignacy Domejko MOJE PODRÓŻE

Wykop Skomentuj
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka