Jest leniwy sobotni poranek, kończę śniadanie i wybieram się zaraz do ogrodu na jakieś wiosenne prace niwelujące ślady dewastacji poczynionej przez długą w tym roku zimę. Między kęsami kanapki, a łykami herbaty przysłuchuję się rozmowie z politykami w Trójce. Przed dziesiątą puszczają Biały krzyż Czerwonych Gitar. Od jakiegoś czasu mam przekonanie, że piosenki wybierane przez zapraszanych do studia polityków są wymownym świadectwem, że są to ludzie z innej planety niż moja. Przecież niektórzy z nich są w moim wieku, a jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby ktoś zaproponował Led Zeppelin czy choćby Stonesów. Wciąż tylko jakieś Sośnickie, Grechuty czy w najlepszym wypadku późne Raz Dwa Trzy. Ten Biały krzyż każe mi myśleć, jak to Klenczon z Kondratowiczem pisali go (jak wielu innych) na festiwal w Kołobrzegu, gdzie nagrody były nadzwyczaj wysokie, a i dawały przepustkę do masowych występów po jednostkach wojskowych, co też miało swój istotny aspekt finansowy. Cóż, takie były czasy.
Piję więc herbatę, gdy Beata Michniewicz mówi, że w Smoleńsku prawdopodobnie rozbił się samolot rządowy z prezydentem Kaczyńskim na pokładzie.
To jeden z tych momentów, które się potem długo pamięta. Chwila niedowierzania, pomieszanego z niepokojem, gorączkowa praca mózgu by nadać sens niespodziewanemu – klasyczny dysonans poznawczy, gdy do zmysłów dociera informacja, która nie poddaje się natychmiastowej interpretacji w aktualnym schemacie. Przecież to niemożliwe, prezydenci się nie rozbijają, a na pewno nie polski prezydent w Katyniu, symbolika tej wizji jest tak przygniatająca, że nie dopuszcza do przyjęcia, że to może być prawda.
W TVN24 jest żółty pasek z informacją o samolocie, goście zaproszeni do studia na sobotni poranny program starają się wypełnić czas bezproduktywnym snuciem hipotez – przecież nic jeszcze nie wiadomo. TVP Info – to samo, sprzeczne informacje. Na BBC i CNN nic jeszcze nie ma, ale pasek na Euronews już podaje. Coś się stało, coś niedobrego.
*
Wywieszam flagę z czarną wstążką.
To nie był mój prezydent, bo nie miałem swojego kandydata w ostatnich wyborach – ale prezydent mojego państwa. Niektórzy z pasażerów feralnego Tu-154 jako politycy byli straszni – może bez nazwisk, bo o zmarłych, zwłaszcza tuż po śmierci, nie wypada mówić źle. Inni z kolei byli, z tego co wiem, wspaniałymi i mądrymi ludźmi na poziomie, których mógłbym mieć za sąsiadów. Zresztą, był tam też mój jeden sąsiad, zostawił żonę i dwójkę dzieci.
Ale teraz zaczyna się myśleć o politykach z samolotu nie jak o lalkach z telewizora, ale jak o ludziach – mających własne życie, plany, cały świat wewnętrzny, żony, dzieci, przyjaciół, znajomych. Tragedia osobista, w którą angażujemy się emocjonalnie, bo przez to, że widzieliśmy ich w telewizorze, to w pewien dziwny sposób są naszymi znajomymi.
Poza tym, strasznym zbiegiem okoliczności, ta katastrofa ma wymiar znacznie szerszy i symbole się w niej wręcz nakładają i przeplatają. Ostatni prezydent RP na uchodźctwie i aktualny prezydent RP. Całe najwyższe dowództwo armii. Kandydaci na prezydenta głównych partii opozycji. Katyń 1940, Smoleńsk 2010. Ktoś w Internecie policzył, że od dnia odzyskania niepodległości w 1918 r. do wojny upłynęło tyle samo dni co od odzyskania niepodległości w 1989 r.(?) do dnia katastrofy. Tragedia jest na razie przygniatająca i niewytłumaczalna, umysły poddają się więc symbolom by jakoś zracjonalizować nieracjonalne.
*
Dziennikarze wydają się być w permanentnym szoku. Zwłaszcza ci, którzy wcześniej jeździli po PiS-ie i Kaczyńskich jak po łysej kobyle. No to jak to tak, teraz trzeba pisać o nich dobrze? A czują, że trzeba, bo gorączka społecznych emocji rośnie z każdym dniem. I może niekiedy także wyrzuty sumienia, że się obrażało, a to byli ludzie tacy jak my, śmiertelni. Żałosna jest znana dziennikarka, bezkompromisowa w tropieniu spisków Kaczorów i chamskim przyciskaniu do ściany polityków prawicy, jak teraz roni łzy rozpaczy w obliczu tej tragedii narodowej. Mogłaby sobie wziąć z tydzień urlopu i poprzeżywać w domowym zaciszu. Byłoby zręczniej i mniej żenująco.
Druga strona też ma kłopoty z trzymaniem nerwów na wodzy. Zdzisław Krasnodębski w Rzeczpospolitej przypomina propagandowe głupoty, jakie pisano o Kaczyńskich, wykrzywione zdjęcia, durne komentarze i rzuca na koniec: - Gardzę wami! Ktoś tam inny potem wykrzyczy: - Na kolana i modlić się!Swoją drogą, tylko ślepy nie zauważyłby różnicy w estetyce zdjęć Pierwszej Pary sprzed i po wypadku. Czyli można było inaczej. Tylko się nie chciało, bo obowiązywał paradygmat dwóch, którzy ukradli księżyc, a teraz bohaterskiej śmierci na posterunku. Oba zresztą zakłamane.
To zagubienie bierze się z faktu, że w Polakach głęboko zaszczepiony jest szacunek do śmierci i dwie dekady komercjalizacji i propagandy konsumpcji nie zdołały go (jeszcze?) wykorzenić. Honor został już unieważniony, stąd te publiczne erupcje bezguścia, chamstwa i ordynarnego kłamstwa w publicznym dyskursie politycznym, mediach i rozrywce. Już nie wstyd oszukiwać, demonstrować ignorancję, mówić fałszywe świadectwo przeciw bliźniemu, składać obietnice bez pokrycia – czego nie robił człowiek honorowy. Ale szacunek do śmierci pozostał i teraz budzi wyrzuty sumienia – że się nie przeprosiło, że źle się mówiło, że fabrykowało się fakty, że nie miarkowało słów. Widać to po dziennikarzach, widać po politykach.
Stopień schamienia i zezwierzęcenia polskiej polityki sięgnął w ostatnich latach dna nienotowanego w III Rzeczpospolitej. Wszyscy byliśmy tego świadkami, nawet gdy patrzyliśmy na to z niesmakiem, to nie protestowaliśmy, uważając, że widocznie tak musi być. Katastrofa w Smoleńsku stała się przebudzeniem, zobaczyliśmy jak daleko żeśmy zabrnęli, że nie musiało, nie powinno było! tak być.
*
Coraz więcej flag na domach. U sąsiada pod ogrodzeniem rośnie klomb z palących się zniczy, pomarańczowe i czerwone światełka pełgają w zmroku.
*
Niespodziewana przyjaźń z Rosją. Czas pokaże ile w tym na zimno kalkulowanej taktyki, a ile rzeczywistego poruszenia serc. Zwrotne momenty historyczne czasem zdarzają się pod wpływem emocji kluczowych graczy, może to jeden z nich – przemyka mi przez myśl gdy patrzę na autentycznie poruszonego Tuska w smoleńskim lasku i obejmującego go Putina. Ale gdzieś tam mam jednak zaszyty od dzieciństwa strach przez Rosją, przekonanie, że to imperium zła nie ma duszy, tylko jest jak duże, ograniczone umysłowo chłopisko, które potrafi uśmiechać się szeroko, by za chwilę wyszczerzyć zęby i chwycić cię w pięść jak bochen chleba. Chcielibyśmy wierzyć, że to będzie zmiana, nowe otwarcie w stosunkach z Rosją. Zaklinają te oznaki zmiany zachodni obserwatorzy, chuchają jak mogą nie chcąc by ów wątły na razie płomyk zgasł. Fogh Rassmussen wita z zadowoleniem oznaki pojednania, dla The Economist to jeden z najważniejszych aspektów katastrofy. A my jednak pamiętamy, bo trudno nie pamiętać, zwłaszcza, że przeklęty Katyń plącze się cały czas po głowie: zabory, powstania, wojna 1920 roku, pakt Ribbentrop-Mołotow, zsyłki na Sybir i do Kazachstanu, enkawudziści tropiący WiN-owców po 1945 roku, Rokossowski w polskim mundurze, Węgry 56 i Czechosłowacja 68, wykradzione przez Kuklińskiego plany, według których polscy żołnierze mieli szturmować Danię podczas gdy ich rodziny miały ginąć w atomowej apokalipsie, ostatnio Gazociąg Północny. Mało? Chyba wystarczy by być sceptykiem co do pomysłu, by jedna katastrofa lotnicza miała zmienić odwieczny układ sił i anulować wszystkie zaszłości.
Rosjanie nie mają wyjścia, nie mogą grać inaczej. Upokorzenia, jakich ostatnio nie szczędzili Polsce, a zwłaszcza pisowskiej ekipie są zbyt duże i świeże, w końcu Kaczyński też jechał do Katynia z prywatną wizytą, bo Rosjanie nie chcieli go przyjmować na szczeblu oficjalnym. Teraz każda medialna oznaka dystansu, ukrywania czegoś, niewystarczającego współczucia działa przeciw Moskwie. Przecież to na ich ziemi zdarzyła się ta tragiczna śmierć, i jeszcze ten Katyń, wpychający się wręcz w głowy opinii publicznej z symbolicznymi paralelami.
Ironia losu: sześćdziesiąt lat zakłamywania faktów, wciskanie zbrodni na niemiecki rachunek, propagandowe manipulacje Katyń-Chatyń, a potem korowody wokół dokumentów, rehabilitacji ofiar, badania grobów. I okazało się, że przekreśla to wszystko jeden rozbity samolot, 96 żyć – od kilku dni cały świat wie, co się tam wydarzyło. Google pokazuje, że słowo „Katyń” jest czwartą najczęściej wyszukiwaną frazą – świat nadrabia zaległości.
Zaskakuje mnie, że za granicą ważnym faktem okazuje się, że feralny Tu-154 był produkcji rosyjskiej. Tu w Polsce jakoś nie funkcjonuje to w przestrzeni symbolicznej, może dlatego, że wielu Polaków latało lotowskimi iłami i tutkami. Tymczasem okazuje się, że międzynarodowym odbiorze zagrało to jako kolejna okoliczność obciążająca Rosję.
Rosjanie więc są otwarci, współczujący, pomocni. Natychmiast na miejsce katastrofy przyjeżdża Putin by stanąć na czele komisji badającej wypadek. Przyjeżdża Miedwiediew. Hołdy i wyrazy współczucia. Przemyka mi przez myśl, że to jednak są fachowcy od polityki: w niespodziewanej kryzysowej sytuacji, zaistniałym chaosie i przeciążeniu ośrodków decyzyjnych, byli w stanie w ciągu dosłownie kilku godzin wypracować optymalną strategię propagandową.
*
Nie ma zdjęć z miejsca katastrofy! Godzinę przed feralnym lotem w Smoleńsku wylądował Jak-40 z grupą dziennikarzy. Gdy tylko dowiedziałem się o katastrofie, pomyślałem sobie, że tym razem pewnie będziemy mieć nawet nagranie lądowania zakończonego kulą ognia. A tu nie ma nic. Ani filmu, ani zdjęć, ani żadnych materiałów z okolic lotniska. Polskie telewizje do znudzenia filmują metalową bramę i wyrwę w murze, przez które w oddali majączą (chyba?) szczątki samolotu.
Na YouTube filmik wykonany tuż po katastrofie. Przedziwny – porozrzucane metalowe części, jakieś głosy, słabe wybuchy i w tym wszystkim starszy facet z reklamówką, wyglądający jakby spacerował. Jeśli samolot spadł poza terenem zamkniętym, gdzieś w pobliżu jakiejś drogi (co sugerowałaby obecność przypadkowych przechodniów), to gdzie są nasi dziennikarze? Wszyscy pojechali do Katynia, nikt nie obsługiwał lądowania? Dziwne.
*
Media wpadają ze skrajności w skrajność. Teraz okazuje się, że w Smoleńsku zginęła „elita narodu”. Znaj proporcją, mocium panie! To że ktoś stanowi trzon jakiejś partii politycznej, albo pełni wysoką funkcję wojskową czy państwową, nie zalicza go to automatycznie do elity. Było na pokładzie Tupolewa kilka osób, których będzie w Polsce brak, ale ten naród ma prawie czterdzieści milionów ludzi i trochę tej prawdziwej, niewidocznej na co dzień w mediach, elity jeszcze na szczęście zostało. I może na razie tyle na ten temat.
*
Marszałek Komorowski, w przeciwieństwie do Tuska, nie wypada przekonywająco. Być może sytuacja go przerosła, albo też uznał, że będzie pozował na praktycznego twardziela, który w sytuacji chaosu przywróci ład w państwie. W każdym razie wypadł na bezdusznego polityka, który w ustach ma frazesy o żalu, ale w głowie już plan przejęcia władzy. Przejęcie władzy prezydenckiej bez formalnego potwierdzenia śmierci prezydenta było co najmniej niezręczne. Przemówienie telewizyjne – drewniane. Można by mu wybaczyć gdyby nie pośpieszne mianowanie swojego figuranta na szefa Kancelarii Prezydenta, który jak widać był potrzebny tylko do tego, żeby dobrać się do archiwum WSI, przetrzymywanego w pałacu prezydenckim. Nie widzę bowiem innego powodu, dla którego Jacek Sasin nie mógł pełnić funkcji szefa kancelarii przynajmniej do pogrzebu prezydenta.
Potem ktoś od pijaru musiał Komorowskiego przyhamować, bo wycofał się z grożenia szybkim powołaniem nowego prezesa NBP Radzie Polityki Pieniężnej i w ogóle trochę jakby zniknął. Zaczęło się nie najlepiej, co marnie wróży Komorowskiemu jako przyszłemu prezydentowi. Wyczucia chwili to mu zabrakło na pewno, pytanie czego jeszcze mu brakuje?
*
Prezydent wraca do kraju.
Poziom emocjonalnej histerii w mediach narasta. Najpierw nieśmiało, teraz już co drugie zdanie, pada sformułowanie „tragedia narodowa”. Myślę, że przygniata świadomość ile ważnych osób, piastujących kluczowe stanowiska państwowe, zginęło. Jest to cios w polską państwowość, bez wątpienia. Szczególny cios w opozycję, a rządzące PO – parszywym zrządzeniem losu – znienacka bierze teraz wszystko. Kandydat na prezydenta z opcji przeciwstawnej dotychczasowemu, zostaje naraz pełniącym obowiązki prezydenta, Kancelaria Prezydenta zdziesiątkowana, dowództwo armii nie istnieje. Jeśli ktoś uważa, że ta katastrofa go nie dotyczy to jest głupi.
Ludzie chyba to czują. Media eskalują nastrój żałoby, ale wydaje mi się, że tym razem wpisuje się to dobrze w uczucia społeczeństwa. Widzę to choćby po rozmowach osobistych ze znajomymi. Nawet jeśli ktoś rzuci, że pewnie Kaczyński kazał pilotowi lądować w tej mgle (przez analogię do znanej sytuacji w Gruzji sprzed dwóch lat), to jednak jest w ludziach autentyczne zatroskanie co teraz będzie. To chyba pierwszy raz, kiedy ludzi autentycznie i masowo poruszyła śmierć kogoś, kogo wielu z nich nie lubiło.
O tym, że emocje są autentyczne, świadczą obrazy z przejazdu konduktu żałobnego przez Warszawę. Tłumy, tłumy ludzi. Karawan pod stosem rzucanych kwiatów, zgarnianych od czasu do czasu wycieraczkami. Ludzi idący spontanicznie śladem orszaku, tłum jak sięgnąć okiem.
*
Czegoś nie rozumiem. Ciała są tak zmasakrowane, że identyfikacja bez testów DNA jest w wielu przypadkach niemożliwa. Ewa Kopacz snuje opowieści o rozpoznawaniu ciała Marii Kaczyńskiej po charakterystycznej obrączce, z czym były widać trudności, skoro nie przetransportowano jej ciała razem z Lechem Kaczyńskim. A ciało prezydenta rozpoznał brat w dniu katastrofy wieczorem i bez dalszych badań zostało ono zabrane do Polski. A chyba raczej w ostatniej chwili siedzieli razem, a salonik prezydencki znajduje się tuż za kokpitem, w najbardziej zniszczonej części maszyny (żadnego z pilotów nie rozpoznano do tej pory). Kolejny zbieg okoliczności?
*
E. wyszła z pracy pożegnać prezydentową. Mówi, że spodziewała się w Alejach Jerozolimskich głównie moherowych babć, dysponujących – jako emerytki – wolnym czasem. A tu tłum ludzi raczej młodych i w średnim wieku. Widać było, że wiele osób wyszło z biur, ubrani w garnitury i kostiumy. Nastrój podniosły, choć bez egzaltacji, znowu były kwiaty rzucane na samochód.
*
To co się dzieje na Krakowskim Przedmieściu to jak narodowe rekolekcje. Morze zniczy przed Pałacem Namiestnikowskim stanowi niesamowity, poruszający obraz. Masa kwiatów. Harcerze próbują nad tym jakoś zapanować. Dla nich to też jest zapewne niezapomniana lekcja patriotyzmu. Czytam, że operatorzy sieci komórkowych zwiększają pojemność BTS-ów w okolicy by podołać zwiększonemu zapotrzebowaniu. Kolejka ludzi czekających na wejście do pałacu by oddać hołd parze prezydenckiej ciągnie się na plac Zamkowy, wije się wokół Kolumny Zygmunta i zwiększa się z każdą godziną.
Zafrapowała mnie taka krótka scena: podjeżdża luksusowy SUV i zatrzymuje się na światłach awaryjnych, wysiada z niego elegancko ubrana businesswoman trzymająca kwiaty przewiązane czarną wstążką, idzie w kierunku Pałacu. Po kilku minutach wraca z pustymi rękami, wsiada do samochodu i odjeżdża.
Przyjeżdżają ludzie z całej Polski. Atmosfera trochę momentami piknikowa, jak to w kolejce, w której stoi się kilka godzin, ale panuje raczej nastrój powagi. Oni wszyscy są tu dobrowolnie i wiedzą po co tu są. Możemy się tu policzyć, jak kiedyś w 1980 r.: okazuje się, że jest wielu ludzi, dla których Polska stanowi wartość.
Wieczorem czytam w Gazecie Wyborczej relację z tego, jak w tłumie przed Pałacem Namiestnikowskim znalazł się młody człowiek z megafonem, który w pewnym momencie zaczął wykrzykiwać coś o spisku, morderstwie i kto za tym stoi. Ludzie rzucili się na niego i chcieli go zlinczować, ale w jego obronie stanął siwy człowiek w sile wieku, który powstrzymał ludzi i zmusił młodzieńca, by jako zadośćuczynienie zmówił modlitwę za parę prezydencką. Uklękli razem na chodniku, odmówili modlitwę i ludzie młodzieńca puścili bez słowa. Przypominają mi się relacje z Trójmiasta podczas strajków sierpniowych jak zachodni korespondenci z zaskoczeniem donosili o braku przestępczości i dobrowolnej prohibicji, jaka zapanowała w tamtych niezwykłych dniach. Tu też coś się dzieje, jest inaczej niż na co dzień, coś się w nas zmieniło.
*
Wyborcza wytrzymała tylko trzy dni w nastroju pojednania i żałoby. Gdy pojawiła się informacja, że planowany jest pogrzeb Kaczyńskiego z małżonką w katedrze wawelskiej, rozszczekały się dyżurne prasowe psy, które zaczęły montować front oporu i nawoływać do demonstracji ulicznych (!) przeciw tej decyzji kardynała Dziwisza. I faktycznie, przez dwa dni trwała lekka przepychanka, demonstracje przed siedzibą biskupa krakowskiego, kontrdemonstracje zwolenników pomysłu. Tylko to słowo przychodzi mi na myśl: podłość.
Po trzech dniach spłynęły już zapewne badania rynku, a może i bieżące wyniki sprzedaży, redakcja Wyborczej zrozumiała w każdym razie, że przeholowała i rozminęła się z nastrojami większości swoich czytelników tak znacznie, że niespodziewanie zakończyli tę medialną wojenkę. Choć nie sądzę, że czegoś to Pacewicza nauczy.
Zanim dali sobie spokój, zdążyli znaleźć jelenia w postaci Andrzeja Wajdy, który razem z Krystyną Zachwatowicz wystosował list otwarty, protestujący w niewybrednych sformułowaniach przeciw pochowaniu Kaczyńskiego na Wawelu. Mocno się zdziwiłem, że Wajda dał się tak wpuścić w maliny, podczas gdy to tragiczne wydarzenie spowodowało masowe zainteresowanie jego filmem Katyń. Ale, jak to mówią, jak Bóg chce kogoś ukarać, to mu rozum odbiera. W każdym razie akcja została wstrzymana, a jeleń został sam, zapewne z dość głupim wyrazem pyska.
Z tym Wawelem to jest tak: kalkulując na chłodno, do około dwunastego kwietnia nie było dostatecznie dobrego uzasadnienia do pochowania Kaczyńskiego w tym miejscu. Potem jednak okazało się, że stopień poruszenia narodu jest tak wielki, że można zaryzykować twierdzenie (choć chyba stosownych sondaży nikt nie przeprowadził), że naród nie miałby nic przeciwko temu. Tworzy się na naszych oczach tradycja – bo dotąd nigdy prezydent nie zginął tragicznie podczas wypełniania swoich obowiązków, więc każda decyzja, jakiej by się nie podjęło, ma charakter precedensowy. No i przede wszystkim: jest to wola rodziny i proboszcza katedry na Wawelu, więc dziwię się niektórym, że ich to tak mocno obchodzi. Myślę, że niektórzy nie są w stanie pogodzić się z tym, że ten kurdupel, kaczor z paskudną żoną, niebezpieczny nacjonalista i radykał, będzie pochowany z wszelkimi honorami obok królów. Z konieczności nasuwają się analogie do awantury o Piłsudskiego i ówczesne nawoływania do odebrania administracji Wawelem z rąk kościelnych. Skoro jednak, póki co, jest to czynna świątynia, niech o tym, co się w niej dzieje decyduje biskup krakowski.
*
Coraz więcej pytań, a mało odpowiedzi. Przede wszystkim: jak to jest, że amator ze Smoleńska jest w stanie przespacerować się po terenie lotniska i sfotografować drzewa, których korony są równo przycięte przez spadający samolot, a następnie na tej podstawie wydedukować na jakiej wysokości maszyna się znajdowała oraz że bezpośrednią przyczyną katastrofy była gruba brzoza, zaczepiona lewym skrzydłem, co spowodowało rotację kadłuba i uderzenie o ziemię podwoziem do góry. Tłumaczy to między innymi tak znaczny rozmiar zniszczeń i trudności z identyfikacją ciał.
Jeden amator chałupniczymi metodami był w stanie obalić kilka fałszywych tez (np. o zderzeniu z radiolatarnią na drodze podejścia, o złym kursie podejścia) i zaproponować wiarygodną hipotezę przebiegu wypadków. Czym się zajmowali wtedy polscy dziennikarze, poza filmowaniem znanej już bramy, milicjantów i ustawionego na miejscy katastrofy prowizorycznego obelisku? Czy to przekracza ramy rutynowego dziennikarskiego śledztwa?
*
Pogrzeb miał być wielkim wydarzeniem politycznym, zapowiedzieli się wszyscy kluczowi politycy światowi, z Obamą na czele. Wszystko popsuła chmura pyłu z wulkanu na Islandii, która uziemiła na ponad tydzień całą cywilną komunikację lotniczą w Europie. Obama skwapliwie skorzystał z okazji, że chmura mu zagradza drogę do Krakowa i pojechał zagrać w golfa. Z ważnych osobistości Unii Europejskiej był tylko Jerzy Buzek, który już w piątek wyruszył samochodem z Brukseli, by zdążyć na niedzielne uroczystości pogrzebowe. Sarkozy też skorzystał z okazji by schować się pod pyłem. Z Niemiec przybył prezydent z małżonką (helikopterem), ale już dla Angeli Merkel Alpy stały się przeszkodą nie do pokonania po tym, jak znalazła się we Włoszech wracając ze Stanów Zjednoczonych. Podobnie zresztą jak Berlusconi i prezydent Austrii, który miał czterysta kilometrów z Wiednia.
Na tym tle zupełnie inaczej wypadli przywódcy krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Z Rosji przyleciał Miedwiediew, z Ukrainy Janukowycz. Samochodami przybyli prezydenci Czech, Słowacji, Litwy, Łotwy, Węgier, Rumunii oraz były prezydent Ukrainy Juszczenko, a także premier Estonii w zastępstwie prezydenta, który utknął w Turcji. Brakowało Łukaszenki, ale tu raczej zdziwienia nie było, zwłaszcza, że kilka dni wcześniej bat’ka wystąpił publicznie z ośmieszającymi Kaczyńskiego komentarzami.
Już w piątek niespodziewanie w Balicach wylądował mały odrzutowiec premiera Maroka, czym wprawił obsługę w zaskoczenie. Rekord jednak pobił prezydent Gruzji Saakaszwili, który podobnie jak Merkel lecąc z Ameryki znalazł się we Włoszech, skąd okrężną drogą przez Turcję i Ukrainę przybył na Wawel już po mszy pogrzebowej. Jego żona jechała kilkanaście godzin samochodem z Brukseli.
Refleksje? Sytuacje graniczne odsłaniają prawdę. Zbiegiem okoliczności (katastrofa, wulkan) mieliśmy okazję się jak wygląda rzeczywista sieć przyjaciół Polski, przynajmniej jeśli chodzi o polityków aktualnie sprawujących urzędy. Może czas pomyśleć o uwzględnieniu jakiejś formy współpracy regionalnej w Europie Środkowej, jako jednym z priorytetów polskiej polityki zagranicznej?
*
W obliczu tragedii objawił się Naród. Inaczej tego przecież nie można określić. Niepewność sytuacji i jej emocjonalny ładunek wyzwoliły na widok publiczny uczucia, których na co dzień w Polsce się zazwyczaj nie manifestuje. To budujące. Daje przekonanie, że mimo głębokich podziałów, których miniony tydzień bynajmniej nie unieważnił, w zakresie podstawowych wartości stanowimy wspólnotę, że ludzi zamieszkujących ziemię między Bugiem a Odrą coś łączy. Takie wydarzenie przynajmniej raz na pokolenie jest potrzebne, po to by jego wspomnienie zostało w nas gdy już się rozejdziemy do zwykłych zajęć, zarabiania pieniędzy, chowania dzieci, trąbienia na siebie na zatłoczonych drogach, niedzielnych grillów i snucia po centrach handlowych. Zabrzmi to nieznośnie patetycznie, ale dzisiaj chyba mogę pozwolić sobie na wyznanie: to właśnie spowodowało, że nie umiałem kiedyś wyemigrować z Polski.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)