
Jest pięknie. Wszędzie biało, drzewa nałożyły puchowe czapki, śnieg miło skrzypi pod nogami. Normalna zima, jaką pamiętam sprzed ciepłych lat dziewięćdziesiątych, kiedy w okolicach Warszawy okres od listopada do marca charakteryzował się głównie szarą oponą chmur tuż nad dachami, brodzeniem w brei i solnymi plamami na butach. Ostatnio jest jakoś normalniej.
I nic nie zmieni mojego zdania, nawet fakt, że na początku tygodnia musiałem się na dwa dni przesiąść się na kolej, a zwykła podróż przez moje wiejskie okolice niosła ze sobą element przygody, bo nigdy nie było wiadomo, czy za zakrętem nie spotka się zakopanego po osie tira, blokującego całą drogę.
W tym roku przydałby mi się napęd 4×4. Moja gmina jak dotąd jest całkiem nieźle utrzymana, wnoszę, że to z powodu braku rozstrzygnięcia wyborów na wójta w pierwszej turze (ale od poniedziałku już wszystko będzie jasne, więc dobrze, że idzie odwilż). Jak jednak patrzę na tragiczny stan ulic w pobliskim mieście powiatowym, to widać wyraźnie, że tegoroczny budżet na odśnieżanie został zużyty poprzedniej zimy. Byle do nowego roku, wtedy będzie można otworzyć nową szufladkę z pieniędzmi.
Póki co jednak macham łopatą, palę w kominku i patrzę jak wiewiórki skaczą w bezlistnych koronach brzóz.


Komentarze
Pokaż komentarze