W internecie wrze już od tygodnia. Wszyscy toczą teraz debatę, używając bardzo mądrych terminów, takich jak podpisanie umowy międzynarodowej, ratyfikacja, orzecznie TSUE, ograniczenie swobód obywatelskich. Szkoda tylko, że całej tej debaty o wolności w internecie i ACTA nie byłoby, gdyby nie zamknięto nowozelandzkiego serwisu MegaUpload, z jego mutacją MegaVideo, gdzie łatwo było można obejrzeć aktualne odcinki seriali amerykańskich, czy bez problemu ściągnąć nie do końca legalne programy.
Muszę przyznać, że nie przemawia do mnie ta histeria. Po pierwsze jestem przekonany, że zagrożenie wolności słowa to zarzut w najlepszym razie wydumany. W Europie mamy wypracowane dość skuteczne (czasem aż zbyt skuteczne; vide sprawa krzyża we Włoszech, czy Alicji Tysiąc) procedury ochrony praw człowieka, nie mówiąc o naszych krajowych procedurach ze skargą do Trybunału Konstytucyjnego w pierwszej kolejności.
Nie może być tak, że nie wykorzystując legalnych form sprzeciwu wobec złego prawa, zgadzamy się na nielegalne ataki na własny rząd. Nie przeczę, że tryb przyjmowania ACTA pozosawiał wiele do życzenia. Nie bądźmy jednak hipokrytami. Ani to pierwszy, ani ostatni akt prawny wprowadzany do obiegu w Polsce w ten sposób. Jednak cieszenie się z ataków hakerów na polskie, rządowe strony internetowe, to działanie antypatriotyczne. Żyjemy, w wolnym, niepodległym (choć coraz mniej) kraju, którego (choć marne) władze wybraliśmy sami. Hakerzy nie atakują stron Donalda Tuska, Radka Sikorskiego i Pawła Grasia. Oni atakują strony Rządu Rzeczypospolitej Polskiej. To jest po prostu antypaństwowe działanie, niezależnie od beznadziejnego poziomu zabezpieczeń tych stron.
Kolejna kwestia, to skuteczna ochrona praw autorskich. Bardzo chętnie skrarżymy się, że to nie artyści dostają te pieniądze, tylko wstrętne koncerny, a poza tym te opłaty są strasnzie wysokie i nas po prostu nie stać. Na pierwszy argument odpowiedź jest banalna. To nie wstrętne korporacje, grożąc artystom śmiercią, zmusiły ich do podpisania umów. Zgodzili się na to sami i w drodze umowy przekazali swoje autorskie prawa majątkowe za raczej przyzwoite pieniądze. Dalej prawda jest taka, że w dobie internetu wydawcy i producenci są coraz bardziej przeżytkiem i ich rola będzie malała, a zastępować ją będzie coraz prostszy self-publishing. Wrzucić dobry kawałek na YouTube'a nie jest przecież trudno. Druga sprawa jest jeszcze prostsza. Jeśli chcą za dużo, nie trzeba oglądać. Nie trzeba słuchać ani czytać. Popyt rodzi podaż. Nie będziemy kupować, nie będzie problemu. Rynek wyrówna.
Żeby było jasne, nie jestem wielkim zwolennikiem ACTA. Nie zamierzam za nie umierać, ale widzę, że mamy wiele poważniejszych problemów, które dużo bardziej godzą w nasz dobrobyt, naszą suwerenność i podmiotowość. Rozumiem, że wielu internautom doskwiera brak MegaUploadu, ale czy ta sprawa godna jest atakowania własnego państwa? Czy to nie umacnia nas w przekonaniu, że Polska dzieli się nawet nie na Pisowską i Platformerską, ale jak w czasach Komuny na Nich (władzę) i dzielnych Nas? Mam nadzieję, że nie, bo w ten sposób nigdy nie zbudujemy silnej i odpornej na wstrząsy Polski.



Komentarze
Pokaż komentarze (72)