Obraz świata, jaki wyłania się z przedmowy Sierakowskiego do “Rewolucji u bram” Žižka („Dziecięce choroby lewicowości”) jest dziwnie pesymistyczny i fantastyczny. Jest to świat znienawidzonego „liberalno–demokratycznego konsensu”, w którym całkowicie wykluczono z dyskursu publicznego grupy nieuprzywilejowane ekonomicznie (a w efekcie przestano w ogóle dopuszczać ich istnienie). Wydawać by się mogło, że panuje w najlepsze neoliberalizm, czy też „bolszewizm rynkowy”, jak go nazywa John Gray i przetrwają wyłącznie najsilniejsi. Jednak w rzeczywistości żadna „systemowa” partia nie forsuje zapominania o najbiedniejszych – każda z nich ma bardziej lub mniej rozwinięte propozycje socjalne. Podział na lewicę i prawicę wśród partii systemowych (a nie skrajnych) jest dużo bardziej subtelny i sprowadza się do proporcji między wolnym rynkiem a opieką socjalną.
Jeśli nowa lewica czuje się wykluczona – a zarzut ten pada wielokrotnie pod adresem „liberalno-demokratycznego konsensu” – to nie dlatego, że jako jedyna przeciwstawia się wściekłemu wolnemu rynkowi. Sierakowski ma rację, kiedy oskarża „liberalnych hegemonów” o wykluczanie poprzez umieszczanie na indeksie poglądów niepoważnych, poprzez zamykanie w „celi śmiechu” (ciekawe, czy Michalski cieszy się z tego, że jego określenie zrobiło karierę w słowniku lewackim?). Niewątpliwie poza warstwą całej paraliżującej nowomowy o „hegemonach” i „konsensach” w tym szaleństwie jest metoda. Jednak metoda albo cyniczna, albo idealistyczna. Bo oto okazuje się, że to nie wykluczanie jako takie jest złe, a jedynie wykluczanie nowej lewicy. Nie chcemy być na indeksie, bo nie – niech sobie wykluczają, byle nie nas. A konkretnie, niech wykluczają nie tych, których uważają za niepoważnych, tylko naszych przeciwników. Interpretacja idealistyczna przełożyłaby to nieco inaczej: niech wykluczanie definiowane będzie wyłącznie konstytucyjnie (czyli niech na marginesie pozostaną naziole) – co jest o tyle nierealne, że przecież system „wyklucza z ukrycia”, a nie w sposób zorganizowany i oficjalny. Więc przed rewolucją nie ma szans.
Parę postulatów jednak otrząsa. Na propozycję przekształcania od wewnątrz panującego porządku Žižek miałby według Sierakowskiego odpowiedzieć, że „ideały demokratyczne (...) są nie do utrzymania i konieczny jest radykalny drugi krok, inaczej zwyciężą konserwatywni populiści”. Stawianie sytuacji w takiej formie (albo lewacy albo naziole) jest demagogiczną próbą wmówienia manicheizmu myślenia podobnego do przedwojennego, który okazał się dla wielu ślepą uliczką (albo komunizm albo faszyzm). Otrząsa też przywoływanie cytatu o „heroicznej hybris Lenina w konfrontacji z potęgą losu”, bo w danym kontekście brzmi jak zastępowanie etyki estetyką, kuszącym pięknem greckiej tragedii.
Główny problem polskiej lewicy polega według Sierakowskiego na chęci działania w ramach systemu zamiast walki z nim. Rozumiem niepokój, jaki wywołuje rozmienianie się na drobne i strata energii na mało efektywne działania (poddawanie się „pokusie działania”), ale przynajmniej w dwóch przypadkach kwestia sprowadza się do przestrzegania przed pomaganiem komuś w ramach lib.-dem. konsensu (tfu!), na co szkoda czasu i atłasu.
Co irytuje w świecie dziecięcej lewicowości Žižka, to myślenie dialektyczne: świat sprowadza się do konfliktu między faszyzmem a antyfaszyzmem, z których ponieważ pierwszy jest zły, drugi musi uosabiać dobro. Kiedy Sierakowski pisze o braku równowagi między radykałami z prawicy i z lewicy, argumentuje to brakiem symetrii między faszyzmem i antyfaszyzmem. Wydaje się to o tyle dziwne, że liberalni hegemoni nieco inaczej definiują „radykałów z lewicy” (zresztą „radykałów z prawicy” też z reguły nie identyfikują jako antybolszewików). Lewica absolutnie nie ma monopolu na antyfaszyzm i nie stanowi jedynego możliwego dopełnienia faszyzmu, bo całe szczęście póki co spectrum postaw jest szersze.
Cały artykuł Sierakowskiego bardzo ciekawy i godny polecenia, również dlatego, że „czas zadymy” staje się „czasem zadumy” nad problemami polskiej lewej strony.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)