6 obserwujących
227 notek
89k odsłon
  36   0

Master. 50

Ściana pokoju Joela była obwieszona kartonowymi planszami, podwieszonymi do solidnej szyny na suficie. Do plansz szpilkami przytwierdzone były kolorowe nitki, żółte, niebieskie, pomarańczowe, zielone… cała gama kolorów. Każda nitka odpowiadała indeksowi jakiejś spółki, notowanej na giełdzie. Matthew, syn Joela miał lekkie upośledzenie mózgowe, odmianę autyzmu. Nie byłby to zbytni problem, nauczył się czytać, pisać i liczyć, samodzielnie się ubierał, mył, jadł. Umiał zrobić herbatę i pościelić łózko. Był przesadnym czyścioszkiem, zęby mył dziesięć minut, ręce mydlił przez trzy minuty. W zasadzie idealny potencjalny mąż, gdyby nie to, że był niski, garbaty i okropnie brzydki. Miał jednak coś, co sprawiało, że był wyjątkowy. Czasami podchodził do koszyka, w którym leżały kłębki kolorowej włóczki, brał jeden kłębek i albo podrzucał do góry, albo ciskał w kąt pokoju.

Tego wieczora wybrał włóczkę o kolorze bardzo jasnej żółci, rzucił w kąt pokoju i jeszcze dodatkowo przydeptał stopą. Potem odwrócił się i poszedł do swoich spraw. Joel podszedł do ściany, sprawdził co to za spółka i zadzwonił do Pierre’a. Pierre, po kilku kolejnych rozmowach telefonicznych wdał się w długą rozmowę z Peterem.

Diunger był koleżką Dietlafa. Brał udział w akcjach, w których trzeba było się bić. Uwielbiał bójki, nawet bardziej niż gwałcenie dziewczyn. Kiedy jego przeciwnik miał nuż albo pistolet, taka walka podniecała go bardziej. Kiedy ostrze albo kula go trafiały, nie czyniąc zbytniej szkody, wpadał w szał zabijania. Wiedział że, gdy padnie w walce, to od razu wejdzie do Walhalli, jeśli będzie długo żył i umrze w łóżku, po prostu zgnije. Kiedy wszedł do kręgu, był pewny że pokona wszystkich po kolei. W ciągu kilku sekund zmienił zdanie, był jednak za mało rozgrzany, żeby wpaść w prawdziwy szał. Facet naprzeciw skłonił mu się, przykładając pięść do otwartej dłoni, Diunger ruszył, by go zmiażdżyć. Teraz stał osłupiały poza kręgiem, podtrzymywany w stalowym uścisku dwóch mocnych facetów. Zwycięzca stał w kole, zwrócił twarz w stronę Diungera, skłonił się, podziękował za walkę i wyszedł, robiąc miejsce dla następnych wojowników. Jeden z trzymających go mężczyzn powiedział.

Dobry jesteś, cyberpunku. Tamta gra jest dla grzecznych, ty awansowałeś do prawdziwej walki. Wygląda na to, że zdobędziesz Ferrari.

Stiopa siedział w chatce w głębi tajgi. Śnieg leżał na dachu, mróz trzymał mocno. Koza trzaskała wesoło, dając ciepło, na zewnątrz terkotał agregat prądotwórczy. Fiodor dorzucał drwa i piekł żołnierskim sposobem kromki chleba ze smalcem, syberyjskie tosty nagrzewane w popielniku, trzymane na rączce od pogrzebacza. Rarytas prostych chłopaków. Stiopa był wprawdzie specjalistą od rakiet, ale proste przysmaki lubił. Jego dziadek był szefem ochrony na lotnisku Siewiernyj w Smoleńsku, zginął w wypadku, w maju 2010. W domu nie rozmawiało się o dziadku i jego śmierci. Nad tajgą wstawał świt, wielki balon w kształcie dysku nadlatywał nad właściwe miejsce. Stiopa zsynchronizował wszystkie rakiety, włączył naprowadzanie i czekał. Mierzenie było proste, obiekt miał ponad kilometr średnicy, trudno byłoby nie trafić. Siedem stanowisk rozlokowanych w promieniu pięciu kilometrów potwierdziło gotowość.

Stiopa wpatrywał się w obrazy z kamer, balon zbliżał się szybko. Stiopa przełknął ostatni kęs i skupił się na celu. Jeszcze dwa kilometry. Balon mijał wyznaczony punkt o kilkaset metrów w lewo, ale to się mieściło w granicy błędu. Jeszcze kilometr, jeszcze sześćset metrów, jeszcze dwieście.

Stiopa nacisnął czerwony guzik, wciskanie wymagało siły, żeby nie spowodować przypadkowego falstartu. Czternaście rakiet, po dwie z każdego stanowiska ruszyły w stronę balonu. System bezpieczeństwa zareagował natychmiast, pierwsza para została zestrzelona przez lasery z przodu i z tyłu. Po chwili kolejne dwie rakiety rozpadły się w powietrzu, ale dziesięć pozostałych pędziło do celu. Kolejne dwie eksplozje oznaczały, że już tylko osiem rakiet zagraża balonowi, ale czas miał swoje prawa. Sztuczna inteligencja podjęła decyzję o ewakuacji pilota, modem pasażerski, wielkości małego autobusu oderwał się od balonu i poleciał na lewo, mógł przelecieć kilkadziesiąt kilometrów, żeby dotrzeć do bezpiecznego miejsca. Rakiety były już bardzo blisko, pozostało kilkadziesiąt metrów, gdy dwie kolejne eksplodowały przed celem, potem jeszcze jedna, najdalsza. Jednak pięć rakiet już przeszyło powłoki, przebiły się przez azot i hel, dotarły do wodoru i tam eksplodowały. Przez jakiś czas nic się nie działo, bo w rakietach był ciekły tlen, zmieszał się z wodorem i nad tajgą rozległ się potężny grzmot, a słup ognia uniósł się na kilka kilometrów w górę. Cała konstrukcja jeszcze chwilę szybowała nad ziemią, ale po kilkudziesięciu sekundach runęła na ziemię z łoskotem łamanych sosen.

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale