Tytułem wstępu...
11 listopada nie jest na pewno dniem, który wśród Polaków powinien wzbudzać jakiekolwiek kontrowersje. Niestety jest inaczej. Wciąż jesteśmy młodą demokracją, pełną radykalizmów wynikających zarówno z zaszłości historycznych, jak także dla wielu Polaków - szczególnie młodych - niezbyt dobrą sytuacją ekonomiczną, która tylko pobudza ich fascynacje wszelkiego rodzaju postawami skrajnymi.
Nie o ekonomii i gospodarce chciałem dziś jednak pisać. Z dużym zaciekawieniem czytam dziesiątki pojawiających się tutaj opinii dotyczących zbliżającego się piątku. Opinii płynących ze wszystkich... trzech stron.
Bohaterowie spektaklu...
Pierwsza z nich to zwolennicy Marszu Niepodległości. Tych podzielić możemy na dwie podgrupy. Pierwsza to sprzeciwiający się temu, że ktoś próbuje ich blokować, o umiarkowanie prawicowych poglądach, którzy mają zamiar na marsz zabrać rodzinę, dzieci i z flagami pomaszerować świętując odzyskanie niepodległości. Prawdziwi - bez ironii - patrioci. Druga z nich jest już niestety bardziej radykalna. Pragnie ona pokazać lewactwu gdzie jego miejsce, a w sumie najlepiej gdyby była okazja do bezpośredniego starcia to i pokazać będzie można dosadniej. Nie ma bowiem nic bardziej ekscytującego niż kult siły i poczucie, że maszeruje się ramię w ramię z równie przystojnymi, dobrze zbudowanymi kolegami o prawdziwie polskim pochodzeniu.
Druga z grup czyli blokujący piątkowy marsz, także dzieli się na dwie podgrupy - mniej i bardziej radykalną czyli identycznie jak w przypadku uczestników Marszu Niepodległości. Opisywać można je dokładnie tak samo jeśli chodzi o nastawienie i chęć konfrontacji choć dostrzegam pewne różnice, o których napiszę w dalszej części.
Ostatnia grupa to zwykle ludzie, którzy swoje przeżyli i generalnie nie podoba im się to, że w takim dniu ktokolwiek z Polaków staje naprzeciw siebie, pragnąc udowodnić sobie jakieś racje. Fakt faktem, że racja jest tutaj dla przytłaczającej większości jedna i wspólna - niepodległość i jej świętowanie. Diagnozy płynące ze strony opisywanej grupy z reguły są takie, że Marsz Niepodległości organizowany przez takie, a nie inne środowiska niezbyt im się podoba, ale maszeruje legalnie (to prawda) i nie powinno się mu przeszkadzać. Radykalizmy? Wszelkie obecne na marszu to tylko jakiś promil, który należy 11 listopada zaakceptować, ale generalnie milczeniem odizolować. I tutaj właśnie zapala mi się czerwona lampka, która powoduje, że jednak 11 listopada w centrum Warszawy się pojawię.
Osobiste przemyślenia...
Nie umiem jeszcze stwierdzić czy będę próbował cokolwiek blokować. Uważam, że agresja rodzi agresję i do takiej patologicznej sytuacji dojść nie powinno. Chciałbym jednak wcześniej móc zobaczyć, jak ów marsz będzie wyglądał i kto się na nim pojawi. Może faktycznie ewolucja środowisk skrajnie prawicowych jest tak duża, że zobaczę zadowolone rodziny, flagi, balony i prawdziwe, szczere świętowanie niepodległości.
Jakoś jednak nie mogę dać temu wiary i obawiam się, że zobaczę mieszankę bardzo zróżnicowaną, która spowoduje, że stanę jednak naprzeciwko, choć z dużym smutkiem. Stanę wiedząc że duża część "oponentów" to ludzie, z którymi mógłbym się dogadać. Poza nimi ujrzę jednak z roku na rok rosnące w siłę organizacje, które możemy śmiało nazwać skrajnie prawicowymi.
Nie posługuje się tutaj często nakręcanymi, histerycznymi i pisanymi pod określoną tezę informacjami podawanymi przez Gazetę Wyborczą. Uważam, że sposób jej walki z wyżej wymienionym marszem jest śmieszny i straszny zarazem. Dodatkowo osoby takie jak Kazimiera Szczuka swoją argumentacją i wojowaniem w sprawie blokady marszu niepodległości, robią jej więcej złego, aniżeli dobrego.
Płacz, lament, bzdurne argumenty i tropienie wszędzie homofobii nie pozwala traktować ich poważnie w świetne "przedmarszowej polemiki". Ktoś z tej prawej strony słusznie zauważył - bodajże w debacie organizowanej przez Roxy Radio - że 11 listopada nie jest dniem geja czy lesbijki tylko odzyskania niepodległości. Nie takiej argumentacji wobec prawicy używać się powinno.
Ci bardziej skrajni...
Niepokojące jest to, że pod przykrywką świętowania jednego z naszych najważniejszych dni oszukają przeciętnego Polaka setki radykałów. W piątek zrobią oni zatroskane miny, przemaszerują ulicami Warszawy, pewnie nawet nie będą chcieli jakoś mocno wyróżniać się z tłumu ubiorem, a potem rozjadą się po Polsce, aby złapać pochodnie, potropić "brudasów", ponamierzać "lewaków" i spróbować nawracać ich na jedynie słuszne poglądy argumentami dalekimi od dysput akademickich. Na to zgody być nie może i nie dziwi chęć blokowania marszu. Główny wniosek płynący z tej części wpisu? Szkoda, że niektórzy wycierają sobie twarz takim wydarzeniem, organizując tego dnia najwzyczajniej w świecie główny zlot swoich niegdyś kanapowych, dziś już myślę łapiących się na ten 1-2% poparcia organizacji.
Nie, nie dam nikomu satysfakcji nie wspominając o radykalizmach z lewej strony. Ta legendarna już w ostatnich dniach Antifa i jej nawoływania do blokowania marszu. Nie pochwalam siły, widzę jednak różnice u skrajnie lewej strony tego żałosnego niestety spektaklu. Historykiem naszych ruchów radykalnych III RP nie jestem, wydaje mi się jednak - a jest to przypuszczenie graniczące z pewnością, że skrajnie lewicowe ruchy w Polsce powstały jako odpowiedź na to, jak radykalizuje się pewien ułamek społeczeństwa po prawicy. To, że z pewnego rodzaju samoobrony i niezgody wobec prawicowych ekstremów powstała grupa równie radykalna można było przewidzieć.
Druga kwestia, jaką warto tu poruszyć to historyczne zrównanie obydwu radykalizmów. Jedni i drudzy z reguły młodzi ludzie odwołują się do zbrodniczych ideologii, a "ci lewi" to już w ogóle. Komunizm wszak doświadczył nasz kraj przez dziesięciolecia bardzo. Psikus. Różnica jest zasadnicza, bo o ile z jednej strony mamy do czynienia z grupami, które czczą niejednokrotnie "bohaterów", którzy najechali na nas 1 września, a swastyka czy heilowanie to dla nich forma niegroźnego wyrażenia siebie, o tyle u lewicy nie widzę jakiegoś zafascynowania zbrodniarzami komunistycznymi. Raczej charakteryzuje ją sprzeciw wobec tego co coraz mocniej dzieje się na cmentarzach, pomnikach i w różnego rodzaju miejscach pamięci.
Mam na myśli oczywiście tą lewicę, o której tutaj wspominam w kontekście blokady. Tą "antifowską", bo nie rozpatruje tutaj przypadków kwalifikujących się do leczenia jak panowie proletariusze z Władzy Rad(polecam, zabawna lektura) - raczej niegroźną w kontekście agresji wobec innych, a to bardzo ważne.
Trzecia sprawa i sprawa ostatnia. Argument tych nieradykalnych prawicowców, że im będzie ich więcej, tym bardziej zmarginalizują radykalizm. Pozornie rozsądne. Czemu jednak po raz kolejny drodzy umiarkowani prawicowcy nie przygotowaliście się do świętowania swojego (naszego) dnia tak, aby swoje marsze chociażby Kolibra, AK-owców czy młodzieżówek PiS zarejestrować zanim zrobią to Wasi bardziej radykalni koledzy?! Taka ignorancja prowadzi do sytuacji, którą cała Warszawa i cała Polska przeżyje w piątek.
Podsumowując...
Szkoda, że najbardziej cierpią Ci najmniej radykalni. Ja osobiście nie miałbym nic przeciwko, gdybym tego dnia mógł pomaszerować ciesząc się z niepodległości razem z ludźmi o poglądach prawicowych. Nie będę jednak maszerował ramię w ramię z opisywanymi grupami radykalnymi i nie chcę, aby rosły one w siłę. Ich ignorowanie na pewno nie załatwia sprawy.
Część z Was zdziwi się, jak podkolorowane relacje zobaczycie na ich stronach internetowych 11 listopada i jak instrumentalnie pod przykrywką tego wielkiego dnia zostaniecie potraktowani...


Komentarze
Pokaż komentarze (39)