O ile sytuacja po wyborach nieciekawie wygląda dla polskiej prawicy, która dzieli się ostatnio bardzo mocno, dążąc skwapliwie do czasów kiedy to mieliśmy dziesiątki kanapowych partyjek, z których prawie żadna nic nie znaczyła, o tyle zawsze gdy polityk polskiej prawicy chce poprawić sobie humor, może pomyśleć: "dobrze, że nie mamy tak jak po lewej stronie" - tam dopiero jest ciężko.
Niestety. Całkowity demontaż lewej strony sceny politycznej już nastąpił i jest jeden plus tego wszystkiego. Jeśli z grupy niezadowolonych polityków SLD, których symbolem w pewnym stopniu jest Ryszard Kalisz, zawiedziony kierunkiem w jakim idzie partia, nie wyodrębni się żadna osobna grupa, wówczas można "optymistycznie" stwierdzić, że czas postępującego rozdrobnienia lewicy dobiegł końca.
Z rozbawieniem czytam doniesienia prasowe, w których raz na kilka dni podnieceni członkowie Ruchu Palikota informują, że zasilają ich kolejni działacze tonącego SLD. Rozbawienie moje wynika z dwóch zasadniczych powodów. Kto jeśli nie Palikot twierdził w czasie kampanii, że jego formacja jest całkowitą alternatywą dla Sojuszu i przyjmowanie hurtem działaczy tej partii zawiedzionych niskim wynikiem wyborczym byłoby nieuczciwie wobec ojców założycieli Ruchu Palikota?
Jak po raz kolejny widać w polityce słowa są bardzo tanie i z otwartymi rękoma Palikot przyjmuje kolejnych uciekinierów z SLD, doczepiając im łatkę wspaniałych ideowców, którzy nie zgadzali się na to, co działo się w partii za rządów Napieralskiego. Przykładem flagowym jest tutaj wielce ideowy poseł Kopyciński, który z odrazą tydzień po wyborach patrzył na dawnych kolegów z SLD, umiejąc jednocześnie swoją odrazę chować w czasie gdy potrzebne były pieniążki na kampanię oraz pierwsze miejsce na liście Sojuszu.
Drugi z powodów mego rozbawienia wynika z niezrozumienia sytuacji polskiej lewicy po wyborach przez wielu wytrwanych - wydawałoby się - graczy na polskiej scenie politycznej. Ani Palikot bez Sojuszu, ani Sojusz bez Palikota nie będą w stanie stworzyć poważnego ugrupowania politycznego, którego poparcie wahałoby się co najmniej w przedziale 20-30%. Zbyt fałszywy dla wielu jest w swej lewicowości świeżo nawrócony Palikot i jego zastęp posłów-przedsiębiorców, zbyt natomiast skostniałe i zainteresowane wewnętrznymi konfliktami w swoim ugrupowaniu jest SLD. Bez połączenia tych sił w przeciągu następnych dwóch lat polska lewica nie wygrzebie się z kryzysu.
Nie wygrzebie się z niego także bez porozumienia z mniejszymi, niejednokrotnie kanapowymi organizacjami, stowarzyszeniami i partiami politycznymi, które razem mogą stanowić całkiem sensowną siłę. W grupie tej znajdują się zarówno zrzeszeni bardzo luźno z SLD Zieloni i Partia Kobiet, jak także dogadani z Palikotem członkowie Antyklerykalnej Partii Postępu Racja. Jeśli porozumienie lewicy nie będzie obejmowało pełnego wachlarza ugrupowań z programem politycznym bazującym na konsensusie przede wszystkim w sferze gospodarczej, wówczas kryzys będzie trwał i trwał. Pragnę zaznaczyć, że jestem stosunkowo spokojny o konsensus. Jeśli nie dobrowolny, to z przymusu, kiedy to wszystkim zajrzy w oczy widmo przegranych wyborów do europarlamentu.
Pytanie zasadnicze dotyczy tego, kto na czele zjednoczonej polskiej lewicy mógłby stanąć? Na chwilę obecną dobrej odpowiedzi chyba nie ma, chociaż na pewno na giełdzie kilka nazwisk jest: Aleksander Kwaśniewski, Janusz Palikot, Ryszard Kalisz, Sławomir Sierakowski, Włodzimierz Cimoszewicz. Każda z kandydatur ma wady i zalety - jak to zresztą w życiu bywa.
Znając jednak wspomniane "życie" żaden z wymienionych na czele nowej prognozowanej przeze mnie formacji nie stanie. Czyżby więc okładka "Polityki", na której to Palikota typowano na Mesjasza Lewicy wkrótce miała stracić na aktualności? Wiele wskazuje na to, że tak chociaż Mesjasza na chwilę obecną nie widać...


Komentarze
Pokaż komentarze (2)