Przez cztery lata nie można było doprosić się rządu, aby cokolwiek zaczął reformować. Donald Tusk tłumaczył, że nie może, bo prezydent mu przeszkadza, bo wybory się zbliżają, bo ważniejsza jest ciepła woda w kranie i tak dalej... Większość publicystów, w tym niżej podpisany, domagała się, aby rząd zaczął coś robić. No i doczekaliśmy się. Hurtowego spełniania marzeń o reformach.
W expose (wybaczcie brak akcentu nad "e") Donald Tusk zapowiedział cięcia, cięcia i jeszcze raz cięcia. Nie ominą one niemal nikogo (poza najbogatszymi, którym zabrano becikowe, które starczało im na waciki) nawet duchowieństwa, choć to akurat kwiatek do kożucha, bo katechezy jak były opłacane z budżetu państwa i samorządów tak będą.
Nie można powiedzieć, że te reformy są zbędne. Naprawdę należy zreformować wreszcie KRUS, trzeba podnieść wiek emerytalny i zracjonalizować wydatki choćby związane z becikowym. Kłopot w tym, że te reformy należało wprowadzać stopniowo już przez cztery ostatnie lata. I nie da się ukryć, że wtedy bolałyby wszystkich zdecydowanie mniej.
Jednak jest coś, co sprawia, że reformy planowane przez rząd (i spóźnione o całą kadencję) sprawiają, że prorocze stają się słowa premiera, że albo siedzi się w restauracji albo jest się pozycją w karcie dań. Wszystkie planowane reformy (oprócz KRUS) mają jedną wspólną cechę - dotkną najbiedniejszych i średniozamożnych. Nie słychać o podwyżce podatków dla najbogatszych, nie słychać o podwyżce CIT (bardziej dla pracodawców, wbrew pozorom, obojętnej niż podniesienie składki rentowej), która mogłaby uderzyć w tych spośród zamożnych, którzy udają, że nie są pracownikami najemnymi a firmami (przy okazji, nie uderza to w tych, których zmuszono do samozatrudnienia, ale oni zarabiają naprawdę mało). Za to rząd chce przywalić twórcom likwidacją 50% kosztów, co widowiskowo zapewne zobrazuje nam różnymi Cichopkami i innymi Józefowiczami.
Wygląda więc na to, że przeciętny obywatel stanie się pozycją w menu. A najbogatsi będą przebierać i wybierać pracowników spośród pięknych 25-letnich z 10-letnim doświadczeniem, znajomością ośmiu języków i czterema fakultetami. Do pracy na zmywaku albo taśmie.
No bo jest kryzys, trzeba się przekwalifikować i zapłacić za ratowanie zysków. Oraz trzeba zapłacić za cztery lata zaniechań w reformach. Ale o tym już Donald Tusk nie wspomniał. Przecież nie będzie mówił, że ostatnie cztery lata zajmował się tylko nabijaniem sobie punktów do ostatnich wyborów, prawda?
Do następnego (?)
Intel-e-gent


Komentarze
Pokaż komentarze (13)