Sojusz Lewicy Demokratycznej wybrał swojego nowego szefa. Został nim szef stary - Leszek Miller, który wypłynął z mroków niepamięci i na nowo robi karierę. Symboliczne jest, że natychmiast pospieszył do niego z kwiatami Grzegorz Napieralski.
Co prawda uważam Millera za niezłego polityka i osobę, która sprawdza się w Sejmie, ale partii to przyniósł on więcej szkód niż pożytku. I wcale nie mam tu na myśli dętej afery Rywina, w której wciąż nie jest wyjaśniona rola Wandy Rapaczyńskiej, a to co zrobił w dziedzinie wewnętrznych spraw SLD.
Tak się bowiem składa, że to za czasów Millera w SLD zaczęto promować ludzi takich jak Napieralski czy Kalita - miernych aparatczyków przekonanych o własnej doskonałości. Eliminowano natomiast ludzi zdolnych i mających coś do przekazania. Skutkiem działalności Leszka Millera zmierzającej do wyeliminowania zagrożeń dla jego władzy w Sojuszu jest dzisiejsza intelektualna i programowa posucha tej partii.
Oczywiście, może być tak, że Leszek Miller zdał sobie sprawę ze swoich błędów i będzie próbował promować teraz działaczy inteligentniejszych od ameby i Kality, ale szczerze w to wątpię. Tygrys może zmienić skórę, ale nie charakter. Wybór Millera na szefa SLD oznacza, że muszę zacząć szukać innej partii na którą mógłbym głosować i będę miał z tym problem, bo takiej partii nie ma.
Owszem, pociąga mnie antyklerykalizm Ruchu Palikota i darzę autentycznym szacunkiem wielu posłów tej partii, ale skrajnie liberalny program gospodarczy Palikota po prostu mnie odrzuca. Pozostaje mi mieć nadzieję, że z SLD wyłoni się coś bardziej autentycznie lewicowego i mój głos nie będzie głosem oddawanym na pozaparlamentarną opozycję.
Tak czy inaczej syndyk masy upadłościowej SLD zaczął swą pracę.
Do następnego (?)
Intel-e-gent


Komentarze
Pokaż komentarze (4)