Kończy się polska prezydencja w UE co do której miałem spore obawy. Bałem się, że rząd zechce ją wykorzystać w kampanii wyborczej, a poza tym schrzani wszystko co było do schrzanienia. Okazuje się jednak, że nie było tak źle.
Co prawda rząd korzystał w kampanii w faktu, że Polska przewodniczy Unii, ale robił to całkiem, jak na polskie standardy, dyskretnie. W zasadzie tylko na początku próbował zamknąć usta opozycji pod pozorem, że "musimy grać razem przewodnicząc Unii", ale kiedy to się nie udało, odpuścił. Należy to zaliczyć na plus rządu, bo pokusa na pewno była spora.
Zdecydowanie korzystnie oceniam działania polskiej prezydencji w walce z kryzysem w UE. Nie mogliśmy wiele zrobić, bo kasę trzymał kto inny, ale próbowaliśmy doprowadzać do porozumienia. Zostało to docenione w innych krajach, w Polsce przeszło niezauważenie. Być może dlatego, że ludzie mają już dość ciągłego mówienia jaka to Platforma jest wspaniała, a Tusk cudowny. Trzeba jednak przyznać, że również determinacji naszego premiera zawdzięczamy porozumienie w sprawie ratowania wspólnej waluty.
Ujemnie oceniam natomiast brak jakiegokolwiek pomysłu, czy nawet próby szukania jakiegoś rozwiązania sytuacji w Syrii. Fakt, bliżej też mamy kłopoty z dyktaturą, ale pamiętajmy, że kraje UE angażowały się w pomoc dla Libii czy egipskich demonstrantów. Przydałoby się, aby syryjski reżim, choć nie ma żadnych zasobów naturalnych (ani nie panuje nad żadnym ważnym szlakiem wodnym) wiedział, że promocja demokracji to dla UE rzecz ważna, a nie tylko związana z interesami korporacji.
Niemniej bilans polskiej prezydencji jest pozytywny. Udało się nam nie tylko niczego nie schrzanić, ale i osiągnąć jakieś pozytywy. Jeżeli nam się wydaje, że to mało, to pamiętajmy, że rola prezydencji jest teraz mniejsza niż była jeszcze kilka lat temu.
A co Wy sądzicie o bilansie polskiej prezydencji? Zachęcam do debatowania na blogu Debat.
Do następnego,
Intel-e-gent


Komentarze
Pokaż komentarze (17)