Ustami swojego rzecznika Platforma Obywatelska radośnie oznajmiła, że ma już swój wewnętrzny kompromis w sprawie in vitro. Kompromis ma polegać na unikaniu szczegółowych rozwiązań i szczególnej ochronie zarodków. Innymi słowy mówiąc jest prawie tak jak chcą tzw. konserwatyści i kolejny raz kompromis w delikatnej sprawie, w której punkt widzenia zależy od światopoglądu, niebezpiecznie przypomina dyktat jednej strony.
PO sugeruje, że ustawa o in vitro nie powinna być zbyt szczegółowa. Co akurat jestem w stanie zrozumieć, bo prawo, o ile to możliwe, powinno nakreślać ogólne ramy, a nie drobiazgowo ustalać co, jak, gdzie i z kim. Niemniej są sytuacje, gdy pewne rzeczy trzeba określić z góry, a nie rozwiązywać za pomocą "specjalnych programów Ministerstwa Zdrowia" czy rozporządzeń. Za kilka lat u władzy mogą być jeszcze bardziej radykalni konserwatyści niż obecnie i ustalą sobie rozporządzeniem takie zasady, że z in vitro będzie mogła skorzystać najwyżej jedna osoba - niezamężna żydówka z Nazaretu. A i tu będzie konieczna boska interwencja.
Donald Tusk nie chce, co zrozumiałe, ryzykować tego, aby opozycja wewnątrz Platformy mogła się dokładnie policzyć. Nie musi jednak robić tego kosztem psucia prawa, tym bardziej, że podstawowym argumentem przeciwko narzucania kościelno-katolickiego punktu widzenia w tej sprawie (jak i w sprawie aborcji) jest choćby to jak zachowują się Świadkowie Jehowy, których wiara zabrania transfuzji krwi. Prawnie jest ona dopuszczalna, ale żadna siła nie zmusi do niej wyznawcy tej religii.
Może więc warto wytłumaczyć Kościołowi i jego politycznym pomagierom, że powinni popracować nad siłą swojej i wiernych wiary, zamiast narzucać wszystkim swój punkt widzenia? W końcu prawdziwi katolicy nie zdecydują się na in vitro czy aborcję niezależnie od tego jakie będzie prawo i naprawdę nie trzeba bić reszty podkutym butem, wmawiając, że to kompromis.
Do następnego (?)
Intel-e-gent


Komentarze
Pokaż komentarze (2)