Prezydent Bronisław Komorowski domaga się od banków, by udzielały kredytów osobom pracującym w oparciu o umowy cywilnoprawne (tzw. umowy śmieciowe). Bardzo to miłe ze strony prezydenta, ale w żaden sposób nie rozwiąże to problemu jakim jest nadużywanie przez pracodawców umów cywilnoprawnych.
Obecny stan rzeczy jest taki, że w oparciu o te umowy pracuje od 600 tys do nawet 1 miliona pracobiorców. Można słusznie podejrzewać, że większość z nich pracuje de facto na etacie za stawki mniejsze niż pensja minimalna i bez ubezpieczeń społecznych. Oznacza to, że ci pracobiorcy faktycznie dotują swoich pracodawców. Tak jak dotuje tychże pracodawców państwo, które nie pilnuje przestrzegania prawa.
Jeżeli jest jakiś aspekt działalności polskiego państwa, w którym nie zdaje ono egzaminu to jest to właśnie przestrzeganie prawa pracy. Inspekcja Pracy ma prawo wejść do biur, fabryk czy sklepów i sprawdzić czy prawa pracobiorców nie są łamane. Robi to rzadko, bo brak jej pieniędzy, a kary nakładane na pracodawców są śmiesznie niskie, w dodatku nie są wymierzone w faktycznie odpowiedzialnych za ten stan rzeczy. O tym jak to zmienić, będzie w następnym tekście.
Pracodawcy bronią się przed zarzutami o okradanie pracobiorców, twierdząc "lepsza taka praca niż żadna". To, że praca za takie stawki jakie oferują nie daje szansy na wydźwignięcie się z biedy ignorują, tak jak to, że brak ubezpieczeń społecznych utrwala ową biedę na przyszłość. Osoby pracujące w oparciu o tzw. umowy śmieciowe nie będą miały emerytur (bo ewentualna emerytura minimalna jest jałmużną, nie świadczeniem), a już teraz są pozbawione ubezpieczenia zdrowotnego. Państwo to toleruje, a nie powinno.
Państwo to toleruje z nieznanych mi względów. Okradanie pracobiorców poprzez zatrudnianie ich na umowach cywilnoprawnych jest równocześnie okradaniem państwa i społeczeństwa. Przy założeniu, że pracujących w oparciu na umowy cywilnoprawne jest 1 milion, a 0,5 miliona z nich pracuje za stawki poniżej minimalnej pensji, że państwo czyli my (na tych 0,5 miliona) traci 3,8 miliarda złotych rocznie w formie należnych składek ZUS.
Oczywiście, założenia przyjęte przeze mnie mogą być błędne, ale spokojnie można przyjąć, że budżet państwa (czyli My, obywatele) zyskałby na likwidacji bezprawia ze 2 miliardy złotych rocznie, nawet, jeżeli część tych miejsc pracy czasowo zniknie (ale szybko wrócą, bo prezesi sami pracować nie będą). I nie ma co bredzić o tym, że praca tych osób nie będzie się opłacać czy zepchnie je to do szarej strefy. W przypadku zdecydowanej większości tych okradanych pracobiorców to po prostu bzdura - ich praca nadal będzie się opłacać pracodawcom.
Ale rząd i prezydent wolą przymykać oczy i proponować, co najwyżej, obłożenie umów cywilnoprawnych (czyli umów o dzieło) składką ZUS. Co uderzy w pracobiorców, czyli nie przerwie dotowania pracodawców przez pracobiorców i resztę społeczeństwa.
POlska to, po prostu, kraj zalegalizowanego bezprawia wysyłający obywatelom czytelny sygnał, że jeżeli jesteś duży, to prawo możesz mieć w dupie. To więcej niż demoralizujące.
Do następnego (?)
Intel-e-gent


Komentarze
Pokaż komentarze (21)