Celowo piszę ten tekst na tydzień przed wyborami, kiedy emocje, oskarżenia i obietnice sięgają szczytów. A nuż uda mi się przekonać kogoś z czytających, że wybory są ważne, ale raczej tylko dla startujących kandydatów bo dla wielu z nich to być, albo nie być; łatwe i dostatnie życie na koszt społeczeństwa przez cztery lata, albo konieczność pójścia do pracy. Aż się prosi napisać - do uczciwej i pożytecznej pracy. Reszta społeczeństwa ani zyska, ani nie straci na wyborach (tych obecnych i tych w przyszłości), dlatego powinna wziąć głęboki oddech i przestać się emocjonować.
Nauka o wyluzowaniu się na czas wyborów pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. Od początku tego państwa wprowadzono zasadę, że wybory odbywają się w przeciągu 34 dni poprzedzających pierwszą środę grudnia. Potem z przyczyn praktycznych zmieniono datę wyborów na pierwszy wtorek listopada. Brawo dla Stanów Zjednoczonych, że do tej pory utrzymały ten termin jako dzień wyborów.
Data jest głęboko przemyślana i ilustruję tezę tego wpisu. Wybory są w listopadzie, bo to już po żniwach, a nie można przecież farmerom przeszkadzać w ważniejszych czynnościach jakimiś tam wyborami. Wybory nie odbywają się jednak zimą, żeby nie utrudniać ludziom dojazdu do punktów wyborczych. Ważne też, że wybory są we wtorek bo nie przeszkadzają wtedy w świętowaniu niedzieli.
Jeżeli wybory nie są istotne to co jest ważne? To też jest opisanie powyżej: codzienne obowiązki, praca dająca utrzymanie i świętowanie dnia świętego. To właśnie chciałem przedstawić potencjalnemu czytelnikowi pod rozwagę. Byśmy my wszyscy - potencjalni wyborcy - zreflektowali się i wyluzowali się patrząc na polityków zapowietrzających się w litanii obietnic o których z góry wiadomo, że nie zostaną dotrzymane. Jeżeli spojrzymy na sprawę z boku to zobaczymy jak śmieszni są Ci ludzie i absurdalna ich mobilizacja raz na cztery lata.
Na przestrzeni ostatnich lat każde ważne ugrupowanie i każdy ważny polityk miał już swoją szansę, a wynik rządów kolejnych ekip jest mniej więcej taki sam. No, po namyśle przyznaję, że wyjątkiem był PiS, kiedy poszczególni politycy tej partii systematycznie obrażali kolejne grupy społeczne (rekordzistą do tej pory jest poseł Dorn), suka Saba miała udostępniony gabinet marszałka Sejmu, a CBA instalowała ukryte kamery w gabinetach lekarskich. Niemniej jednak wydaje się, że PiS wyciągnął wnioski z kolejnych porażek, a prezes przekonał się też po raz kolejny, że Kluzikowa miała rację i łagodniejszą twarzą zdobywa się więcej głosów aniżeli gniewem. Tak więc nawet wygrana PiSu mi nie przeszkadza; byle tylko nie wygrał Palikot, ale na to na szczęście się nie zanosi.
Wniosek: ktokolwiek wygra to nie ma większego znaczenia, a sprawy codzienne i własne życie są ważniejsze niż instalacja tej czy innej ekipy u władzy.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)