Kiedy znamy już wady motłochokracji szalejącej, to co możemy zaproponować na jej miejsce?
Żartobliwy bon-mot Churchila, że demokracja jest najgorszym z ustrojów, ale dotąd nie wynaleziono lepszego, jest bardziej śmieszny, niż prawdziwy. Świat przetrwał jakoś kilka tysięcy lat bez demokracji - zwłaszcza w jej motłochokratycznym wydaniu - a można nawet zaryzykować twierdzenie, że w czasach przedmotłochokratycznych skala społecznych patologii była mniejsza, niż obecnie. W dominujących wcześniej monarchiach dochodziło czasem do rozmaitych spektakularnych ekscesów despotycznych, ale na ogół był to margines - w każdym razie w porównaniu do patologii dzisiejszych motłochokracji, które są zdegenerowane już od podstaw, wskutek błędnych i szkodliwych dogmatów, na których się opierają.
Skoro bolszewizm i faszyzm zmiotły monarchie w ich dawnej formie, to powrót do poprzedniego stanu jest już nie możliwy. Mleko się już rozlało i teraz jakiekolwiek próby cofania historii musiałyby skończyć się stworzeniem jakiejś sztucznej karykatury monarchicznej instytucji, która przecież konstytuowała się tysiące lat. Cóż zatem nam pozostaje? Dyktatura? Dyktatura (mam na myśli dyktaturę jawną, nie rządy jakiejś maskowanej motłochokratycznymi pozorami oligarchii), jest trochę jak monarchia - albo jest, albo jej nie ma i nie można jej "zaplanować". Poza tym system monarchiczno - autorytarny też ma swoje wady. Możemy sobie łatwo wyobrazić (a nawet przywołać z historii) dyktatury mądre i zapewniające społeczeństwom doskonałe warunki do życia, ale też musimy pamiętać, że nawet najmądrzejszy i najuczciwszy król/dyktator nie będzie żył wiecznie, a jego zstępni nie koniecznie muszą odziedziczyćjego cechy i ów dobrze działający do tej pory system może się zdegenerować równie łatwo, jak motłochokracje. Co prawda w monarchii/dyktaturze mamy przynajmniej 50% szans, że król będzie mądry/uczciwy, podczas gdy motłochokracje degenerują się w 100% - ale skoro już poszukujemy ustroju optymalnego, to warto się trochę wysilić. Dyktaturę można porównać do antybiotyku - kiedy poziom zaawansowania motłochokratycznej choroby grozi śmiercią całego państwa, to jej zaaplikowanie może stać się konieczne - trudno jednak oczekiwać pozytywnych skutków faszerowania się antybiotykami w dłuższym okresie czasu - wątroba nie wytrzyma.
Pozostaje nam zatem korekta demokracji, aby z istniejącej obecnie motłochokracji szalejącej, stała się rzeczywistym sposobem kreowania przedstwicieli władzy - z tym, że w oparciu o system selekcji pozytywnej. Cofnięcie się do czasów antycznej demokracji greckiej, naprowadza nas na instytucję cenzusu - ograniczenie prawa głosu ludziom, którzy na takie prawo nie zasługują. Oczywiście kopiowanie rozwiązań antycznych dosłownie, w czasach dzisiejszych nie zapewni nam sukcesu - odbieranie prawa głosu, np. kobietom (hurtowo, bez konkretnego uzasadnienia) na pewno sytuacji nie poprawi, podobnie jak wprowadzenie cenzusu majątku, lub wykształcenia. Dzisiejszy system szkolnictwa produkuje miliony wtórnych analfabetów z dyplomami, a nad głupotą niektórych "profesorów doktorów habilitowanych" można co najwyżej zapłakać.
Warto się więc przyjrzeć funkcjonowaniu dzisiejszego świata, a wtedy z łatwością zauważymy, że naprawdę dobrze działają w nim tylko te instytucje i dziedziny życia, w których motłochokracji nie ma, a przecież i tam potrzeba kreować jakoś kadry kierownicze i zarządzające. Ogólnie pojęty przemysł, medycyna - to wszystko są dziedziny, w których kadrę kierowniczą kreuje się także z naboru, ale... no właśnie - w oparciu o racjonalny system selekcji, nie zaś motłochokrację. Czy odważylibyśmy się wsiąść do samolotu zaprojektowanego przez ludzi wyłonionych w "demokratycznych wyborach" - na podobieństwo reguł tych w polityce - wykonanego przez fachowców także wyłonionych w tenże sam sposób i pilotowanego przez kolejnego wybrańca "szerokich mas społecznych"? Odpowiedź jest chyba oczywista. Jeżeli nie bolimy się wsiąść do samolotu, wjechać windą na 50 piętro jakiegoś budynku, wejść na most lub położyć się na stole operacyjnym (w każdym razie z powodu niezbyt poważnej choroby) to tylko dlatego, że wiemy, iż rzeczy te zostały stworzone w warunkach działania systemu, gdzie nie ma ludzi przypadkowych - bo nie ma motłochokracji.
Jak zatem zastąpić motłochokrację szalejącą, systemem selekcji pozytywnej?
Musimy rozważyć nie tylko system przynajmniej minimalnej kontroli kompetencji (mam na myśli nie tylko bierne, ale i czynne prawo wyborcze), ale i system kontroli konfliku interesów - i od tego zacznijmy, bo problem ten dotąd w ogóle nie był poruszany, a jest ważniejszy, niż się to na pierwszy rzut oka wydaje.
Otóż prawa głosu powinni być pozbawieni wszyscy otrzymujący wynagrodzenia od państwa (lub jakichklowiek struktur publicznych) - począwszy od policjantów, przez całą "budżetówkę" (nauczyciele, lekarze, itd.), aż po sprzątaczkę w gminie. Dlaczego? To oczywiste. Ludzie ci wykonują zadania publiczne (mniej lub bardziej potrzebne) na nasze zamówienie, my jako podatnicy im płacimy, więc to my powinniśmy oceniać ich pracę. Sytuacja w której funkcjonariusze publiczni pobierający wynagrodzenia z pieniędzy podatnika mają prawo głosu, można porównać do sytuacji, kiedy wynajmując sobie robotników do remontu naszego domu, pozwolilibyśmy im głosować nad tym, czy ich praca została wykonana rzetelnie - to na początek, bo potem mogliby też w ogóle przegłosować, że to już nie jest nasz dom, tylko ich. To samo dotyczy członków rodzin wymienionej powyżej grupy ludzi - do stopnia pokrewieństwa pokrywającego się z prawem dziedziczenia ustawowego. Oczywiście to samo dotyczy także ludzi, którzy dopiero kandydują na stanowiska publiczne, ewentualnie wszystkich członków partii politycznych - z tych samych powodów. Aby zdać sobie sprawę ze skali problemu, trzeba uzmysłowić sobie, że samych funkcjonariuszy publicznych (tylko tzw. "decyzyjnych" - czyli różnego szczebla urzędników") jest w Polsce grubo ponad milion - co razem z rodzinami daje elektorat pozwalający narzucać społeczeństwu posiadane przywileje, a więc jakakolwiek rzeczywista kontrola ich poczynań, jest obecnie zupełnie iluzoryczna. Teoretycznie jest co prawda możliwe, że żona lub pełnoletnie dzieci jakiegoś urzędnika pobierającego wynagrodzenie z pieniędzy publicznych (na ogół trochę wyższe od "rynkowego" - jeżeli dodamy do tego inne "socjalne przywileje") zagłosują przeciwko tatusiowi lub mamusi, dzięki któremu prowadzą dość wysoki poziom życia, ale raczej bym na to nie liczył - to po prostu hodowla kasty nowożytnych faraonów - chyba mamy wystarczająco dużo przykładów?
Prawo głosu powinni mieć też tylko ludzie płacący podatki - z tego powodu muszą odpaść beneficjenci wszystkich zasiłków - chyba nie trzeba dodatkowo wyjaśniać?
Sprawa druga - jawność wyborów. Obecna anonimowość to kolejna patologia motłochokracji. Ludzie nie czują odpowiedzialności moralnej za dokonywane wybory. Anonimowość zawsze wyzwala w homo sapiens najgorsze instynkty, co można zobrazować zachowaniami tłumu. Trzeba przywrócić wyborom ich należny szacunek - pora wreszcie skończyć z tą wizją "dobrej zabawy", gdzie "wszyscy do urn" i jakoś to będzie. Ale ni e chodzi tylko o wyrobienie w wyborcach tego poczucia odpowiedzialności - są ważniejsze powody. Oszustwa wyborcze. Pomijam na razie kwestię samej ordynacji - obecnie możliwość dokonania wyborczego fałszerstwa jest bajecznie prosta, o czym wiem najlepiej, jako były wielokrotny członek komisji wyborczych. Wystarczy tylko domalować kolejny krzyżyk na karcie do głosowania i już głos staje się nieważny, a przeciętny Kowalski nie ma żadnego instrumentu, by sprwadzić jak jego głos został policzony. Głosowanie powinno być jawne - podpisuję pobranie karty do głosowania i członek komisji wydaje mi pokwitowanie o przyjęciu ważnego głosu. Potem listy wyborców powinny być wydrukowane i umieszczone, czy to w samym lokalu wyborczym, czy po prostu w internecie na stronach komisji wyborczej, gdzie każdy wyborca mógłby sprawdzić, czy jego głos został policzony prawidłowo, zaś same te listy byłyby stuprocentowo wiarygodnymi protokołami, na podstawie których podliczanoby głosy - w ten sposób możliwość jakichkolwiek oszustw zostałaby wyeliminiowana. Nie bez znaczenia jest też, że każdy mógłby sprawdzić jak głosowali jego znajomi - a cóż w tym złego? Proces podejmowania decyzji wyborczej powinien być dla każdego powiązany z odpowiedzialnością moralną. Oczywiście każdy może się raz pomylić i zagłosować na partię, która odpowiada za nieudolne rządy, a jej członkowie umoczeni są w rozmaitych aferach. Ale jeżeli ktoś kilka razy pod rząd głosuje na ludzi, których miejsce jest ewidentnie w kryminale, nie zaś w parlamencie, to nie powinien się dziwić, że któryś z sąsiadów przestanie podawać mu rękę. Gdybym dowiedział się, że mój sąsiad głosuje już od dawna na ludzi, którzy mnie okradają i marnotrawią moje pieniądze, to w imię czego mam, np. pożyczyć mu pieniądze lub wyświadczyć inną grzeczność? Jeżeli na kogoś głosuję, to robię to w sposób świadomy, z podniesionym czołem i nie wstydzę się tego - a jeżeli już moi wybrańcy by mnie zawiedli, to drugi raz tego błędu nie popełnię, dzięki czemu zawsze mogę spojrzeć ludziom w oczy.
I wreszcie kwestia kompetencji - tutaj wprowadzanie cenzusu jest najtrudniejsze, albowiem dobór kryteriów i możliwości weryfikacji są zbyt szerokie, ale i tak da się wyeliminować z procesu wyborczego kompletnych idiotów. Kartka do głosowania powinna zawierać jakiś prosty test logiczny. Oczywiście nie jeden, taki sam dla wszystkich, tylko kilka różnych, rozrzuconych losowo - tak, by nie dało się "ściągać" i aby jeden "wyborca" nie mógł podpowiadać drugiemu - zaznacz A lub B. Dwa proste testy logiczne o tej samej skali trudności i tego samego typu, tyle że z różnymi danymi (losowo rozrzucone) na każdej karcie do głosowania. Do tego jakieś proste pytanie dotyczące, czy to historii Polski, czy polityki (jakiś prosty obiektywny test typu - podaj datę lub nazwisko) - żeby wyeliminować ludzi, którzy ewidentnie nie interesują się sprawami publicznymi i głosują na "kolor krawata" lub "uśmiech" kandydata. Za trzy prawidłowe odpowiedzi - jeden pełny głos. Za dwie - 2/3 głosu, za jedną - 1/3, albo głos całkiem nieważny.
Zanim podniosą się głosy, że tego typu procedury wiązałyby się z olbrzymimi kosztami, radzę uzmysłowić sobie, jakie koszty musimy ponosić z powodu tego, że nasze władze ustawodwacze i wykonacze okupowane są przez hordy ewidentnych durniów lub machlojkarzy. Koszty takich wyborów byłyby pewnie dwu lub trzykrotnie wyższe od tych obecnych, ale to i tak promil kosztów, które ponosimy z powodu niekompetencji naszych Dyzmów z nadania motłochokracji szalejącej.
Sprawa ostatnia - kampanie wyborcze. Zakaz jakichkolwiek reklam wyborczych - czy to telewizyjnych, czy plakatowych. Wybory to nie reklama proszków do prania. Do podjęcia racjonalnej decyzji potrzebna jest wiedza, nie 100 tysięcy załganych gęb Dyzmów straszących na każdym rogu ulicy. Także całkowity zakaz publikowania jakichkolwiek "sondaży" - wywoływanie jakichkolwiek machanizmów powstawania odmóżdzającego instynktu stadnego, należy w procesie wyborczym uznać za wyjątkowo szkodliwe. Audycje wyborcze tylko w przewidzianym trybie - jakiekolwie ponadplanowe debaty telewizyjne tylko z udziałem wszystkich komitetów wyborczych. Władza, jaką mają "media" (czytaj agencje propagandowe rozmaitych sitw) wskutek możliwości kreowania "faworytów" i lansowania ich potem w tzw. "debatach liderów" jest jedną z przyczyn obecnych patologii. Wszyscy kandydaci są równi wobec surowych reguł kampanii wyborczej, zaś media są po to, by ich zgodnie z regułami przedstawiać, nie zaś ponadplanowo "promować" - od tego tylko mały krok do późniejszej korupcji .
Teraz tylko pytanie - jak wprowdzić te zmiany? Taki mądry, to już nie jestem... Jest chyba oczywiste, że żadnen z zasiadających obecnie w naszym parlamencie Dyzmów się na to nie zgodzi, gdyż wiedzą oni doskonale, że po wprowadzeniu takiejż ordynacji, każdy z nich, zamiast zasiadać w Sejmie, mógłby tam co najwyżej zamiatać...
Czyli jednak jedyna drogą do odbycia takiej kuracji była dyktatura?


Komentarze
Pokaż komentarze (4)