Jak donoszą me(r)dia - od merdania, chyba, że ktoś woli wytłumaczenie francuskojęzyczne - Polska staje się dziesiątą potęgą gospodarczą świata i okolic. Jakiś amerykański głupek napisał nawet niedawno książkę o tym, jak to już za 20 lat Polska stanie się supermocarstwem, przed którym uginać się będą nie tylko rosyjskie, ale nawet chińskie kolana. Trzeba przyznać uczciwie, że pierwsze objawy supermocarstwowości utrzymują się w naszym kraju już od lat kilkunastu (permanentne życie na kredyt, postępująca degeneracja instytucji państwowych, przekształcanie gospodarki w rezerwuar taniej siły roboczej dla zagranicznych koncernów), zaś ostatnio pojawiły się nowe objawy - efekt wytężonej pracy rozmaitych kandydatek na burdelmamy w rodzaju pań Senyszyn, Jaruga - Nowacka, Wanda Nowicka, Madzia Środa, et consortes.
Chodzi oczywiście o młodzieżową prostytucję - mamy już nie tylko pokolenie "galerianek" - które już pewnie niedługo wzorem swoich koleżanek z takich mocarstw jak Boliwia, czy Uganda, będą klęczeć w męskich ubikacjach z otwartymi ustami i puszką na drobne w ręku, ale nawet seks-studentki, o gimnazjalistkach już nie wspominając, bo edukację seksualną trzeba zacząć jak najwcześniej - oczywiście pod światłym nadzorem kandydatki na burdelmamę, czyli pani Senyszynowej, lub innej "babci Koryntu".
Trudno mi, jako facetowi dociekać przyczyn młodzieżowej lub nawet dziecięcej prostytucji - w krajach tzw. trzeciego świata, może być to skrajna bieda - gdzie prostytucja bywa jedynym środkiem zapewnienia przeżycia swojej rodzinie. Ale w Polsce? Chęć posiadania jeszcze lepszej komórki i jakiegoś modnego ostatnio fatałaszka? Z pewnością jest pewna grupa młodych ludzi płci obojga, dla których pokusa zdobycia takich "łatwych" pieniędzy jest atrakcyjniejsza, niż szacunek do samego siebie. Nawet w krajach, w których nie da się umrzeć z głodu, zawsze znajdą się kandydatki na podopieczne rozmaitych burdelmam i alfonsów - to nieuniknione. Do tej pory jednak, uprawianie prostytucji było uważane za sięgnięcie ludzkiego dna, zaś kobiety traktujące seks jako zabawę niekoniecznie związaną z miłością i namiętnie kolekcjonujące - mniej lub bardziej dyskretnie - kochanków (panie, które większość facetów lubi, ale z którymi żaden normalny facet by się na dłuższą metę nie związał) rekrutowały się dopiero z samotnych i sfrustrowanych trzydziestolatek, które przespały ostatni dzwonek do zamążpójścia.
Obecnie lansowane przez nasze sejmowe kandydatki na burdelmamy programy „edukacji seksualnej" obniżają poprzeczkę jeszcze bardziej - seks, z zabawy, jaką oferują sobie związani miłością i dojrzali emocjonalnie ludzie, zmienia się w towar jednorazowego użytku - prawie jak plastykowa torebka. Nie chodzi, nawet o tę "jednorazowość" użytkową, tylko o dostępność tego, co kiedyś było uważane (przynajmniej przez młode dziewczyny) za ich największy skarb.
Trudno, by było inaczej, skoro nasze rozmaite "babcie Koryntu" wciskają prezerwatywy pod nos już nawet dzieciom w przedszkolach, zaś wedle ich nauk licealistka, która nie "obciągnęła" co najmniej połowie swojej klasy nieuchronnie zmierza w kierunku zakwalifikowania się do kategorii "moherowych beretów", co jak wiadomo jest największą wiochą, jaką można sobie wyobrazić. Kiedy już zatem każda piętnastolatka będzie miała "obcykane" teoretycznie – z owych fachowych podręczników - wszystkie techniki oralno - vaginalno - analne, to trudno dopuścić, by ta wiedza się marnowała - w końcu teorii uczymy się po to, by zwieńczyć ją praktyką, a skoro nauka służy, między innymi, zdobywaniu pieniędzy, to wniosek narzuca się sam. Jeżeli rozmaite kandydatki na burdelmamy i alfonsów uczą nastolatki, że seks jest taką samą fizjologią jak kichnięcie, i nie ma sensu się nad tym zastanawiać (tym bardziej, jeżeli posiada się magiczną wiedzę o prezerwatywach), to trudno się dziwić, że i efekty tego są takie, a nie inne - stajemy się BURDELMOCARSTWEM. Jestem pewien, że niedługo będziemy mogli nawet odnieść potężny sukces eksportowy i nasze klęczące na poduszkach z otwartymi ustami piętnastolatki zapełnią męskie toalety galerii handlowych Berlina, Londynu, Paryża, Madrytu lub nawet Moskwy, dzięki czemu pozbędziemy się naszego kołtuństwa i staniemy się pełnoprawnymi "europejczykami" i światowcami, a nad naszą mocarstwową pozycją czuwać będą "elity" złożone z seks - studentek, które po odbyciu praktyk w życiu „ze sponsora” (wtedy, kiedy jeszcze ich wdzięki miały swoją cenę), ochoczo przerzucą się na prostytucję umysłową - w końcu, kiedy już dobiją do wyższych stanowisk państwowych, to ich fizyczne wdzięki nie wzbudzą zainteresowania nawet u grabarza, za to sprzedawanie rozmaitym cwaniaczkom zdobytej dzięki „wysponsorowanym" tytułom i funkcjom władzy - dlaczego nie? W końcu, czym skorupka za młodu nasiąknie....
Wszystkim kandydatkom na burdelmamy i "babcie Koryntu" - ze szczególnym uwzględnieniem towarzyszki Senyszyn - serdecznie gratuluję osiągniętego celu. To chyba rzeczywiście nasza jedyna droga do mocarstwowości – skoro dzięki działalności naszych Dyzmów, całe prawo gospodarcze jest podporządkowane zapewnieniu przywilejów rozmaitym sitwom, kontrolowanym przez służby specjalne, system finansowy państwa służy tylko jako maszyna do zadłużania podatników po to, by klasa próżniacza mogła opływać w coraz większe luksusy, wskutek czego nasze państwo zbliża się do stanu agonalnego, to przynajmniej będziemy mogli imponować światu jako dostawca nieletnich i biegłych w rzemiośle prostytutek, które będą mogły konkurować niedługo nawet z koleżankami po fachu z Silom (dzielnica burdeli w Bangkoku) – nie tylko poziomem wyszkolenia, ale nawet i cenami. Skoro nasze gotowe są na seks nawet za „spodnie” lub „bluzeczki”, to trzeba przyznać, że pod tym względem wygrywamy już konkurencję z Tajkami – między innymi dlatego, że ich gospodarka przynajmniej potrafi nasycić rynek tanią konfekcją i elektroniką, i dlatego raczej żadna galerianka z Bangkoku nie zniżyłaby się do prostytucji za sam fatałaszek lub elektroniczne świecidełko – od europejskich brzuchatych pięćdziesięciolatków żądają przynajmniej kilkudziesięciu „ojro” – których wartość nabywcza jest tam ponad dwa razy większa, niż w Polsce. Ale do Tajlandii daleko i chociaż okoliczności przyrody są na pewno bardziej atrakcyjne, niż może zaoferować Polska, to w dobie kryzysu i bankructw państwowych ubezpieczalni, nie każdy zachodnioeuropejski emeryt będzie mógł sobie pozwolić na seks turystykę do tak odległych krajów i tu widzę naszą szansę – niech naszym rozpoznawalnym na całym świecie znakiem firmowym, będą wszechstronnie wyedukowane seksualnie czternasto – piętnastolatki, pozbawione „moherowych” przesądów.
P.S.
Przypomina mi się kawał, z czasów ZSRR – ile kosztuje prostytutka w Moskwie? 11 rubli – to znaczy ona rubla i prezerwatywa 10.


Komentarze
Pokaż komentarze