Wybory prezydenckie coraz bliżej i chociaż za sprawą anschlussu do Eurokołchozu, nasze władze i tak mają coraz mniej do powiedzenia w sprawach własnego państwa, to stanowisko prezydenta ciągle stanowi łakomy kąsek - dobry przyczułek propagandowy i instrumenty logistyczne do prowadzenia "polytyki" - czytaj: dostęp do utajnionych ciągle akt SB z tzw. "zbioru zastrzeżonego", możliwość prowadzenia "polityki kadrowej" - czyli ulokowania na rozmaitych tłustych "okołoprezydenckich" synekurach aktywistów swojej partii.
Jako pierwszy wystartował Andrzej Olechowski (tzw. Dyzma "dystyngowany") - były agent "wywiadu gospodarczego" wydawał się idealnym kandydatem dla rządzącej Polską (przy współpracy kilku zagraniczych wywiadów) sitwy. "Europejs" w każdym calu, do tego agent, potrafi klepać nic nie znaczące slogany z miną proroka. Niestety, jakaś frakcja rządzącej Polską mafii uznała go za niewygodnego - co objawiło się ostrzeżeniem w postaci przyciśnięcia Pawełka Piskorskiego, który był akuszerem kandydatury "Musta". Do tej pory żaden prokurator z kulawą nogą przez kilkanaście lat nie interesował się aferami z udziałem Piskorskiego, a teraz raptem szykują się do wytarzania go w smole i pierzu, akurat po tym, jak zaangażował się organizowanie kampanii Olechowskiemu.
W partii rządzącej na czoło wybija się Bronisław Komorowski. Też z podgrupy Dyzmów "dystyngowanych". Gładziutki, ulizany i śliski jak wąż, zawsze rzuci jakimś nic nie znaczącym komunałem. Wystarczy na niego spojrzeć, by wyczuć, co to za typ człowieka - wiecznie z siebie zadowolony, ubrali go ładnie, wykarmili, posadzili na dobrze płatnej synekurce i jest mu dobrze. Typowa "szara eminancja" - niby taki cichutki i niepozorny, a ciągną się za nim jakieś brudy z raportu o likwidacji WSI.
Czy nadaje się zatem na prezydenta? Wygląda na to, że kwalifikacja podstawowe ma - rozmaite trzęsące Polską bezpieki (w tym zagraniczne prawdopodobnie też) mają na niego tyle haków, że będzie chodził jak zegarek. Strojenie do kamery "poważnych min" ma opanowane do perfekcji, więc będzie mógł doskonale przyklepywać wszystko co mu każą, z miną jakby sam na to wpadał - dla "dobra Polski" oczywiście.
Czy nadaje się zatem na prezydenta? Wygląda na to, że kwalifikacja podstawowe ma - rozmaite trzęsące Polską bezpieki (w tym zagraniczne prawdopodobnie też) mają na niego tyle haków, że będzie chodził jak zegarek. Strojenie do kamery "poważnych min" ma opanowane do perfekcji, więc będzie mógł doskonale przyklepywać wszystko co mu każą, z miną jakby sam na to wpadał - dla "dobra Polski" oczywiście.
I wreszcie - urzędujący prezydent Kaczyński Lech...
Pantoflarz z przepranym po marksistowsku mózgiem, pierwszy w naszej historii zdrajca pełniący obowiązki głowy państwa, który pozbawił nasz kraj niepodległości nieprzymuszany obecnością obcych wojsk pod granicami. Najbardziej żałosne w nim jest to, że ta jego partyjka kierowana przez jego brata, żeruje na ogłupianiu milionów nieszczęśników, jakoby "broniła interesu narodowego" i miliony naiwniaków (i to wcale nie tylko "moherowych babć") w to wierzą.
Oczywiście ten pajac nie przyzna się teraz, że po ratyfiikacji eurokonstytutki, która sprowadza go co najwyżej do roli burmistrza europrowincji, i tak nie ma już nic do powiedzenia, zaś od prowadzenia polskiej polityki (i to nie tylko tej zagranicznej) to jest teraz Angela Merkel, ewentualnie rozmaici europejscy komisarze. Ale zawsze może sobie poodgrywać tego typu komedie - jak to z "troską w oku" natęża się (żeby mu tylko żyłka nie poszła), aby przychylić nam nieba.
Jak dotąd - poza zdradą polskiej Konstytucji, której przysięgał strzec, a która nakazuje mu obronę suwerenności - za co powinien stanąć przed Trybunałem Stanu), zaznaczył swoje urzędowanie tylko rozpączkowaniem rozmaitych "gabinetów politycznych" i "rad" wokół swojej kancelarii. Co prawda nie poinformowali nas, czy te wszystkie rady" będą działać charytatywnie (no powiedzmy tylko po kosztach - wypić i zakąsić na koszt "kancelarii" - teraz już wiadomo, po co zamawiał tyle "małpek"), czy jeszcze ten zespół "geniuszów" będzie pobierał jakieś dodatkowe diety - zresztą, co nam do tego, kiedy chodzi o naszą świetlaną przyszłość? Co prawda kalcelaria prezydenta zatrudnia już chyba ze dwudziestu "ekspertów" i "doradców" - i to "od sasa do lasa" - nawet takich jak Rysio Bugaj, co to jeszcze dziś nie może doczekać się pełnego wdrożenia dzieł Marksa i Lenina - ale jak wiadomo "fachowców" nigdy za dużo, co dwie głowy to nie jedna i gdzie kucharek sześć...
Normalnemu człowiekowi wydawałoby się, że na urząd prezydenta, premiera, czy choćby posła lub ogólnie do zawodu polityka idą ludzie, którzy po nabyciu pewnej wiedzy fachowej mają ukształtowane poglądy i jasno sprecyzowany program, słowem - wiedzą dokładnie, co chcą konkretnie zrobić i nie potrzebują żadnych "doradców", a co najwyżej kompetentnych urzędników-wykonawców. Normalni ludzie tak, ale nie Dyzmowie.
Zabrakło mu nawet jaj, by przynajmniej godnie reprezentować pamieć o Polakach pomordowanych przez UPA - skacze jak tresowana małpa przed pierwszym-lepszym żydowskim grandziarzem, który nagabuje Polskę o "odszkodowania" za mienie utracone podczas wojny, ale poproszony o objęcie patronatu nad jakąś inicjatywą upamiętniającą pomordowanych na kresach, chowa się pod szafą.
Pantoflarz z przepranym po marksistowsku mózgiem, pierwszy w naszej historii zdrajca pełniący obowiązki głowy państwa, który pozbawił nasz kraj niepodległości nieprzymuszany obecnością obcych wojsk pod granicami. Najbardziej żałosne w nim jest to, że ta jego partyjka kierowana przez jego brata, żeruje na ogłupianiu milionów nieszczęśników, jakoby "broniła interesu narodowego" i miliony naiwniaków (i to wcale nie tylko "moherowych babć") w to wierzą.
Oczywiście ten pajac nie przyzna się teraz, że po ratyfiikacji eurokonstytutki, która sprowadza go co najwyżej do roli burmistrza europrowincji, i tak nie ma już nic do powiedzenia, zaś od prowadzenia polskiej polityki (i to nie tylko tej zagranicznej) to jest teraz Angela Merkel, ewentualnie rozmaici europejscy komisarze. Ale zawsze może sobie poodgrywać tego typu komedie - jak to z "troską w oku" natęża się (żeby mu tylko żyłka nie poszła), aby przychylić nam nieba.
Jak dotąd - poza zdradą polskiej Konstytucji, której przysięgał strzec, a która nakazuje mu obronę suwerenności - za co powinien stanąć przed Trybunałem Stanu), zaznaczył swoje urzędowanie tylko rozpączkowaniem rozmaitych "gabinetów politycznych" i "rad" wokół swojej kancelarii. Co prawda nie poinformowali nas, czy te wszystkie rady" będą działać charytatywnie (no powiedzmy tylko po kosztach - wypić i zakąsić na koszt "kancelarii" - teraz już wiadomo, po co zamawiał tyle "małpek"), czy jeszcze ten zespół "geniuszów" będzie pobierał jakieś dodatkowe diety - zresztą, co nam do tego, kiedy chodzi o naszą świetlaną przyszłość? Co prawda kalcelaria prezydenta zatrudnia już chyba ze dwudziestu "ekspertów" i "doradców" - i to "od sasa do lasa" - nawet takich jak Rysio Bugaj, co to jeszcze dziś nie może doczekać się pełnego wdrożenia dzieł Marksa i Lenina - ale jak wiadomo "fachowców" nigdy za dużo, co dwie głowy to nie jedna i gdzie kucharek sześć...
Normalnemu człowiekowi wydawałoby się, że na urząd prezydenta, premiera, czy choćby posła lub ogólnie do zawodu polityka idą ludzie, którzy po nabyciu pewnej wiedzy fachowej mają ukształtowane poglądy i jasno sprecyzowany program, słowem - wiedzą dokładnie, co chcą konkretnie zrobić i nie potrzebują żadnych "doradców", a co najwyżej kompetentnych urzędników-wykonawców. Normalni ludzie tak, ale nie Dyzmowie.
Zabrakło mu nawet jaj, by przynajmniej godnie reprezentować pamieć o Polakach pomordowanych przez UPA - skacze jak tresowana małpa przed pierwszym-lepszym żydowskim grandziarzem, który nagabuje Polskę o "odszkodowania" za mienie utracone podczas wojny, ale poproszony o objęcie patronatu nad jakąś inicjatywą upamiętniającą pomordowanych na kresach, chowa się pod szafą.
O CO TAK NAPRAWDĘ CHODZI?
Już od dłuższego czasu "redaktorzy prowadzący" naszych "dziennikarzy", zlecają im wciskanie ludziom "jedynie słusznej" wizji polskiej polityki, jako walki (na śmierć i życie) PO z PIS - gdzie PO reprezentuje obóz "Polski europejskiej", zaś PiS "obrońców narodowego interesu". Warto dodać, że określenia te są bardzo elastycznie stosowane - w zależności od aktualnych potrzeb propagandowych. I tak np. PO kreowana jest przez lansujące ją służby specjalne na partię liberalną, która poprzez untuzjastyczną prounijność prowadzi nas do "liberalizmu i kapitalizmu". Z kolei w środowiskach PO przeciwnych - nie tylko PiS-owskich, chociaż to one są najbardziej pokazywane i medialnie lansowane - PO to reprezentacja "aferałów" połączonych towarzysko i biznesowo z dawnymi służbami komunistycznymi i ich obecnymi mutacjami - co tłumaczyłoby ową walkę tego środowiska o utrzymanie "kultu Wałęsy", zwłaszcza w wersji niepokalanej.
PiS z kolei stara się sam siebie (ale i rozmaici "dziennikarze" również) pokazywać jako partię walczącą z dawnymi patologicznymi układami, a także jako partię "obrony interesu narodowego" - co wcale nie przeszkadzało im poprzeć zrzeczenie się przez Polskę suwerenności. Przez agenturę zainteresowaną kreowaniem PO, PiS przedstawiany jest jako siedlisko uniosceptycyzmu i "prawicowych radykałów" pragnących zniszczyć całe państwo w imię rozliczeń z komunizmem. Tyle głoszą oficjalne legendy. Jak jest naprawdę?
Pewne światło rzucają na to słowa Palikota sprzed kilku miesięcy, na temat stalinowskich powiązań rodzinnych braci Kaczyńskich. Do tej pory odgrywano ten żałosny teatr (rzekomej walki PO z PiS) w sposób co prawda dość widowiskowy (przy użyciu chorych ewidentnie na wściekliznę Niesiołowskiego, Kutza, Palikota - ewentualnie z drugiej strony Kurskiego i ich PiS-owskich odpowiedników), ale dla aktorów tego teatru i scenariusza walki pozornej, w sposób całkowicie bezpieczny. To znaczy kończyło się na nic nie znaczących pyskówkach, którym starano się nadać rangę "wielkiej polityki" - a kreowany przez nich samych image obu partii był utrzymany.
Okazuje się jednak, że niektórzy aktorzy tego przedstawienia (zwłaszcza ci ze wścieklizną) nie do końca pojęli sens scenariusza dla nich napisanego i w porywach piany sięgnęli po noże prawdziwe, nie papierowe.
Oto bowiem poseł Palikot - w odpowiedzi na zakołysanie się aureoli nad głową Wałęsy spowodowanej ujawnieniem przez historyków IPN-u agenturalnej przeszłości (i być może teraźniejszości) "pogromcy komunizmu" - ogłosił jakiś czas temu , że dysponuje dokumentami na SB-eckie powiązania rodzinne Kaczyńskich, poprzez dość bliskie koligacje z niejakim stalinowskim prokuratorem Świątkowskim.
PiS z kolei stara się sam siebie (ale i rozmaici "dziennikarze" również) pokazywać jako partię walczącą z dawnymi patologicznymi układami, a także jako partię "obrony interesu narodowego" - co wcale nie przeszkadzało im poprzeć zrzeczenie się przez Polskę suwerenności. Przez agenturę zainteresowaną kreowaniem PO, PiS przedstawiany jest jako siedlisko uniosceptycyzmu i "prawicowych radykałów" pragnących zniszczyć całe państwo w imię rozliczeń z komunizmem. Tyle głoszą oficjalne legendy. Jak jest naprawdę?
Pewne światło rzucają na to słowa Palikota sprzed kilku miesięcy, na temat stalinowskich powiązań rodzinnych braci Kaczyńskich. Do tej pory odgrywano ten żałosny teatr (rzekomej walki PO z PiS) w sposób co prawda dość widowiskowy (przy użyciu chorych ewidentnie na wściekliznę Niesiołowskiego, Kutza, Palikota - ewentualnie z drugiej strony Kurskiego i ich PiS-owskich odpowiedników), ale dla aktorów tego teatru i scenariusza walki pozornej, w sposób całkowicie bezpieczny. To znaczy kończyło się na nic nie znaczących pyskówkach, którym starano się nadać rangę "wielkiej polityki" - a kreowany przez nich samych image obu partii był utrzymany.
Okazuje się jednak, że niektórzy aktorzy tego przedstawienia (zwłaszcza ci ze wścieklizną) nie do końca pojęli sens scenariusza dla nich napisanego i w porywach piany sięgnęli po noże prawdziwe, nie papierowe.
Oto bowiem poseł Palikot - w odpowiedzi na zakołysanie się aureoli nad głową Wałęsy spowodowanej ujawnieniem przez historyków IPN-u agenturalnej przeszłości (i być może teraźniejszości) "pogromcy komunizmu" - ogłosił jakiś czas temu , że dysponuje dokumentami na SB-eckie powiązania rodzinne Kaczyńskich, poprzez dość bliskie koligacje z niejakim stalinowskim prokuratorem Świątkowskim.
Nie są to dla wtajemniczonych żadne rewelacje - informacje o tym pojawiały się już kilka lat temu na stronie niejakiego posła Nowaka. Jeszcze kilka lat temu poseł Nowak wsławił się głośnym protestem i manifestacją w sejmie, który okupował z transparentem reklamującym swoją stronę internetową, na której miały być umieszczone rozmaite nieoficjalne i tajne informacje zatajane przed opinią publiczną - między innymi ta, o owych tajemniczych powiązaniach rodzinnych Kaczyńskich. Wtedy jednak były one wyśmiewane jako przykład klasycznego oszołomstwa - i podobnie jak rewelacje o "talibach z Klewek" - były symbolami totalnej bzdury, którą wymyśleć mogły tylko mózgi skończonych frustratów.
Co się okazuje po latach? Że z tymi talibami (czyli samolotami USA przewożącymi więźniów oskarżanych o terroryzm) rzeczywiście było coś na rzeczy - choć, jak to się wszyscy wtedy z tego rechotali, tak samo jak z "rewelacji" Nowaka o Kaczyńskich. A dziś? Proszę - sam Palikot sięga po te informacje - pytanie tylko, po co?
Liczy na to, że szturchając Kaczyńskich ich własną bronią zniechęci ich (i ich fanatycznych "irokezów") do dalszego podszczypywania Wałęsy lub kandydata PO na prezydenta obusieczną bronią? Czy to tylko kolejny rozdział realizowanego pod kontrolą scenariusza - mający podważyć wartość archiwaliów (po takim ciosie nawet najgorliwsi pretorianie "Kaczorów" będą gotowi całować teraz nogi "Bolka", byle tylko już nie drążyć przeszłości Braci), czy to już objaw niekontrolowanej wścieklizny? Co bowiem się stanie, jak te informacje znajdą potwierdzenie i rozwinięcie, które podmyje staranie budowany przez służby specjalne wizerunek PiS-u jako partii skrajnie antykomunistycznej?
Wówczas miejsce "łże-prawicy", jaką jest PiS, może zająć inna partia, której prawicowość i kompetencja w temacie gospodarki wolnorynkowej będzie trudna do podważenia i w konfrontacji z nią - jako głównym konkurentem do elektoratu stricte "prawicowego", PO ze swoim tandetnym "łże-liberalnym" pijarem - nie popartym żadnymi dowodami - jako partia rządząca w dodatku - nie będzie miała żadnych szans.
Co skłoniło zatem Palikota do zagrania tak ryzykowną kartą? Zrobił to na polecenie swoich mocodawców - potrafiących rozgrywać propagandowo takie intrygi, czy pod wpływem rzeczywistej wścieklizny?
Obecnie trwa walka o fotel prezydencki i w ramach tego tandetnego teatrzyku "wrogów na śmierć i życie" między PO a PiS, znów będziemy oglądać rozmaite wyolbrzymiane przez "me(r)dia pyskówki mimo, iż Tusk z Kaczyńskim - jak na "śmiertelnyvh wrogów" przystało - obalili razem już kilka skrzynek różnych trunków. Może jednak w obliczu walki o tych kilka posad wokół prezydenckiej kancelarii, komuś mogą puścić nerwy - a najgorzej przy kawiorze, tam na zęby, tam na noże...
Czy to ciągle taki teatrzyk na tekturowe atrapy, czy może - daj Boże - w porywie niekontrolowanej przez scenarzystów wścieklizny niektórych "bulterierów" obu partii, walka na noże prawdziwe?
Chętnie dowiedziałbym się czegoś ciekawego również o Kaczyńskich - może to tłumaczyłoby ich nieudolne udawanie "prawicy"...
Co się okazuje po latach? Że z tymi talibami (czyli samolotami USA przewożącymi więźniów oskarżanych o terroryzm) rzeczywiście było coś na rzeczy - choć, jak to się wszyscy wtedy z tego rechotali, tak samo jak z "rewelacji" Nowaka o Kaczyńskich. A dziś? Proszę - sam Palikot sięga po te informacje - pytanie tylko, po co?
Liczy na to, że szturchając Kaczyńskich ich własną bronią zniechęci ich (i ich fanatycznych "irokezów") do dalszego podszczypywania Wałęsy lub kandydata PO na prezydenta obusieczną bronią? Czy to tylko kolejny rozdział realizowanego pod kontrolą scenariusza - mający podważyć wartość archiwaliów (po takim ciosie nawet najgorliwsi pretorianie "Kaczorów" będą gotowi całować teraz nogi "Bolka", byle tylko już nie drążyć przeszłości Braci), czy to już objaw niekontrolowanej wścieklizny? Co bowiem się stanie, jak te informacje znajdą potwierdzenie i rozwinięcie, które podmyje staranie budowany przez służby specjalne wizerunek PiS-u jako partii skrajnie antykomunistycznej?
Wówczas miejsce "łże-prawicy", jaką jest PiS, może zająć inna partia, której prawicowość i kompetencja w temacie gospodarki wolnorynkowej będzie trudna do podważenia i w konfrontacji z nią - jako głównym konkurentem do elektoratu stricte "prawicowego", PO ze swoim tandetnym "łże-liberalnym" pijarem - nie popartym żadnymi dowodami - jako partia rządząca w dodatku - nie będzie miała żadnych szans.
Co skłoniło zatem Palikota do zagrania tak ryzykowną kartą? Zrobił to na polecenie swoich mocodawców - potrafiących rozgrywać propagandowo takie intrygi, czy pod wpływem rzeczywistej wścieklizny?
Obecnie trwa walka o fotel prezydencki i w ramach tego tandetnego teatrzyku "wrogów na śmierć i życie" między PO a PiS, znów będziemy oglądać rozmaite wyolbrzymiane przez "me(r)dia pyskówki mimo, iż Tusk z Kaczyńskim - jak na "śmiertelnyvh wrogów" przystało - obalili razem już kilka skrzynek różnych trunków. Może jednak w obliczu walki o tych kilka posad wokół prezydenckiej kancelarii, komuś mogą puścić nerwy - a najgorzej przy kawiorze, tam na zęby, tam na noże...
Czy to ciągle taki teatrzyk na tekturowe atrapy, czy może - daj Boże - w porywie niekontrolowanej przez scenarzystów wścieklizny niektórych "bulterierów" obu partii, walka na noże prawdziwe?
Chętnie dowiedziałbym się czegoś ciekawego również o Kaczyńskich - może to tłumaczyłoby ich nieudolne udawanie "prawicy"...
Czy ujrzymy rozwinięcie tych "haków" na Kaczyńskiego, w dalszym toku kampanii prezydenckiej?
Chyba, że jakiś scenarzysta pociągający za sznurki Palikota, w obawie przed takim upadkiem kilku kolejnych "legend", gwałtownie skróci mu smycz i wszystko zakończy się jak to zwykle u nas - wesołym oberkiem, a "śmiertelni wrogowie" znów wypiją kilka butelek wina i pogodzą się - "dla Polski"...
Chyba, że jakiś scenarzysta pociągający za sznurki Palikota, w obawie przed takim upadkiem kilku kolejnych "legend", gwałtownie skróci mu smycz i wszystko zakończy się jak to zwykle u nas - wesołym oberkiem, a "śmiertelni wrogowie" znów wypiją kilka butelek wina i pogodzą się - "dla Polski"...
Osobiście nie wierzę w to, by mogło dojść między nimi do prawdziwej walki na śmierć i życie, to tylko taki rozgrywany u nas regularnie od 20 lat sparing "do pierwszej krwi" - w myśl zasady będącej prawdziwą konstytucją zawartą przy okrągłym stole - "wy nie ruszacie naszych, my nie ruszamy waszych". Polska wstrząsana jest rozmaitymi aferami (od finansowych, po poważnie kryminalne), w które zaplątani są ludzie ze świecznika, ale nic u nas nie dzieje się do końca. Przykład z Piskorskim jest wręcz kliniczny - dokąd był w "naszej sitwie" to robił niemal za "ałtorytet", teraz jak związał się sitwą zaplątaną w inne interesy, to od razu dobierają się do niego "niezawisłe sądy". Oczywiście możemy spać spokojnie - włos mu z głowy i tak nie spadnie, bo to przecież tylko takie przepychanki "do pierwszej krwi", więc nawet jak zostanie przez prokuraturę ukrzyżowany, to na krzyżu pluszowym - czyli zostanie "skompromitowany", ale w taki sposób, by sprawa i tak została umorzona. Gdyby kogoś w tych walkach buldogów pod dywanem naprawdę zapuszkowali i do końca obnażyli mafijną podszewkę naszej "młodej demokracji", to nikt już mógłby nad tym nie zapanować i "elytom" groziłoby, że wyaresztują się nawzajem - do czego oczywiście dopuścić nie można - wiadomo, że zgoda buduje.
Cóż, czeka nas jeszcze korowód szarlatanów, na i tak coraz bardziej bardziej operetkowe stanowisko prezydenta i będziemy mogli się poekscytować jeszcze nie jedną szarpaniną "do pierwszej krwi" między różnymi frakcjami rządzącej Polską sitwy. Tyle naszego.
Cóż, czeka nas jeszcze korowód szarlatanów, na i tak coraz bardziej bardziej operetkowe stanowisko prezydenta i będziemy mogli się poekscytować jeszcze nie jedną szarpaniną "do pierwszej krwi" między różnymi frakcjami rządzącej Polską sitwy. Tyle naszego.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)