Komunizmu nikt nie obalił - ani "Solidarność", ani tym bardziej ten nadęty parweniusz i krętacz o agenturalnej przeszłości. Komunizm (w znanej nam formie i swoich środkowoeuropejskich odmianach) rozwiązał się sam. Raz, że był ekonomicznie niewydolny - co zaczynało przeszkadzać nawet tej rządzącej i uprzywilejowanej pasożytniczo partyjnej wierchuszce, dwa - ZSRR przegrał w połowie lat osiemdziesiątych wyścig zbrojeń z USA i zaraz po tym, Gorbaczow spotkał się z Reaganem w Reykjavik - w roku, o ile pamiętam nomen omen - 1984, gdzie ustalono ewakuację ZSRR z okupowanych krajów wschodniej Europy.
491
BLOG
Czy obaj wielcy gracze ustalili ten plan dokładnie rozpisany na punkty, czy Reagan postwił tylko Gorbaczowowi ogólne ultimatum dotyczące czasu wykonania tej operacji - tego się już pewnie nie dowiemy. Ważne jest, że od tego czasu również w Polsce zaczynają się dziać dziwne rzeczy. PZPR wydała wewnętrzne instrukcje, by lokalne organa SB i sekretarze wraz z całym podległym sobie aparatem zaczęli aktywnie włączać się w oficjalnie zalegalizowaną działalność gospodarczo - finansową. Przybrało to postać tzw. spółek nomenklaturowych - tym którzy słyszeli gdzieś to określenie, ale nie rozumieją jego znaczenia wyjaśniam - były to pierwsze w PRL-u firmy "prywatno-publiczne" zajmujące się najczęściej sztucznym pośrednictwem między państwowymi firmami. Np, do tej pory kiedy dyrektor jakiejś fabryki korzystał w procesie prudukcyjnym z usług, tudzież wyrobów innej fabryki, to po prostu potrzebny towar był przesyłany bezgotówkowo, w ramach planów kooperacji, ustalonych przy okazji ogólnego odgórnego planu centralnego. Kiedy, np. fabryka traktorów zamawiała w przemyśle lekkim fotele lub inne elementy wyposażenia, to po prostu je dostawała - skoro wszystko było państwowe, to taka była logika tego systemu. Teraz zaczęło być inaczej - firmy zakładane przez SB-eków i partyjnych sekretarzy zajęły się gotówkowym pośrednictwem między dwoma fabrykami - skupowały (po nie wiadamo przez kogo kalkulowanych cenach) wszystkie fotele i sprzedawały je odbiorcy docelowemu, przy czym udziałowcami tych "firm" byli najczęściej sami dyrektorzy obu fabryk - na tym w skrócie polegał "kapitalizm socjalistyczny" zapoczątkowany przez aparatczyków PZPR i SB. Opisał to zjawisko dość szczegółowo Ziemkiewicz w "Michnikowszczyźnie" - choć nie tylko on, i nie tylko tam.
Ważne by zrozumieć, że cały komunizm był systemem zorganizowanego złodziejstwa i pasożytnictwa partyjnej biurokracji, kosztem społeczeństwa. Pokolenie "komunistów ideowych" typu Gomułka już dawno odeszło - ster dzierżyli karierowicze, dla których niekontrolowana władza PZPRu stanowiła tylko instrument do grabieży. Ale i tu pojawił się pewien problem - no dobrze, nakradliśmy się i co teraz? Propaganda socjalistyczna głosiła równość i skromność (choć uprzywilejowanie partyjniaków i tak rzucało się w oczy, to oficjalnie każdy z nich ronił krokodyle łzy nad "człowiekiem pracy") - jak zatem cieszyć się nagromadzonymi na zachodnich najczęsciej kontach (niejaki Piotr Vogel - były morderca, obecnie wykreowany przez SB na szwajcarskiego "bankiera" i ułaskawiony przez Kwaśniewskiego - mógłby o tym sporo opowiedzieć, podobnie jak Zygmunt Solorz) dolarami? W dodatku wszystko się sypie, państwo niedługo stanie na krawędzi przepaści - więcej już się tą metodą kraść nie da, bo po prostu nie ma już co.
Było jasne, że "transformacja ustrojowa" była w ich interesie i to przez nich została przygotowana i całkowicie kontrolowana - pamiętajmy jeszcze o tych uwarunkowaniach międzynarodowych - oni już wiedzieli z Moskwy, że komunizm w dotychczasowej formie musi być zlikwidowany.
Nie twierdzę, że "Solidarność" - zwłaszcza ta pierwsza (do stanu wojennego) nie starała się walczyć o wolność - jednak po stanie wojennym została całkowicie opanowana (i to na pewno przy wydatnej pomocy SB) przez agenturę. O ile czołówkę tej pierwszej "Solidarniści" stanowili tacy ludzie jak Gwiazdowie, czy Wyszkowski - bezkompromisowi, a Wałęsa - będący już wtedy agentem SB - dopiero się do nich "przyklejał", to już po stanie wojennym władzę w "solidarności" przejęła agentura plus eks-stalinowcy żydowskiego pochodzenia typu Michnik, Kuroń, Geremek - dokąd PZPR opierała swoje kardy właśnie na nich, to była "cacy", dopiero kiedy w roku '68 Moczar rozpętał antysemicką nagonkę w PZPR, to szybko przeskoczyli w struktury opozycji - pozostając cały czas ideowymi komunistami - ich ówczesne i nawet dzisiejsze wypowiedzi świadczą o tym najdobitniej.
Pojawiła się więc wspólnota interesów - komuniści chcieli jak najszybciej zrzucić ten niewygodny bagaż "okupantów" i nareszcie już legalnie w roli kapitalistów cieszyć się skradziną forsą. Pozostało tylko wybrać sobie partnera do tego "okrągłego stołu". W sposób naturalny nie mogli to być ludzie pokroju Wyszkowskiego, czy Gwiazdowie - najlepiej nadawała się do tego własna agentura i kilku byłych eks-stalinowców - czego mogły dotyczyć niedawno odnalezione i opublikowane, pochodzące z połowy lat osiemdziesiątych protokoły rozmów Kuronia z pułkownikiem SB Lesiakiem?
Przy okazji ciekawostka - niejaka Danuta Huebner - dziś komisarz UE - wstapiła do PZPR, o ile pamiętam pod koniec lat '70 - jakoś zaraz po masakrze w Radomiu i była aktywnym działaczem. Komunizm "zbrzydł jej" dopiero w roku '87 kiedy to "rzuciła" PZPR-owską legitymację - nie, np. w stanie wojennym, tylko w '87. I jak ją partia za to ukarała? Wysłała na stypendium na zachód - to były czasy, kiedy jeszcze PZPR nadal kontrolowała wszystko, a podobno o żadnej zaplanowanej po cichu "transformacji" jeszcze się nikomu nie śniło - Wałęsa dopiero szykował się do "ostatecznej rozgrywki z komuną". Bajki dla naiwnych. Dziś pani eks-towarzyszka Huebner wraca w roli wielkiej "europejki" i "fachowca" - oczywiście przypadkiem, bo jak wiadomo komuniści, którym jeszcze się w '87 nie śniło, że zostaną "obaleni" przez Wielkiego Elektryka, ukarali ją po prostu wysłaniem na zagraniczne stypandium za wyrzucenie partyjnej legitymacji. Cudne, prawda?
W "okrąbłym stole" nie chodziło oczywiście o żadną budowę nowego, sprawiedliwego państwa, tylko o stworzenie nowej, wspólnej sitwy, która nadal robiłaby to, co umie najlepiej - okradała ludzi i pasożytowała na społeczeństwie już w warunkach demokracji - mniej czy bardziej dyskretnie sterowanej hybrydą starych i nowych służ specjalnych, co zapewniałoby oby stronom bezpieczną rotację u żłobu na zasadzie "raz my, raz wy - ale nikt z zewnątrz", bo wtedy cała umowa straciłaby sens .
Efekty? Ponad trzykrotny wzrost biurokracji już po rzekomym "obaleniu" komuny - ustroju przesadnie zbiurokratyzowanego z natury, zadłużenie nas (podatników - czego koszty ponosimy cały czas, MY nie "elyty") na sumę pięć razy większą niż Gierek, w czasie dwa razy krótszym, uwłaszczenie nomenklatury, wszystkie afery, w których zawsze brali udział byli SBecy, partyjniacy - ukrywane, a kiedy już się tego ukryć nie dało - bronione, przez propagandę Michnika i bełkot Wałęsy o konieczności obrony "lewej nogi". Czy Wałęsa zdawał sobie sprawę ze swojej roli? Tzn, czy podjął się jej z premedytacją jako figurant SB legitymizujący tę bajkę o "obaleniu komuny" To pewnie wie tylko on sam - nawet jeżeli nie miał na to ochoty, to właśnie jego agenturalna przeszłość mogła być najlepszym instrumentem do szantażu i zmuszenia go do tego, aczkolwiek z jego prostackiego i niczym nie usprawiedliwionego zadowolenia z siebie można wnoskować, że taka rola mu się spodobała - potwierdzają to zdjęcia z alkoholowych libacji z Kiszczakiem i spółką.
Pomyślmy przez chwilę logicznie - gdyby ta bajka o treści ("Solidarność" z Wałęsą na czele pokonała broniącą się do upadłego komunę, pozbawiając ją tym samym wszystkich przywilejów płynących ze swojej totalitarnej władzy) była prawdziwa, to komuniści do dziś nienawidziliby go tak, że jeszcze specjalnie staraliby się go pogrążyć. Kto jest dziś najgorliwszym obrońcą Wałęsy?
Druga wersja (całkowicie sprzeczna z tą pierwszą - ale co to szkodzi, dla każdego coś miłego) głosi, że komuna pojednała się z "Solidarnością" w trosce o wspólne dobro Ojczyzny - "o tę Polskę, o Ojczyznę, najboleśniej zatroskani..." - to był nasz wielki narodowy sukces - "transformacja pokojowa, gdzie "światłe umysły" obu stron stworzyły ze swoich najlepszych intencji nową, demokratyczną Polskę, to dlaczego w niej taki syf? Gdzie się nie ruszysz, tam afera goni aferę, przekręt przekręt, wszędzie pozostałości po byłych SBekach i ich nowych wspólnikach z nowej nomenklatury, którzy jakoś zawsze są zamieszani we wszystkie brudy?
Bo takie to było "obalenie komuny".
Zarzut, że teczka Wałęsy była sfałszowana jest śmieszny - po co mieliby to robić? Dla uwiarygodnienia swojej bajki (jak to "obalono komunę") Wałęsa był im potrzebny czyściutki jak wyprany w najlepszym proszku - tylko tak cała ta bajka miałaby sens. I dlatego obie strony "okrągłego stołu" (stara i nowa nomenklatura) tak go bronią - obrona Wałęsy, to obrona całego mitu.
Dziwne, że żadna dziennikoorwa o tym nie wspomina - a przecież należałoby i taką hipotezę podnieść, tym bardziej, że na jej poparcie jest sporo dowodów i poszlak, ale o takiej możliwości CISZA. Skoro wszyscy tak precezyjnie omijają istotę rzeczy, to znaczy, że doskonale wiedzą, gdzie ona leży i na czym polega - inaczej musieliby o tym wspomnieć, choćby przez przypadek. Tymczasem ciągle tylko ten bełkot - nawet jak był agentem, to potem zmazał tę winę "obaleniem komunizmu", albo mój ulubiony głupek- profesor (chyba idiotologii) Czapiński - że nie wolno niszczyć legend. Co tam jakaś prawda, ważna legenda, zwłaszcza taka dzięki której można dobrze zarobić na swoim włazidupstwie... Po co mówić, np. choremu, że powinien jak najszybciej rozpocząć leczenie nawet, jeżeli będzie bolesne, lepiej utrzymywać go w iluzji i niech zdycha z uśmiechem zadowolenia z siebie...
Biedny kraj, który ma takich "profesorów".


Komentarze
Pokaż komentarze