Zastanawiałem się, czy wrzucać teraz ten post – miałem sobie odpuścić, ale oglądając i słuchając w mediach tę natrętną i obłudną propagandę – nie wytrzymałem.
Mówi się, że o zmarłych tylko dobrze lub wcale - niestety mało kto pamięta, że zawarta jest w tym przestroga, by przynajmniej mówić prawdę (bo gdyby można było dowolnie łgać - by dorabiać komuś aureolę, której nie posiadał, to wersja z milczeniem byłaby niepotrzebna), czyli mówiąc o nich dobrze, przynajmniej mówić prawdę - jak brak jest prawdziwej aureoli, to zamiast lepić jakieś tandetne atrapy, lepiej zamilknąć. Niestety, u większości naszych "elit" - zarówno medialnych jak i "politycznych", okolicznościowe (a więc opłacalne w danej chwili) wazeliniarstwo tak weszło w krew, że przeszło już niemal na poziom instynktu - przez co potrafią doprowadzić do groteski nawet tragedie.
Już chyba ze 100 razy słyszałem, że to wydarzenie było "największą polską tragedią", a ci którzy zginęli, porównywani byli nawet do ofiar Katynia (łącznie z tymi - nazwiska litościwie pominę - którzy całą swoją karierę i majątki zawdzięczali przynależności do partii, która za Katyń pośrednio odpowiada i terrorem narzucała kłamstwa o tej zbrodni) - gdzieś musi być granica śmieszności. "Polska utraciła całą elitę" - jeżeli pewna część tych ludzi, którzy zginęli, była naszą elitą, to smutek ogarnia tym większy i tłumaczy, dlaczego Polska wygląda tak, jak wygląda.
Z pewnością ta negatywnie oceniana przeze mnie mniejszość nie zasługiwała na miano elity - co wiele razy udowodnili, zaś pozostała większość, która tam zginęła nie pełniła roli polskiej elity w sensie oficjalnym - to byli ludzie (nawet jeżeli bardzo uczciwi i godni szacunku) zajmujący trochę niższe szczeble w państwowej hierarchii (w większości przypadków, nawet ci interesujący się sprawami publicznymi nie znali ich nazwisk), więc też trudno ich uznać za oficjalną elitę, nawet jeżeli można im było w 100% przypisać posiadanie walorów do roli elity kwalifikujących. W demokracjach niestety ton nadają zawsze ci gorsi.
Pomijając osobiste dramaty rodzin ofiar, Polska nawet tego nie odczuje - niestety (znów może ktoś się obrazi) naszych polityków głównego nurtu można dowolnie tasować i przekładać, i nie będzie to miało żadnego znaczenia - wszyscy są cięci z metra i wystrugani z bananów - typowe produkty agencji pijarowskich, wyspecjalizowanych w windowaniu rozmaitych Dyzmów do wysokich stanowisk państwowych. Będzie więc cały czas to samo, co jest i z czego raczej nie ma się powodów cieszyć.
Nigdy nie ukrywałem swojego negatywnego stosunku do lewicy (i jej polityków) - ich działalność wyrzadziła Polsce (jako całemu państwu) i poszczególnym obywatelom wiele krzywd. I nie widzę powodu, by teraz wyrzekać się tych opini, tylko dlatego, że mogłoby to wiązać się z nazwiskami ofiar tej katastrofy, a przecież - według narzucanej nam po tej katastrofie propagandzie "narodowego pojednania" - "w obliczu śmierci wszelkie różnice polityczne tracą znaczenie".
A niby dlaczego "w obliczu śmierci wszelkie różnice tracą znaczenie"??? Dlatego, że ktoś umarł, to nieważne staje się, co robił w życiu? Przecież to głupota. Każdy z nas kiedyś umrze - być może w różnych okolicznościach - i to ma być powód, by przewracać teraz do góry nogami cały świat i wyrzekać się podstawowych instrumentów poznawczych i pojęć, przy pomocy których analizujemy i wartościujemy rzeczywistość? Nonsens - przypominam, że między innymi to - oprócz poczucia humoru - odróżnia nas od zwierząt, które takiej zdolności nie posiadają. Czy z powodu czyjejś śmierci, dla poprawienia sobie samopoczucia uznamy też, że mają przestać obowiązywać prawa fizyki?
Aby lepiej ukazać bezsens takiego myślenia, znów posłużmy się reductio ad absurdum - gdyby Hitler przed śmiercią zdążył wyściskać się z jakimś żydem, to moglibyśmy z ulgą odetchnąć i pozbyć się kłopotliwego wartościowania (co pomyślą pogrążone w bólu rodziny?) - wszak obaj podali sobie ręce przez tragiczną śmiercią. Zanim ktoś na mnie naskoczy, że porównuję tych kilku naszych tragicznie zmarłych polityków do Adolfa (aczkolwiek wiele podobieństw ideologicznych dałoby się bez problemu udowodnić - niektóre są nawet kontynuacją polityki społecznej III Rzeszy niemal w linii prostej), uprzedzam, że daję tylko czysto teoretyczny wzór, który jest prawdziwy, niezależnie od rozpatrywanego poziomu.
Miałem też bardzo negatywny stosunek do prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który według mnie dopuścił się zdrady stanu i choćby z tego powodu nie zasługuje na pochówek na Wawelu obok naszych wielkich królów. Lech Kaczyński odpisał Traktat Lizboński, a tym samym zrzeczenie się przez Polskę suwerenności - I TAKI JEST FAKT. Konstytucja nakazuje prezydentowi stanie na straży niepodległości i suwerenności Rzeczypospolitej - wyraźnie i bezwarunkowo. Nawet gdyby było referendum w tej sprawie i tzw. większość by o tym zadecydowała, to i tak ten artykuł konstytucji prezydenta do strzeżenia suwerenności zobowiązuje - bo po co inaczej byłoby go umieszczać? Gdyby jakiklowiek organ państwowy (sejm, rząd) nawet w najbardziej oficjalnym trybie miałby mieć prawo (podczas okresowego i rotacyjnego zarządznia państwem) przechandlować suwerenność kraju, to w ogóle nie byłoby sensu umeszczać w konstytucji takiego artykułu. Jeżeli w rozmaitych konstytucjach lub statutach umieszcze się takie bezpośrednie zastrzeżenia, to znaczy, że zapisano je właśnie po to, by zapobiec wszelkim takim próbom, nawet jeżeli ubranym w pozory legalności. Są zapisane właśnie po to, by od razu zakwestionować legalność jakichkolwiek prób dokonania scedowania (które na ogół jest procesem nieodwracalnym) suwerenności na obce panstwo.
A już teraz tak BARDZO POWAŻNIE - jak możne mieć szacunek do "głowy państwa", która łamiąc konstytucję - na którą przysięgała - sama de facto pozbawiła się powagi tegoż urzędu, likwidując naszą suwerenność? O czym jeszcze prezydent Kaczyński mógł (i w konsekwencji jego następcy) jeszcze w Polsce decydować? O kolorze zasłon w swoim gabinecie? Bo na pewno o niczym więcej... Na jaką taki urząd (abstrahując już tragicznych okoliczności śmierci Kaczyńskiego jako prezydenta) zasługuje powagę - podobnie jak parlament, który w 80% zajmuje się tylko tłumaczeniem na polski prawa przysyłanego z Brukseli? To już zwykłe atrapy tych instytucji...
Do tego ta koszmarna obłuda - ilu tych, którzy dziś ronią krokodyle łzy nad prezydencką parą, jeszcze kilka dni wcześniej nazwyali Lecha Kaczyńskiego "kartoflem" i uważali jego rządy za największe nieszczeście, które spotkało Polskę (ciekawe, czy większe od tej katastrofy - która to obecnie jest teraz według nich największą w historii - więc może się zdecydują?) mimo, iż prezydent Kaczyński spełnił ich marzenia o podpisaniu pozbawiającego Polskę suwerenności Traktatu.
Politycy to politycy - zbieranina Dyzmów, kórzy za byle jaką posadę gotowi są nawet zjeść zawartość własnych nocników, ale co kieruje tymi milionami ludzi, którzy po tej katstrofie wpadli w taką histerię?
Ktoś kiedyś powiedział, że największym powodzeniem cieszą się w Polsce patetyczni durnie. I to jest prawda.
Jest coś takiego w większości ludzi, że uwielbiają stadne "wzruszenia" - pod byle jakim pretekstem - radosnym, czy smutnym - cokolwiek, byle było "ckliwie" i żeby były "emocje".
Jest oczywiste, że tak naprawdę są to tragedie tylko dla rodzin i bliskich. W wielu innych wypadkach giną ludzie, którym naprawdę wiele zawdzięczamy (nawet ich nie znając z imienia i nazwiska lub wręcz nie zdając sobie nawet sprawy z ich istnienia) - i przyjmujemy to bez żadnej sztucznie nakręcanej histerii. Owszem kogoś tam jest nam prywatnie żal, ale nie histeryzujemy na siłę - nawet jeżeli ich zasługi dla świata i ludzkości są większe, niż naszych polityków.
Oglądałem już wiele takich szopek - i jestem odporny. Choćby śmierć Wojtyły - to był dopiero cyrk. Jakie to patetyczne brednie wygłaszano z tego powodu - jaki to świat miał być z tej okazji lepszy, wszyscy ludzie mieli być z tej okazji "braćmi". Wszyscy płakali (to akurat można zrozumieć) i cieszyli się "że mogą być razem" z tej okazji - teraz też słyszę ten kretyński slogan niemal co drugie zdanie. A co takiego podniecającego jest w "byciu razem" najprawdopodobniej z ludźmi, którym na codzień nie podalibyśmy ręki i nie wpuścili za próg?
To wynika z jakiegoś niedopieszczenia? Ja byłbym skłonny odczuwać (i manifestować - mniej, czy bardziej nachalnie) swój żal po stracie kogoś naprawdę bliskiego - i raczej nie odczuwałbym potrzeby "bycia razem" z ludźmi zupełnie nieznajomymi. Czy ludziom naprawdę tak bardzo brakuje elementarnej czułości, że muszą się wyżywać w taki sposób i nakręcać taką histerię?
O zmarłych tylko dobrze – niezależnie od stawianych im zarzutów, uszanujmy dramatyzm tragicznej śmierci i powtarzajmy pewne pojednawcze slogany w ramach ukojenia swoich własnych obaw związanych ze śmiercią, czy też współczucia dla rodzin ofiar. Na pozór bardzo szlachetne – każdy sam, takim dość tanim kosztem, może poczuć się niemal Chrystusem (co zapewne sprawia jakąś przyjemność) – jaki jestem szlachetny i jak potrafię wybaczać. Towarzyszy temu nakręcana – zarówno przez pozostałych polityków, jak i media - atmosfera budowania „wielkiej wspólnoty w bólu i żalu”, która to według nich ma „uzdrowić nasze życie publiczne” i „skłonić do refleksji”, w wyniku której „wszyscy będziemy lepsi” – nie wiadomo, czy mówią to też o nas, czy tylko o sobie, ale już to pomińmy.
Czy tak będzie na pewno? Obawiam się, że wątpię. Ostatnią tego typu pokazową i obłudną szopkę, mogliśmy oglądać z okazji śmierci papieża. Piszę z premedytacją obłudną – bo nawet ci, którzy tak na co dzień obnosili się ze swoją „religijnością” nie pojechali do Watykanu zapalić znicz nad trumną Wojtyły – choć wiele razy afiszowali się dobrymi stosunkami z Janem Pawłem II. Nie tak było? Wielu od dawna tylko udawało tę poufałość z papieżem, jak choćby ten kabotyn Wałęsa, którego Wojtyła zdążył dobrze poznać po przeczytaniu stenogramów jego rozmów z bratem, w których wypowiadał się o Kościele i klerze w sposób, powiedzmy najdelikatniej, diametralnie różny od ukazywanej światu pozy ze znaczkiem. Wielu otwarcie szydziło z Wojtyły w sposób skrajnie prostacki jak ten Dyzma Kwaśniewski, który po śmierci papieża też został (ciekawe przez kogo) wykreowany niemal na jednego z czołowych żałobników po Wojtyle i autorytet w tłumaczeniu profanom jego przesłania. Oczywiście Kościół zajmuje się przebaczaniem zawodowo, jak i przyjmowaniem skruszonych grzeszników – ale właśnie, powinien jednak zacisnąć trochę sito selekcji, by przywracać do społeczeństwa tylko tych naprawdę skruszonych (czego warunkiem jest szczere wyznanie winy, gotowość przyjęcia pokuty i obietnica poprawy), nie zaś dawać alibi pajacom odstawiającym tylko pozorowane szopki, na zasadzie „szybkiego prysznica” spłukującego powierzchowne brudy tylko po to, by łatwiej było robić kolejne machlojki.
Skończyło się tak, jak się skończyć musiało – „pobratani” nad grobem Wojtyły (w ramach tej żałobnej szopki) kibole zaczęli się mordować zaledwie klika miesięcy po zakończeniu żałoby, a przykłady „refleksji” wyciągniętej przez naszych Dyzmów (którzy tę „żałobę” i „refleksję” tak pseudopatetycznie celebrowali) możemy obserwować podczas kolejnych posiedzeń rozmaitych komisji śledczych – przykładów ich pogłębionej degeneracji można by znów podawać setki.
Co więc nam da (oprócz tego taniego popłakania sobie – ale jak widać Polacy to lubią) faszerowanie się tymi sloganami o „zjednoczeniu ponad podziałami w obliczu takiej tragedii” i o kolejnych „refleksjach”? Cóż, w jakim stanie jest nasze państwo, to chyba widać (zadłużone monstrualnie i to już po „upadku komuny” - na głupoty, a mafia mafią mafię pogania) - skoro każda próba przyciśnięcia polityków oskarżanych o rozmaite brzydkie sprawy (obojętnie, czy tych zmarłych w katastrofie, czy ciągle żyjących, ale „pogrążonych w żalu”) będzie niosła ryzyko zakłócenia tego „nastroju pojednania nad grobami zmarłych”, to możemy mieć pewność, że degrengolada państwa będzie postępować jeszcze szybciej – właśnie pod tym parawanem „zażegnania nic nieznaczących w obliczu śmierci sporów” i nawet gdyby ta katastrofa się nie zdarzyła, to trzeba byłoby ją wymyślić, żeby tylko uzyskać jakąś trudną do odsłonięcia zasłonę, którą można by przykryć swoje ciemne sprawki.
Także słuchając tych (nawet jeżeli po części szczerych i wygłaszanych przez ludzi, których uczciwości nie kwestionujemy) haseł o „wielkim narodowym pojednaniu” w obliczu tak wielkiej tragedii, to miejmy świadomość, jak to się skończy (jak zwykle – lub gorzej, bo ten „argument” o konieczności zaniechania nadmiernego przyglądania się działalności polityków w imię „pojednania nad grobami” i „szacunku dla rodzin” może już na stałe zagościć w naszej publicznej debacie) i najwyżej tyle naszego, co sobie tanio popłaczemy.
.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)