Nasza motłochokracja coraz bardziej przypomina oligarchiczno - sitwową strukturę propagandową, gdzie pod przykrywką pełnego "spontanu" (żeby naiwniacy po raz kolejny uwierzyli, że z tą "demokracją" to tak naprawdę) realizuje się scenariusz zupełnie inny, od tego podawanego nam do wierzenia. Zanim przeanalizujemy działanie tego systemu kłamstwa i manipulacji, muszę wyjaśnić, dlaczego użyłem określeń typu "system", czy "propagandowa struktura". Użycie tych pojęć wynika stąd, że jest wystarczająco wiele przesłanek wskazujących, że nie dzieje się to przypadkowo, tylko jest efektem realizowania określonego planu - a przez kogo? No właśnie, na to pytanie odpowiadają owe określenia - zbyt wiele pozornie niezależnych instytucji (komisja wyborcza, me"r"dia) bierze w tym udział, by uznać to za przypadek.
Kandydatów jak wiemy jest dziesięciu - tymczasem bez przerwy słyszymy tak naprawdę tylko o dwóch - Bronisław Komorowski westchnął, Jarosław Kaczyński ziewnął, Bronisław Komorowski się uśmiechnął, Jarosław Kaczyński spoważniał - dziesiątki razy dziennie wbja się ludziom do (zakutych trzeba przyznać) mózgownic te "ważne" komunikaty, z których lepi się kilkuminutowe piguły wypełniające prawie połowę czasu programów informacyjnych. To, że każdy kandydat chciałby, by mówiono tylko o nim (i to w dodatku pozytywnie) to oczywiste, takie ich zbójeckie prawo, tylko dlaczego do jasnej cholery nasze burdele zwane "niezależnymi mediami" wynajmują się im jak prostytutki, a podobnie skór... PKW biernie się temu przygląda? Kto im (samym tym pożal się Boże kandydatom, jak i lansującym je sprostytuowanym dziennikoorwom) dał takie prawo, jeżeli podobno wszyscy kandydaci są równi wobec prawa i wszyscy powinni mieć zatem równe szanse? Sondaże? To może w ogóle zrezygnować z wyborów, skoro sondaże wystarczą, albo można rozszerzyć ten eksperyment z sondażami na inne dziedziny życia i prawa. Mamy jakiś spór sądowy? Proszę bardzo - organizujemy sondaż (popularności którejś ze stron lub inny) i sędzia już będzie wiedział, jaki wyrok najlepiej w danej sprawie wydać, albo któremu adwokatowi przyznać pięć godzin na wystąpienie, a któremu pięć minut. W końcu jedna strona procesu będzie "poważna", a druga nie. Po co słuchać adwokata jakiegoś "folklora"? Po co w ogóle dopuszczać go do procesu przeciwko "poważnemu" adwokatowi?
Niestety nasze sprostytuowane me(r)dia są już tylko agendami pijarowskimi do realizowania propagandy w ramach układów biznesowo - towarzyskich, czego konsekwencją jest właśnie taki żałosny poziom naszych kampanii wyborczych. Weźmy kandydata Komorowskiego - czy oprócz tego, że ziewnął, kichnął lub pierdnął usłyszymy o nim coś konkretniejszego? Ktoś zada mu pytanie - jak na przykład zareaguje on jako prezydent na kolejne nieprzyjazne decyzje władz niemieckich (np, w sprawie żądania odszkodowań dla tzw. wypędzonych) lub pytanie dotyczące jego tajemniczych kontaktów z rozmaitymi mafiozami z WSI? Skąd, nasze dziennikoorwy tzw. głównego ścieku doskonale wiedzą, że gdyby tylko spróbowali, to zaraz ich oficerowie prowadzący sprowadziliby ich do pionu i zamiast "gwiazdować" i "celebrytować" musieliby szukać pracy przy kopaniu rowów - bo tak naprawdę tylko do tego się nadają. Wydawałoby się, że normalni dziennikarze prześcigaliby się w badaniu przeszłości kandydata na prezydenta, tymczasem jego życiorys zaczyna się dopiero w 1989r. i sprowadza do kilku ulizanych sloganów nie popartych żadną analizą krytyczną. Ale czy może być inaczej, kiedy w kręgu osób powiązanych służbowo lub towarzysko z owym kandydatem pojawiają się właściele wielkich medialnych koncernów lub ich małżonki? Smiech na sali.
Co co Kaczyńskiego, to choć może nie ma on tylu urzędowych klakierów jak Komorowski, ale też da się zauważyć olbrzymi dystans między kreowaniem jego wizerunku przez owe "me(r)dia", a wizerunkami pozostałych kandydatów, o których owe agencje propagandowe wspominają już tylko zdawkowo, niemal zawsze opatrując ich komentarzami typu "folklor lub "kandydat egzotyczny"", gdyż (oficerowie prowadzacy? szefowie tych propagnadowych agend?) już postanowili, że "poważni kandydaci" są tylko dwaj - a konkretnie tylko jeden, który (jak na rasowego "demokratę" przystało) musi zniżać się do wojny na ćwiczone przed lustrem miny, z tym "kandydatem może mniej poważnym, ale poważniejszym, niż pozostali".
Scenariusz ten realizowany jest u nas (choć nie tylko u nas) już od początku sławetnej "transformacji ustrojowej" made in gen. Kiszczak. Rozpętywanie instynktu stadnego (poprzez ogłupianie sondażami), jako pretekstu do sprzecznego z ordynacją i elementarnymi zasadami (nie tylko cywilizowanego prawa, ale także zwykłej przyzwoitości) fawaryzowania swoich protegowanych przy użyciu niemal wszystkich instytucji publicznych to najbardziej prostackie oszustwo, na które niestety głupia większość - "interesująca się polityką" między 10579 a 10580 odcinkiem kolejnego kretyńskiego serialu, "tańca z gwiazdami" lub innego kretynizmu - ciągle daje się nabierać. W ten sposób owi dwaj żałośni bufoni jeszcze bardziej zadzierają nosy, a ich puste zarozumialstwo staje się dla inteligentnego człowieka trudne do wytrzymania - podobnie jak włazidupstwo rozmaitych "gwiazd" dziennikarstwa, które olewając zasady elementarnego obiektywizmu, zawodowego profesjonalizmu i najzwyklejszej przyzwoitości proponują im specjalne "debaty poważnych kandydatów", gdzie owi sztandarowi "demokraci" wolni od towarzystwa plebsu "kandydatów niepoważnych" i konieczności odpowiadania na ich trudne być może pytania, będą się prześcigać w bełkotaniu tych samych pustych hasełek, które ględzą już od lat kilkunastu i w robieniu wyćwiczonych przed lustrem "poważnych" i "zatroskanych" min - słynna "troska w oku".
Właśnie sztab Janusza Korwin - Mikke rzucił wyzwanie sztabowi Komorowskiego, by stawił się na publiczny pojedynek na argumenty. Oficjalnej odpowiedzi sztabu Komorowskiego jeszcze nie znamy, ale przecież wszyscy wiemy, jaka ona będzie - ten "demokrata" nie będzie zniżał się do debaty z innym kandydatem, który nie posiada takich pleców w rozmaitych nieformalno - mafijnych strukturach naszego Dyzmolandu, by mianowały go one "poważnym kandydatem". Wiadomo też, jaki byłby skutek takiej debaty - Korwin ośmieszyłby Komorowskiego i to pod każdym względem - wiedzy teoretycznej, praktyki, jak i wykazania współodpowiedzialności Komorowskiego za obecne patologie, dlatego do takiej debaty dojść z oczywistych względów nie może i już nasze sprostytuowane "me(r)dia" o to zadbają.
To w ogóle szerszy problem - ale owa marionetkowa PKW chowa głowę w piasek - czyżby oskarżenie jej wieloletniego przewodniczącego o współpracę z SB dowodziło słuszności spiżowych słów Józefa Stalina, że nieważne, kto głosuje, tylko kto liczy głosy? Chodzi o czas antenowy kandydatów - ten oficjalnie przyznany w publicznych mediach, jak i ten w mediach komercyjnych. O ile jeszcze oficjalne programy wyborcze w ramach komitetów mają zagwarantowane równe prawa (może dlatego, że prawie nikt ich nie ogląda), to w programach publicystycznych (zarówno telewizji publicznej jak i prywatnych) panuje już oligarchizacja kompletna. Wydawałoby się logiczne, że PKW powinna stanowczo zabronić jakichkolwiek programów publicystycznych (czy jak ich nazwiemy - debat), o ile nie biorą w nich udziału wszyscy kandydaci, jeżeli zaś scenariusz programu zakłada debatę tylko między dwoma kandydatmi w danym programie, to pozwolenie na taki program stacja powinna dostać od PKW tylko w momencie, kiedy w owych debatach spotka się - mówiąc językiem rozgrywek ligowych - "każdy z każdym", by równe szanse i prawa dla wszystkich kandydatów były zachowane.
Nietrudno sobie wyobrazić, jak podniosłoby to poziom publicznej debaty i kampanii samych kandydatów - tylko taka ostra konkurencja, gdzie nie da się schować głowy w piasek i zasłonić się nadanym przez jakieś mafijne sitwy tytułem "poważnego kandydata", wymusiłaby na kandydatach podniesienie merytorycznego przygotowania - i właśnie dlatego nasze dziennikoorwy (udające na codzień obłudnie zatroskanie niskim poziomem publicznej debaty) do tego nie dopuszczą. Bo me(r)dia nie są od tego. Są od robienia propagandy Dyzmom, z którymi ich szefowie robią rozmaite ciemne interesy, ot i wszystko.
Co MY możemy zrobić?
Dajmy tej bandzie żałosnych Dyzmów nauczkę - nie głosujmy na nich, nie legitymizujmy ich krętactw swoim uczestnictwem, aby podtrzymywać ich nadmuchany nieczystym powietrzem pseudomajestat, którym się z takim zarozumialstwem upajają. Głosujmy na tych, którzy naprawdę mają coś konkretnego do powiedzenia i gotowi są do debaty z każdym, nie zaś wycierają sobie załgane mordy demokratyczną retoryką, a tak naprawdę mają mentalność totalitarnych kacyków. Głosujmy na Sokratesów, nie na Narcyzów i Neronów...


Komentarze
Pokaż komentarze (8)