0 obserwujących
219 notek
36k odsłon
170 odsłon

"Wniebowzięty" marszałek.

Wykop Skomentuj3

Czytając o podniebnych wyczynach marszałka Marka Kuchcińskiego mimowolnie nasunęły mi się skojarzenia z przygodami dwóch sympatycznych obrzympałów: Arkaszki Kozłowskiego i Lutka Narożniaka, którzy dość nieoczekiwanie odkryli w sobie wielkie zamiłowanie do awiacji i podróżowania w przestworzach. Oczywiście mam tu na myśli bohaterów filmu Wniebowzięci, w których role wcielił się niezapomniany duet: Zdzisław Maklakiewicz i Jan Himilsbach. Poza tym, w obu tych przypadkach pojawia się miasto Rzeszów, jako obiekt stałych peregrynacji marszałka Sejmu, a także miejsce, gdzie nasi filmowi bohaterowie próbowali swoich sił w podrywaniu młodych „lasek”. I pomimo tego, że celem podróży Kuchcińskiego, niejednokrotnie rodzinnych, bo na pokład samolotu rządowego zabierał członków swojej familii, były przeważnie powroty do domu, to jednak w jego przypadku kontekst erotyczny nie byłby wcale zaskakujący. Nazwisko tego polityka wypłynęło bowiem przy okazji ujawnienia podkarpackiej seksafery, gdy w mediach pojawiły się informacje, że podobno były agent CBA „wszedł w posiadanie nagrania wideo, na którym »marszałek Kuchciński obcuje płciowo z nieletnią prostytutką pochodzenia ukraińskiego«”. Dygnitarz wtedy przekonywał, że posądzanie go o rozpustę „to element walki politycznej”, bo jego zdaniem „chodziło nie tylko o uderzenie w konkretną osobę, lecz także o osłabienie prestiżu instytucji”[1]. Być może tak było, jak twierdzi marszałek. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że coś tu śmierdzi, ponieważ po ujawnieniu tej skandalicznej sprawy zaczęto ją energicznie „zamiatać pod dywan”. Niedyskretnego agenta wywalono z pracy na „zbity pysk” i poddano obróbce przez organy ścigania, a media zastraszono składanymi do prokuratury doniesieniami i pozwami z żądaniem zadośćuczynienia za to, że dopuściły się „znieważenia funkcjonariusza publicznego”. Na dodatek koronny dowód w sprawie, czyli płyta z nagraniem erotycznych igraszek, zniknęła w nieznanych okolicznościach z sejfu CBA, a ważny świadek, który w śledztwie mógł udzielić cennych informacji, popełnił „samobójstwo” w więziennej celi[2]. No, ale wróćmy do podniebnych wojaży marszałka, bo seksafera jest już dość dobrze opisana, a poza tym, jak mówią śledczy – „sprawa jest rozwojowa” i zobaczymy, dokąd nas jeszcze doprowadzi…

W kwestii szybowania w obłokach „pana marszałka kochanego” praktycznie codziennie wychodzą na jaw nowe fakty. Najpierw miały to być „jedynie” 23 potwierdzone przez Kancelarię Sejmu przeloty z rodziną, a niedawno dowiedzieliśmy się, że Kuchciński w kilkanaście miesięcy odbył ponad 100 lotów wojskowymi statkami powietrznymi. Korzystał bowiem nie tylko z ulubionego i luksusowego odrzutowca Gulfstream G550, ale także z transportowej CASY i śmigłowca Sokół. Obecnie trwa sprawdzanie w ilu z tych lotów towarzyszyli mu członkowie rodziny, chociaż już dziś wiadomo, że były też takie przypadki, gdy bliscy marszałka latali bez niego na pokładzie. Najczęstsza trasa marszałkowskich lotów wiodła z Warszawy do Rzeszowa i z powrotem. Bywały miesiące, że Kuchciński korzystał z transportu lotniczego co 2–3 dni, a przelot odrzutowcem Gulfstream na tej trasie trwa 45 minut. Koszt takiego lotu kształtuje się na poziomie około 25 tys. zł za godzinę. Dodatkowo podróż drugiej osoby w państwie ma status HEAD, co oznacza, że w gotowości musi być drugi środek transportu oraz zabezpieczający ją funkcjonariusze SOP, którzy chronią marszałka przez całą dobę. Wszystko to powoduje, że całkowity koszt jego podróży do domu przekraczał jednorazowo nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Pomnażając to przez liczbę lotów otrzymamy kwotę idącą w miliony. No cóż, można rzec, że „pan marszałek kochany” nie jest tani w utrzymaniu, a „dobra zmiana” obiecywała przecież oszczędne gospodarowanie publicznym groszem… Co prawda, po ujawnieniu tej skandalicznej sprawy, Kuchciński przekazał na cele charytatywne 15 tys. zł za przeloty jego rodziny, ale jest to jedynie równowartość średniej ceny biletów LOT na tej trasie, którą ustalono na 650 zł. A poza tym należy zapytać: dlaczego nie zwrócił tych pieniędzy bezpośrednio do budżetu państwa, który pokrywał koszty jego podniebnych eskapad?

Marszałek Kuchciński, inaczej niż w sprawie seksafery, długo milczał jak zaklęty na temat użytkowania przez siebie floty samolotów rządowych, co może być w pewnym stopniu zrozumiałe, ponieważ, w przypadku ewentualnego potwierdzenia się jego udziału w skandalu obyczajowym, ryzykował dramatem rodzinnym. Dlatego oburzony oskarżeniami medialnymi unosił się gniewem i groził surowymi konsekwencjami. Tym razem długo trzymał język za zębami, bo najwidoczniej zdał sobie sprawę, że mocno przegiął, a rodzina z tego powodu nie powie mu przecież złego słowa, bowiem sama korzystała z przywilejów „przysługujących” marszałkowi. W końcu jednak „nadejszła wiekopomna chwila” i Kuchciński wystąpił na zorganizowanej w Sejmie konferencji prasowej, gdzie odczytał oświadczenie, w którym zaserwował nam litanię mętnych tłumaczeń, jednocześnie zasłaniając się przepisami prawa dotyczącymi organizacji lotów dla VIP-ów[3]. Dobrze podsumował to „niezwykłe” wydarzenie Łukasz Warzecha, który ocenił, że wystąpienie to było „charakterystyczne dla marszałka, nie było żadnego dialogu z mediami, żadnego czasu na pytania. Była komunikacja w jedną stronę, prowadzona sztywnym, urzędniczym językiem. […] Kuchciński stwierdził, że duża liczba jego służbowych lotów wiązała się z przyjętym modelem sprawowania funkcji. Naprawdę? A czymże ten model różnił się od poprzednich? Kuchciński twierdzi, że dużo podróżował, bo konsultował politykę władzy z obywatelami. To już jawna kpina”. Zdaniem tego publicysty ze „spotkaniami z ludźmi” można kojarzyć innych polityków z obozu władzy, „ale nie sztywnego jak po połknięciu kija, źle się czującego w swojej funkcji Kuchcińskiego. Jeżeli pojawiał się gdzieś jako marszałek Sejmu, to równie dobrze zamiast niego można by tam zawieźć tekturową atrapę”. Jego oświadczenie można ostatecznie sprowadzić do następującej konkluzji: „Może i coś tam zrobiłem źle, niektórzy się oburzyli – no dobra, przepraszam. Ale wolno mi było, prawa nie złamałem, a w ogóle to jestem bardzo zajęty. Zresztą coś tam wpłaciłem, a teraz tu się zgina dziób pingwina”[4].

Wykop Skomentuj3
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale