Więc mamy święta, czas, gdy możemy się spotkać z rodziną rozsianą po całym kraju. Wręczamy sobie symboliczne prezenty, dużo tradycyjnego jedzenia - ale nie przesadzajmy, że 12 potraw, wiadomo karpik, barszczyk, makówki i domowe ciasto. W rogu stoi choinka, a pod nią oczywiście prezenty. Przygotowania zaczynamy może tydzień wcześniej. Ale ktoś nam próbuje to odebrać!
Ledwie zdążą zgasnąć lampki na grobach Naszych zmarłych, a zaczyna się szaleństwo. Świąteczne szaleństwo! W radiu lecą bożonarodzeniowe hity, które znamy od parunastu lat - o tym jak to dużo mamy śniegu i jak jest bielutko. O miłości i szczęściu. Ale wróćmy do szaleństwa, ono siedzi w ludziach - ludziach, których ogarnął konsumpcjonizm. Gdy widzę w pobliskim supermarkecie ludzi kupujących hektolitry cocacoli w promocji, kilogramy szynek, jeszcze większe ilości słodyczy staram to sobie wytłumaczyć. A nuż mają wielodzietne rodziny i po prostu mnożą wszystko razy parę.
Ale niestety moje domysły zostają rozbite po świętach. Pojawiają się sprawozdania, sprawozdania druzgocące! Lwia część tych zakupów ląduje na śmietnikach! Ludzie niezamożni oszczędzają przez cały rok by zaszaleć na święta wyrzucają swoje pieniądze w błoto! Bo ile można zjeść przez te 2 dni świąt pierniczków, czekoladek, czipsów? I skąd ludzie się tego nauczyli? Przecież to nie jest polska mentalność! To przyszło z zachodu.
Więc niech każdy odpowie sobie na proste pytanie:
Czy święta mają mieć smak cocacoli, kupnych słodyczy i barszczu z torebki?



Komentarze
Pokaż komentarze (2)