Łukasz Maślanka Łukasz Maślanka
344
BLOG

"Z budżetu"

Łukasz Maślanka Łukasz Maślanka Polityka Obserwuj notkę 3

 

Przyznam, że czekałem na przedstawienie propozycji programowych Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Oczywiście ani przez chwilę nie myślałem o poparciu tego ugrupowania (genuine since 1942), ale marzyłem o tym, aby pewne elementy nowoczesnego dyskursu socjalnego zaistniały w przedwyborczej debacie. Niestety po raz kolejny rozczarowałem się.


 

Dokumenty przygotowane przez SLD zawierają projekty wielu sensownych rozwiązań. Podoba mi się idea ucywilizowania stażów, tak aby praktykanci nie badali ofiarami zuchwałego wykorzystywania ze strony pracodawców (w tym pracodawców-urzędów państwowych). Rozsądne wydają mi się propozycje dotyczące kolei, szkolnictwa, rewitalizacji ochronnej funkcji prawa pracy. Wszystkie te szlachetne projekty utonęły jednak w powodzi populizmu, jaką zaproponowali nam w ostatnich dniach Grzegorz Napieralski z Ryszardem Kaliszem. Lewica postkomunistyczna okazała się niezdolna do zaproponowania Polakom alternatywy dla prawicowej narracji o „obniżaniu podatków” i „antybiurokratycznych reformach”.


 

Po 20 latach neoliberalnej transformacji (której partia Napieralskiego była aktywnym uczestnikiem i motorem wielu działań) wszelkie lewicowe inicjatywy prospołeczne muszą stanąć przed bolesnym, ale realistycznym pytaniem o ich finansowanie Pytanie to było zazwyczaj niezwykle skutecznym orężem establishmentu III RP przeciwko tym siłom, które podejmowały jakieś formy buntu socjalnego. Tak się bowiem składało, że o ile brak lub niedostatek państwa w wielu dziedzinach życia bardzo Polakom doskwierał i doskwiera, to jednak elity skutecznie uczuliły większą część narodu przeciwko tym, którzy proponowali jakiś reformy. Uzasadnieniem takiej krytyki był najczęściej fakt niemożności znalezienia alternatywnych źródeł finansowania wydatków socjalnych poza powiększaniem długu publicznego.


 

Dzisiejsi działacze SLD postanowili porzucić image partii oligarchicznego establishmentu i ubrać się w piórka trybunów ludowych. Z roli „rozumnych” mężów stanu, obniżających radykalnie podatek od przedsiębiorstw, przerodzili się w św. Mikołajów (czy też raczej w Dziadków Mrozów), obiecujących każdemu „pensję i emeryturę na europejskim poziomie” oraz „refundację zabiegu in-vitro”. Poziom tej retoryki sięga mniej więcej tego samego dna, na którym leży już slogan o „Polsce w budowie” autorstwa PO, ostatnia propozycja Jarosława Kaczyńskiego dotycząca obniżki akcyzy na paliwo czy też postkorwinowski libertarianizm PJN-u, mający obejmować wszystkich obywateli, którzy ośmielą się nie posiadać dzieci. Nie odbiega zatem jakościowo od tego, co proponują inne partie. Jeżeli zwracam na nią szczególną uwagę, to robię to dlatego, iż idee socjalne są mi bliskie i chciałbym ukazać czytelnikowi straszliwe dylematy, przed którymi stoi w Polsce osoba o wrażliwości lewicowej, która ma jeszcze resztki szacunku do własnych poglądów.


 

Aby jednak nie uprawiać czystego malkontenctwa, postaram się też przedstawić alternatywną wizję tego, co powinna uczynić odpowiedzialna partia lewicowa, pragnąca zmiany panującego w Polsce systemu gospodarczo-społecznego. Otóż po pierwsze, należy zdać sobie sprawę z tego, że arytmetyka jest tą dziedziną wiedzy, która niechętnie sprzyja lewicy. Nadmierny deficyt budżetowy jest faktem niezaprzeczalnym, podobnie jak dramatycznie przyrastający dług publiczny. Negatywne konsekwencje tego stanu rzeczy są tak samo bolesne w przypadku neoliberalnego państwa minimum jak i najbardziej rozwiniętego systemu opiekuńczego. Polska, jako kraj ciągle dla rynków mało wiarygodny, może sobie w dodatku pozwolić tutaj na o wiele mniej niż bogata Francja czy Niemcy.


 

Rolą lewicy jest przypominanie, że państwami o najzdrowszych w Europie finansach publicznych są socjaldemokratyczne kraje skandynawskie. Dzięki konsensowi osiągniętemu kilkadziesiąt lat temu przez wszystkie strony dialogu społecznego, udało się tam doprowadzić do wykształcenia wydajnego i dochodowego przemysłu, któremu nie przeszkadzają ani wysokie podatki ani wymagania socjalne. Są one bowiem połączone z dużą elastycznością rynku pracy, elastycznością wydatnie wspieraną przez interwencję państwa (system zasiłków, darmowych szkoleń, urlopów itd.). Warunkiem zaistnienia takiego systemu jest duży kapitał zaufania społecznego, niski poziom korupcji, siła i rozsądek syndykatów oraz brak akceptacji dla naruszania istniejącego porządku prawnego, zwłaszcza w sferze prawa podatkowego i socjalnego. Na tym tle groteskowo brzmią wynurzenia Grzegorza Napieralskiego, pragnącego w Polsce zbudować państwo opiekuńcze z pieniędzy odebranych Centralnemu Biuru Antykorupcyjnemu i Instytutowi Pamięci Narodowej. Znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że postkomunistyczna elita chce zapewnić bezkarność swoich przeszłych i przyszłych działań przestępczych, mamiąc jednocześnie społeczeństwo obietnicami wielkich oszczędności, które przeznaczy się „na biednych”.


 

Nie dowiemy się bowiem z programu SLD nic o planowanych przez tę partię zmianach w systemie fiskalnym. Trudno usłyszeć cokolwiek o działaniach mających na celu reformę związków zawodowych i zwiększenie ich roli ustrojowej. Fakty te przestają dziwić, skoro tylko zdamy sobie sprawę, że to właśnie Leszek Miller, ważna postać w otoczeniu obecnego lidera Sojuszu, propaguje ideę podatku liniowego oraz braku alternatywy dla obecnych stosunków ekonomicznych. Swoją wizję podatkowego raju nad Wisłą wzbogacił, przy okazji obecnej kampanii wyborczej, o wszystkie socjalne gruszki na wierzbie, łącznie z darmowym tabletem dla każdego ucznia. Ta ostatnia idea wydaje się zresztą całkiem rozsądna, znacznie lepsza od przymusowej komputeryzacji polskich uczniów, którą kilka miesięcy temu proponował rząd. Zakupienie bowiem dzieciom i młodzieży czytników z ekranami typu e-ink paper (często tańszych niż profesjonalne tablety) pozwoliłoby przenieść rynek podręczników z epoki papierowej na poziom e-booków. Musiałoby to spowodować znaczny spadek cen tych artykułów, stanowiących każdego roku znaczne obciążenie dla domowych budżetów. Nie słyszałem jednak, aby postkomuniści proponowali wdrożenie takiego projektu, który musiałby natrafić na twardy opór lobby wydawniczo-księgarskiego – być może chodzi po prostu o sfotografowanie przaśnego lidera z technologicznym cackiem w ręku.


 

Wiarygodność obyczajowego liberalizmu SLD niech oceniają ci, którzy są nim zainteresowani. Ja tylko ograniczę się do poddania w wątpliwość sensu tej nachalnej walki o udostępnienie metody in-vitro. Wiem, że nie postępuję elegancko wdając się w oceny moralne par, które się na nią decydują, ale wydaje mi się, że rolą lewicy powinno być przede wszystkim twarde reprezentowanie interesów dzieci opuszczonych i czekających bezskutecznie na adopcję. Być może zostanę uznany za osobę nieempatyczną – trudno – uważam jednak, że, dopóki w domach dziecka przebywa choć jedno niechciane dziecko, dopóki w wielu regionach świata młodym ludziom wręcza się do ręki karabin zamiast zeszytu, dopóty sztuczne zapłodnienie powinno być zakazane. Społeczeństwa burżuazyjne (albo pretendujące do takiego miana) mają często skłonność do wytwarzania pewnych mód, które niekoniecznie muszą być czymś złym. Lewica lubi wykorzystywać takie mody dla promowania postępu. Chciałbym, aby modą wśród dobrze sytuowanych, ale dotkniętych bezpłodnością, polskich rodzin stało się raczej adoptowanie dziecka z Afryki niż stosowanie sztucznych metod leczenia tej choroby.


 

„Z budżetu” - rzucił beztrosko Grzegorz Napieralski w stronę dziennikarki, która ośmieliła się zapytać go o tak szczegółową kwestię, jak źródło finansowania zaproponowanego wyborcom programu rozdawnictwa. Ta mimikra intelektualna, ta bezgraniczna bezczelność jest zjawiskiem, do którego postkomuniści zdążyli już wszystkich przyzwyczaić. Co mnie zatem tak dziwi? Dziwi mnie fakt, że po 20 latach neoliberalnego eksperymentu, nie znalazła się w tym stosunkowo światłym społeczeństwie partia, która najpierw zaproponowałaby przebudowę systemu gospodarczego, w taki sposób aby bezpiecznie można było ludziom dać słusznie należące się im świadczenia. Dopóki taka partia się nie pojawi, to ja będę popierał ludzi chcących chociaż przygotować fundamenty podobnego systemu poprzez wolę stanowczej walki z korupcją, nepotyzmem i innymi patologiami, których Sojusz Lewicy Demokratycznej był i ciągle pozostaje synonimem.


 

Skoro nie mogę kontrolować rzeczywistości, to przynajmniej sobie ponarzekam ;).

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Polityka