W związku z kontrowersjami, jakie wywołał na niektórych portalach mój poprzedni tekst, postanowiłem dopisać kilka, może kilkadziesiąt zdań w tym temacie.
Na początek odniosę, się do oburzenia jakie u niektórych pojawiło się w związku z określeniem Jezusa Chrystusa mianem Sensei.
Jezus Chrystus określony jest przeze mnie jako Sensei, bo jest on nauczycielem, przekazuje nam wskazówki jak żyć, jak dążyć do zbawienia, co jednocześnie nie odbiera Chrystusowi jego Boskości. Wręcz przeciwnie. Kto może być lepszym nauczycielem od doskonałego Boga?
Chrystus nie był, jak mityczni bogowie np. w starożytnej Grecji. Nie oczekiwał przekupstwa, nie prowadził intryg, on pojawił się wśród ludzi i nauczał, dawał przykład, dlatego określenie Sensei moim zdaniem jest jak najbardziej właściwe i nie ma w nim nic skandalizującego.
Natomiast czytelnikowi, który oburza się na tytułowanie naszego Zbawiciela mianem Sensei, i wyraża obawę, że za chwilę Jezusa nazwie ktoś Rabbim, radzę przeczytać dokładnie Ewangelię, lub skierować również pretensje do Apostołów. Uczniowie tytułowali Jezusa Rabbim, co oznaczało mistrza, nauczyciela, wynikało to zresztą z kontekstu cywilizacji, w jakiej żyli. gdyby mówili oni po japońsku, używali by określenia Sensei.
Moim tekstem chciałem wskazać, na doskonałość i piękno nauki naszego Pana, który może być inspiracją również dla praktyków wschodnich sztuk walki.
Pragnę się również odnieść do tekstu z portalu Opoka, który zalinkował jeden z komentujących.
Mogę zgodzić się, co do tego, że Sztuki Walki mogą być niebezpieczne w sensie duchowym, ale pod warunkiem, że nieumiejętnie się do nich podchodzi. Trzeba też umieć odrzucić pewne mity, które może ładnie brzmią, ale nie koniecznie są prawdziwe. System Wing Tsun (który według autora tekstu z portalu Opoka powstał w wyniku medytacyjnego objawienia), z tego co ja ustaliłem, miał korzenie w inspiracji sposobem walki m.in. żurawia. Obserwacja przyrody i inspirowanie się nią nie jest przecież grzechem, gdyby tak było należałoby potępić również budowniczych katedr. Jest też również wersja o stworzeniu Wing Tsun z konieczności opracowania stylu walki, który w stosunkowo krótkim czasie pozwoli wyszkolić skutecznych wojowników. Po prostu zwykły pragmatyzm, żadne sny. Zresztą styl, którego uczył się Bruce Lee, jest podobny do Krav Magi- systemu z innego kręgu cywilizacyjnego, który również nastawiony jest na skuteczność. Dlatego, podkreślę jeszcze raz, to co napisałem w tekście, najbardziej szkodliwa jest popkulturowa otoczka wokół sztuk walki i tworzenie wokół nich mistyki wschodu, której zwyczajnie nie ma. A przynajmniej nie ma jej w takim natężeniu w jakim niektórzy by chcieli. Sztuki Walki same w sobie nie miały za zadanie doskonalenia duchowego, co najwyżej kształtowały charakter. Owszem tworzone i rozwijane były w klasztorach, przez co są łączone z duchowością wschodu, ale nie były one mnichom potrzebne w celach duchowych.
Cofnijmy się do legendarnych początków Kung Fu. Zapoczątkował je w klasztorze Shaolin mnich Da Mo. Uczynił to po to aby wzmocnić fizycznie swoich braci. Aby wraz z rozwojem duchowym postępował rozwój fizyczny. Mnisi, którzy ciągle medytowali, byli słabi i chorowici. Da Mo nie potrzebował treningu sztuk walki, do rozwoju duchowego, również dlatego, że jest on ojcem medytacji zen, którą rozwinął stricte w celu doskonalenia ducha. I dopiero będąc przy medytacji zen możemy rozpocząć dyskusję, czy może ona łączyć się z Chrześcijaństwem.
Jeżeli przyjrzymy się systemom z innych państw azjatyckich, to Muay Thai, czy Muay Boran, było trenowane jako metoda walki bojowej, wykorzystywana w bitwach. Okinawskie Karate zostało rozwinięte jako typowy system samoobrony. Inaczej to wyglądało w Japonii. Bardzo łatwo natrafić tutaj na historie mistrzów miecza, którzy np. zostawali pustelnikami w górach, lub udawali się do klasztorów, aby rozwijać się również duchowo. Pamiętajmy jednak, że to byli wojownicy, oni chcieli być zabójczo skuteczni, a do tego potrzebny jest również spokój duchowy. Tak jak współcześni sportowcy korzystają z pomocy psychologa, aby się wyciszyć i uzyskać lepsze wyniki, tak samo Samurai korzystał z oferty wzmocnienia duchowego, jaką oferowały klasztory. Śmiem postawić tezę, że gdyby Chrześcijaństwo dominowało w Japonii, wielcy mistrzowie miecza, leżeli by krzyżem przed ołtarzem, celem osiągnięcia spokoju umysłu, jakże potrzebnego w bitewnym zgiełku. W tym miejscu warto nawiązać również do koncepcji Tao, która jest sprzeczna z Chrześcijaństwem.
Mówi, ona o harmonii i przenikaniu się pierwiastka męskiego i żeńskiego, dobra i zła, siły i uległości. Oczywiście Taoizm, dla wyznawcy Jezusa nie jest do zaakceptowania, zauważmy jednak, że zasada tej filozofii, zastosowana do treningu Sztuk Walki jest jak najbardziej słuszna. Odnosi się, to zresztą do wszelkich ludzkich aktywności, wystarczy przypomnieć hasło w „zdrowym ciele, zdrowy duch”, ciężko mówić o sukcesach sportowych, gdy za silnym ciałem nie idzie silna psychika. Koniec kropka, w tym sensie koncepcja Tao jest trafna i nikt raczej nie będzie z tym polemizował, kontrowersje zaczynają się, kiedy zaczniemy rozpatrywać Taoizm w ujęciu etycznym czy społecznym i właśnie dlatego nie jest on do zaakceptowania przez Chrześcijan. Nie trzeba zmieniać wyznania by zrozumieć, że że kwestia ducha jest również ważna przy rozwoju fizycznym. I tutaj na drodze praktyka sztuk walki może pojawić się Jezus i wskazać drogę.
Jak zatem widać sztuki walki, same w sobie nie stanowią zagrożenia duchowego, problem może pojawić się, w chwili kiedy praktyk, zechce przejąć całe dziedzictwo kulturowe z którego one wyrastają, często robiąc to z gorliwością neofity i dając wiarę wielu mitom, czy wręcz popkulturowym historyjką.. Aby tego uniknąć należy z dystansu przyjrzeć się genezie tej formy sztuki. Sama duchowość, jest o tyle potrzebna w sztukach walki, że pomaga osiągnąć spokój i opanowanie. I tutaj drogowskazem, może być Jezus Chrystus z jego miłością bliźniego. Chrystus może być zresztą świetną alternatywą również dla wspomnianych neofitów, z tego powodu że jako Bóg przewyższa wszelkie demony.
Pisząc mój wcześniejszy tekst, pominąłem Nin Jutstu, które jako jedna z niewielu szkół walki przypisałbym do tych niebezpiecznych dla ducha. Z tej przyczyny, że podczas gdy wcześniejsze formy, były albo metodą samoobrony, albo sztuką walki wykorzystywaną przez wojowników, to Nin Jutstu jest niejako całą kulturą życia skrytobójców. Karate, Aikido, Kung Fu, Muay Thai można określić jako oręż, były narzędziem tak jak np. w Europie średniowiecznej miecz. Podobnie jak rycerski oręż były też łączone z pewnymi zasadami postępowania, kodeksami honorowymi (nawet współcześnie mówi się o rycerskim postępowaniu w sensie pozytywnym). Trudno natomiast jakiekolwiek cechy honorowe przypisać skrytobójcom. Podczas gdy niektóre sztuki walki, jedynie w swoich „mitologiach” powoływały się nadprzyrodzone korzenie, Nin Jutstu poprzez maski, kultywowało „demoniczne korzenie”. Zresztą Nin Jutstu to nie tylko techniki samej walki, która nastawiona jest na eliminacje przeciwnika wszelkimi środkami, ale również elementy okultyzmu, czy psychomanipulacji przypominającej NLP. Większość sztuk walki, ma swoich legendarnych przedstawicieli, nie wnikając w prawdę historyczną, są oni przedstawiani jako ludzie honorowi, broniący słabszych, często o ile to możliwe unikający niepotrzebnego rozlewu krwi. Nin Jutstu, bazuje na legendzie ludzi, którzy najmowali się za pieniądze, a honor mieli za brzemię utrudniające wykonanie zadania, często też byli podwójnymi lub potrójnymi agentami. To nie jest raczej dobry przykład do naśladowania. Dlatego, mogę zgodzić się, że istnieją systemy szkodliwe, złe. Ale nie powinny one rzutować na ogół.
Podsumowując większość sztuk walki, jako forma aktywności kształtująca dyscyplinę, ucząca pokory, szacunku dla drugiego człowieka i dla życia, pomimo korzeni w obcej kulturze, daje się pogodzić z Chrześcijaństwem, a Jezus Chrystus może być inspiracją dla trenujących w kimonach.
Oczywiście kontakt z azjatyckimi sztukami walki może prowadzić w niebezpieczne rejony, ale czy mamy odrzucać „ciężkie granie”, tylko dlatego, że Nergal i jemu podobni robią karierę na bluźnierstwach? Wiele kapel pokazuje, że nie, wręcz gitary i perkusja mogą stać się narzędziami Ewangelizacji. Dlaczego tatami również nie mogłoby służyć chwaleniu naszego Pana Jezusa Chrystusa. Dlaczego Zbawiciel, nie mógłby stać się drogowskazem dla trenujących?
PS. W kierunku duchowości wschodu wielu trenujących sztuki walki może popychać chęć dobycia wiedzy o rzekomo tajemnych technikach, które przekazywane były tylko wybranym, najlepszym z najlepszych. Gdyby się zagłębić w tę kwestię, to nie znajdziemy tam nic związanego z religią czy okultyzmem, a czystą medycynę. Otóż zaawansowani adepci studiują ludzkie ciało, poznają szczególnie unerwione miejsca i techniki ich ataku. Legendarna księga Bubishi, miała dzielić ciało człowieka na części, które z zależności od pory dnia miały być mniej lub bardziej narażone na ataki. Owszem, tłumaczono to zgodnie z zasadami medycyny chińskiej przepływem energii Ki, etc. ale również medycyna zachodnia wskazuje nam, że poszczególne organy w zależności od pory dnia są mniej lub bardziej aktywne, chociażby z uwagi na sen, czy spożywane posiłki. To co zostało więc zapisane w Bubishi, pomijając język przekazu, nie jest żadną tajemną, okultystyczną wiedzą, to po prostu medycyna. Bruce Lee doskonaląc swój styl walki, poznawał zachodni boks i szermierkę. Może więc warto wzbogacać swój „arsenał” wiedzy dotyczącej sztuk walki również o naukę z naszego kręgu cywilizacyjnego, zamiast ślepo adoptować wszystko to co azjatyckie i dla nas niezrozumiałe, wówczas łatwo zbłądzić. Z latarnią jaką jest wiara w Jezusa, o wiele łatwiej jest trzymać się właściwej drogi, nawet w świecie dalekowschodnich sztuk walki.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)