Po tym, jak chińskie wojsko brutalnie spacyfikowało manifestacje w Tybecie, cały świat zastanawia się, co zrobić. Zbojkotować Igrzyska Olimpijskie w Pekinie? Opuścić samą ceremonię otwarcia? Przed społecznością międzynarodową stanął trudny dylemat. Nie znaczy to jednak, że wobec tybetańskiego dramatu można przejść obojętnie. Coś zrobić trzeba.
Bojkot IO w Pekinie jest złym pomysłem. W realiach współczesnego, zglobalizowanego świata masowo zaopatrującego się w Chinach we wszelkie możliwe produkty, nie da się nagle zbojkotować zawodów. Sprawa ma się prosto - albo dajemy sobie spokój z bojkotem, albo postulujemy, by nie jechać na Igrzyska i jednocześnie kąpiemy się w oceanie hipokryzji.
Bo jeśli mielibyśmy faktycznie zbojkotować Chiny za to, co zrobiły z manifestacjami w Tybecie, musielibyśmy - mówiąc obrazowo - zacząć chodzić nago. Zerknijmy na metkę dowolnego ubrania. Cóż tam napisano? Made in China, prawda? No właśnie. Przykro to mówić, ale Państwa Środka pod pręgierzem postawić się nie da. Owszem, jakoś by się dało przeżyć bez chińskiej gospodarki. Tylko, że ceny solidnie by wzrosły. Takie więc rozwiązanie raczej nie przejdzie.
Nie może być tak, że świat handluje z Państwem Środka na całego, ale niesieni duchem romantyzmu i walki o prawa człowieka bojkotujemy igrzyska. Bo cóż z tego wyniknie? Igrzyska się nie odbędą, wysiłek sportowców zostanie zmarnowany, a Chiny staną się najpewniej krajem jeszcze bardziej agresywnym. Do tego z urażoną dumą. A ujma na honorze to w azjatyckiej kulturze problem ogromny. Tym bardziej dla Chin, które upominają się o pozycję lidera całej Azji.
Adam Michnik napisał kiedyś, że polityka to kompromis między tym, co moralne a tym, co możliwe. Nie można jednak kierować się suchym pragmatyzmem, bo to prosta droga do zwyrodnienia wszelakiej politycznej działalności.
Dlatego w sprawie Tybetu należy zabrać głos, i to na samych Igrzyskach. Bojkot ceremonii otwarcia nie wchodzi chyba w rachubę. Komitety olimpijskie USA, Belgii, Wielkiej Brytanii, także Polski jasno zapowiedziały, że sportowcy pozwalający sobie na akcje polityczne podczas inauguracji igrzysk zakończą tym samym swój udział w nich. Również Międzynarodowy Komitet Olimpijski zapowiedział, że niepokornych sportowców będzie surowo karał, nawet odbieraniem medali.
Ale igrzyska to nie tylko areny sportowe, to również wioska olimpijska, wizyty u członków lokalnej społeczności, wywiady... I tu sportowcy - bo na nich w tej sytuacji spoczywa największy ciężar - będą mieli pole do popisu. Miejmy nadzieję, że nie będą bali się mówić głośno, co myślą o chińskiej polityce wobec Tybetu. I że nie będą bali się otwarcie krytykować krwawego stłumienia pokojowej manifestacji Tybetańczyków.
Tybet żyje pod okupacją Chin od 60 lat. Nierealne, by Chińczycy wycofali się z tego kraju pod rządami komunistycznej władzy. Dlatego ten kraj trzeba wspierać, a gdy dochodzi do takich dramatów, jak ten w poprzedni weekend - protestować. Wielu obserwatorów obawia się, że Chiny zechcą wykorzystać igrzyska w sposób podobny, jak naziści berlińskie igrzyska w 1936 roku. Że będą uprawiali propagandę sukcesu i zamydlą oczy turystom, upychając głęboko pod dywan ucisk robotników, wyzysk i łamanie praw człowieka.
Ale tak samo, jak Chińczycy sięgną po propagandę, sportowcy mogą mówić, co myślą. Taki gest może zachęcić osoby na całym świecie, by pomóc Tybetowi i Tybetańczykom. Na pytanie więc: "Co robić", odpowiadamy: "Jechać, ale nie dać sobie zamknąć ust".
Łukasz Maślanka


Komentarze
Pokaż komentarze (2)