Teczuszka Stańczyka
Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć.
508 obserwujących
723 notki
4121k odsłon
  22820   29

Drogowa oprycznina w akcji, czyli kolejny etap niszczenia kierowców

Najnowsze zaostrzenie kar natychmiast przygnało na drogi oddziały drogowej opryczniny. Nie ma to oczywiście nic wspólnego z bezpieczeństwem, chodzi jedynie o dojechanie kierowców. Tymczasem po Polsce nie da się jeździć zgodnie z przepisami.

Jakiś czas temu trafiłem w sieci na film pokazujący, jak dzielni policjanci z drogówki walczą o bezpieczeństwo. Scena miała miejsce w pobliżu dwujezdniowej drogi, przeciętej przejściem dla pieszych o ruchu niekierowanym. Bohaterscy funkcjonariusze maglowali właśnie kierowcę, który, ich zdaniem, wykonał zakazany manewr wyprzedzania na przejściu dla pieszych. Manewr polegał na tym, że jadący lewym pasem był minimalnie szybszy od jadącego prawym pasem. Na przejście nikt nie wkraczał, nikogo nawet nie było w pobliżu, oba pojazdy jechały ze stałą prędkością, z tym że ten na prawym pasie, dajmy na to, 50 km na godz., a ten na lewym – zresztą w kolumnie innych – 55 km na godz.

Policjanci wymierzali karę już według nowego, drastycznego taryfikatora, obowiązującego od początku tego roku. I nikt mi nie wmówi, że miało to jakikolwiek związek z podwyższaniem bezpieczeństwa. Opisana sytuacja jest jedną najczęściej wykorzystywanych przez drogówkę pułapek, służących do golenia kierowców. Tymczasem przepis jest sformułowany idiotycznie, obowiązując w identycznej formie na drodze jednojezdniowej o dwóch pasach ruchu w przeciwnych kierunkach i na drodze dwujezdniowej z wieloma pasami ruchu, niezależnie również od tego, czy kierujący faktycznie wykonuje manewr wyprzedzania (a więc wcześniej zmienił pas) czy kontynuuje jazdę z wcześniejszą, stałą prędkością.

Opisana sytuacja, za którą przyszło kierowcy słono zapłacić, nie stwarza absolutnie żadnego zagrożenia dla kogokolwiek. Jeśli bowiem pojazd na lewym pasie ma minimalnie większą prędkość od tego na prawym bezpośrednio przed pasami, nie ma fizycznej możliwości, żeby nagle z prawej strony na pasach znalazł się pieszy. Musiałby bowiem najpierw zostać rozjechany przez pojazd na prawym pasie. Policjanci to znakomicie wiedzą i doskonale zdają sobie sprawę z absurdu swoich działań, ale cóż – budżet się sam nie napełni, norma mandatów w danym Wydziale Ruchu Drogowego sama się nie zrobi. Dlatego tę właśnie pułapkę zastawia się na kierujących stosunkowo często. To po prostu bardzo wydajne. A jeszcze łatwiejsze, od kiedy drogówkę wyposażono w drony.

Jest jeszcze kontekst tego przepisu: przejść o ruchu niekierowanym na dwujezdniowych drogach po prostu nie powinno być. To polski fenomen. Podobnie zresztą jak takie przejścia przez drogi krajowe poza obszarem zabudowanym. Jechałem ostatnio taką właśnie drogą po zmroku, na kompletnym odludziu, i zastanawiałem się, do jakiej prędkości powinien zwalniać każdy z kierujących przed mijanym przeze mnie przejściem, aby upewnić się, że nie wkracza na nie jakiś pieszy. Nie muszę dodawać, że wszyscy jechali równo z tą samą prędkością, a gdyby ktoś zaczął przed tym przejściem hamować, niechybnie skończyłby z jadącym za nim pojazdem wbitym w swój bagażnik. Za mną była wtedy akurat ciężarówka, więc nawet nie przyszło mi do głowy nacisnąć na hamulec.

W najnowszej zmianie przepisów, kolejny raz zaostrzonych, nie chodzi o bezpieczeństwo, ale o ogólne dojechanie kierowców, zarówno pod względem finansowym, jak i szerszym – o zniechęcenie do prowadzenia samochodu w ogóle, również poprzez ułatwienie utraty uprawnień i utrudnienie ich odzyskania. Temu służy radykalne zwiększenie liczby punktów za wiele wykroczeń, wydłużenie ich ważności do dwóch lat oraz likwidacja kursów, pozwalających liczbę punktów zredukować.

Proszę zwrócić uwagę, jak wygląda w Polsce każda tego typu zmiana: natychmiast na drogach pojawia się zwiększona liczba patroli. Już samo to pokazuje, o co tu naprawdę chodzi. W państwie szanującym własnych obywateli oraz faktycznie dbającym o bezpieczeństwo na drogach rozporządzenie, podające nowy taryfikator, pojawiłoby się nie w przeddzień, jak u nas, ale z kilkutygodniowym co najmniej wyprzedzeniem. Potem uruchomiono by kampanię informującą kierowców o nowych sankcjach, a dopiero potem zaczęto by karać. Bo przecież celem nie byłoby przede wszystkim wlepianie mandatów, ale zmiana zachowań na drodze.

W Polsce natomiast zaraz po wprowadzeniu nowych kar pojawia się drogowa oprycznina, żeby szybko złapać jak najwięcej jeleni, zanim się połapią, co się dzieje. Nie jest to zresztą tylko kwestia obecnych rządów. Gdy wprowadzano fatalny przepis o utracie prawa jazdy za przekroczenie prędkości w obszarze zabudowanym o minimum 50 km na godz. – było to za rządu Donalda Tuska – patrole wyjechały na ulicę jeszcze w nocy. Mało tego, dzień później najbezczelniej chwalono się, ile to praw jazdy zatrzymano. Drogówka – przecież nie sama z siebie, bo polecenia idą z góry – działa więc w Polsce jak jakiś organ wrogich ludziom sił okupacyjnych.

Przede wszystkim jednak trzeba sobie jasno powiedzieć, że w Polsce nie da się jeździć całkowicie zgodnie z przepisami. Dlatego wyjątkowo bezczelnie brzmi w ustach obrońców kolejnego już zaostrzenia przepisów fraza: „Wystarczy jeździć przepisowo, a mandatu i punktów się nie dostanie”.

Lubię to! Skomentuj199 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka