„Idaho Connecticut…”
Poezję Michała Habaja przenika samotność. To podstawowa cecha Korzeni nieba: można wręcz powiedzieć, że są nią naznaczone wszystkie pytania i próby odpowiedzi, które ostatecznie nikną bez echa w komorach próżniowych, w pustce wszechświata, „w przestrzeni nieskończonych pragnień”. Nastrój wyobcowania wydobywa się niemal z każdej metafory tego zbioru, noszącego sugestywny podtytuł: „wiersze z ostatniego stulecia” (a więc skarga na nowoczesność?).
Za każdym razem gdy używam słowa «samotność», przychodzą mi na myśl wiersze Césara Vallejo, wieczne zblazowanie francuskich egzystencjalistów, przemokła kapota homo sartrecorum, puste ulice i usta bełkoczące pod brzemieniem niewyrażalnego. Ale u Habaja osamotnienie pokazuje jakby drugą twarz, jest trudniejsze do oswojenia właśnie przez to, że wcale nie dotyczy ontologicznego statusu człowieka. Trzeba raczej przyznać: jest ono życiu sztucznie przypisane, wynika z postawienia osoby ludzkiej pośrodku nowego, wspaniałego świata. Zadaje ból jako ciało obce, jest chorobą, procesem dezynfekcji z prawdziwych uczuć, gdy tymczasem witalnym rozkwitem zajmują się maszyny, systemy i teorie, tożsamość budowana jest ze strzępków zdjęć i taśmy filmowej. Spojrzenie w oczy zastąpił ekran kinowy, spotkanie – nieskładna mieszanina popkultury, a ciepło dotyku – zakodowana informacja. Znamienne, że pierwszy wiersz tomu nosi tytuł: Nie zapomnij: dziś, jutro, wczoraj, zaś ostatni: Moje obnażone serce: inter-view („inter-view”, czyli nie tyle wywiad, co „wizja lokalna”). „Co z ciebie pozostanie? nic... znowu tylko wiersze”, tak kończą sięKorzenie nieba.
W tym miejscu pozwolę sobie na drobne wspomnienie. Kiedy wiosną 2013 roku miałem przyjemność uczestniczyć w wizycie Habaja w Polsce, największe wrażenie zrobił na mnie jedyny dłuższy poemat odczytany podczas tego wieczoru. Przewijające się niczym klatki filmowe obrazy ulic, dworców, pracowni komputerowych, nakładające się na siebie klisze i wymiary, pęd informacji, strzępy fraz, szaleńczy przepływ treści tak wzniosłych, jak i zupełnie nieznaczących... Co jakiś czas w całej tej gonitwie pojawiały się jednak, niczym mantra, dwa mechanicznie wypowiadane słowa: „Idaho Connecticut”. Było dla mnie jasne, że słucham poety potrafiącego hipotyzować słowem.
Głód metafizyki, głód osoby
Korzenie nieba to zbiorek jednolity. Dociekliwi znaleźliby w nim wręcz koncepcyjną formę. Orbitowanie poety po samotnym uniwersum odbywa się cyklicznie, co pewien czas poszczególne wątki i motywy zostają poszerzane, uzupełniają się wzajemnie, przenikają, tworząc całość odpowiadającą nastrojowi osaczenia. Wszystko to składa się na drobiazgowo zaprojektowany poemat o nicości. Taki, który można postawić obokRzutu kości Stéphane’a Mallarmégo; rzecz jasna, nie pod względem formy, lecz raczej pod względem szczególnej wrażliwości oraz sposobu wyrażania istnienia jałowego, daremnego, przegranego. „W środku gorącego sierpnia: pławimy się w przestrzeni nieskończonych pragnień”, oznajmia Pieśń tubylców z jednoimiennej krainy astronautów. Czy nie przypomina to najlepszych sonetów Mallarmégo, jak ten o letnim pikniku, podczas którego poeta patrzy na swoją ukochaną, widząc w niej pustkę chwilowo zamieszkałą przez materię? Inna sprawa, że Habaj wychodząc od tego doświadczenia, idzie w nieco inną stronę: człowiek, czyli Inny, okazuje się realny. Niestety, realny jest także rozdźwięk pomiędzy ludźmi, podczas gdy rzeczywistość zrównuje się z symulakrum, a słońce zachodzi „jak okrągła czerwona maszyna”. Wątpię, aby ktokolwiek przez Habajem przetarł te szlaki, tak jeżeli chodzi o perspektywę spojrzenia, jak i pod względem siły imaginacji.
Jednocześnie – prawem paradoksu – niemal wszystkie wiersze Korzeni nieba zachowują perspektywę „my”. Ich persona wypowiada się zawsze z wnętrza relacji interpersonalnej, w związku z kimś drugim, w tajemniczej jedności z nim. Ale wcale nie zabija to w niej poczucia alienacji. Przeciwnie: zbliżenie zawsze zwiastuje pęknięcie, gotowość na otwarcie nieuchronnie wiedzie ku odkryciu nieprzekraczalnych barier, a spotkanie odbywa się w cieniu niespełnienia:
[...] o moczarze beznadziei gdzie
nas pokonał smutek: byłaś jeszcze młodą dziewczyną:
lecz już śledzoną: spojrzeniami astronautów: byłaś bardziej
krucha i delikatna: lecz już odnotowywana:
przez urządzenia pokładowe: byłaś tą: tą którą znam:
tylko z harddysków [...]
Wiersze te mogą dostarczać podręcznikowego wręcz przykładu, jak współcześnie pisać o rozpaczy. Subtelny wyraz stanów psychicznych doskonale równoważy się z językiem chłodnym, technicznym, a nawet zabarwionym „dehumanistycznie”. Jaką przestrzeń relacji zakłada więc w swych wierszach Habaj? Otóż chodziłoby o wspólne zagubienie, a nawet więcej, o przeżycie rozdarcia relacji, które – przewrotnie – jako jedyne może definiować owe „my”. Głębia poezji Habaja nie polega jedynie na specyficznej postawie, którą nazwałbym „zranionym humanizmem”. Zaskakuje w niej zwłaszcza odwrócenie porządków, kiedy to tożsamość zostaje odebrana żyjącym i czującym osobom, a przypisana – manekinom wydrukowanym na plakacie i pojawiającym się za ekranem telewizorów. Tak oto jedynymi istotami wydobytymi z anonimowości, nazwanymi po imieniu, opisanymi, a więc zdającymi się posiadać ludzkie twarze, są ikony popkultury:
wywołać uśmiech na twarzy dziewczyny: wywołać go jak uczennicę
do tablicy: jak negatyw filmu: jak ducha Marylin Monroe:
w noc taką jak ta: ogłasza się głęboko w naszych sercach:
słyszę tylko szum z jej pieśni: widzę tylko smugi z jej twarzy:
mamo: przecież ona tylko charczy: mamo: przecież ona nie ma koloru:
dodaj dźwięku dodaj obrazu: w twojej neonowej technogłowie [...].
Zarazem gdzieś pod powierzchnią nowoczesnego życia trwa świat snów i mitów; pierwotny chaos wdziera się tylnymi drzwiami:
studnia poznania wysycha: nie ma w niej wody:
mówi wujek nachylając się przez skraj: w ciemność
patrzy: i studnia wstępuje do niego: w środku nocy:
Przede wszystkim jednak poezja Habaja posiada rys poszukiwania metafizyki, czy raczej jej odtwarzania, przywracania jej właściwego miejsca na polu ludzkiego doświadczenia (wiadomo przecież, że nic nie ma dziś tak złej prasy jak «teoria bytu»). Widziałbym tu szczególną doniosłość tego dzieła, jeżeli w ogóle o doniosłości można jeszcze mówić. Persona Korzeni nieba chce uchwycić się czegoś wyższego (zapewne takie jest znaczenie tytułu), ona łaknie i pragnie przestrzeni dla przeżycia duchowego. Co pewien czas czytelnik przekonuje się, że „nieznane istoty idą po równinie i wstępują do naszych żyć”. Głód metafizyki ustanawia najpoważniejszy konflikt tej poezji. O ile melancholię egzystencjalistów powodowało poczucie absurdu, o tyle tutaj jest na odwrót: to kultura nowoczesna narzuciła pogląd o wszechogarniającym bezsensie, od razu aplikując sztuczne ulepszacze rzeczywistości, gdy tymczasem z głębi osoby ludzkiej wydobywa się głos, że jest, lub przynajmniej mogłoby być, coś więcej. Warto czytać Habaja dla tej – jak mniemam, niespotykanej gdzie indziej – antropologii.
Ciekawe w Korzeniach nieba jest również to, że mimo wszystko nie ma w nich miejsca na pytanie: «unde-malum». Wydaje się bowiem, że człowieczeństwo już dawno skoczyło w pustą przestrzeń poza dobrem i złem. Nie ma napięcia wywołanego przez międzyosobowe spotkanie, brak polaryzacji płci, tudzież nadziei na zjednoczenie; pozostaje tęsknota, bo przecież sieć elektronowa nie jest w stanie łączyć ludzi. Dlatego też poetycki kreacjonizm Habaja nie rodzi żywych tworów. Tutaj życiem pulsują maszyny, o radości wiosny (jak w wierszu Co mamy: ostatni majowy dzień) oznajmiają równania; wszystko to jawi się jako „sytuacja graniczna” à rebours. Chcę powiedzieć, że słowacki poeta odkrywa nowy wymiar tragizmu ludzkiej egzystencji, zwłaszcza tej, którą wmontowano w system ponowoczesności:
[...] podczas gdy czas poszedł do przodu: i z miasta naszych snów:
pozostały ruiny wspomnień: rozkładające się głęboko w nas:
w cienie naszych byłych miłości: związanych rzemieniami
nerwów: w lochach głowy: tylko ten rakietoplan nad miastem:
tylko te chmary wspomnień: pozwalają nam jeszcze oddychać:
kiedy stoimy nad popękanymi murami swojego ciała:
a ręka kierująca się do ust kawałek po kawałku się rozpada.
Poezja Habaja zaskakuje czymś jeszcze: daje się w niej poznać zupełnie świeże ujęcie mitu w jego „fazie zachodu słońca, jesieni i śmierci” (by użyć rozróżnienia Northropa Frye’a). W ten sposób można czytać niespełna sześćdziesiąt stron Korzeni nieba jako dzieło totalne. Autor uzyskuje efekt całkowitości bynajmniej nie przez jakąś przesadną ekonomię języka; obrazy poetyckie, wiele wariantów tych samych wyrażeń oraz powtórzenia zostają bowiem nagromadzone dość gęsto w obrębie każdego z utworów. Wyjaśnianie świata zachodzi inaczej: rzeczywistości zewnętrzna i wewnętrzna zderzają się, nie przystają do siebie, a słowa łączą się na zasadzie semnatycznej niezgodności („gdzie się gonimy w pustych pociągach: odstawionych na rdzą porośnięte szyny: jeszcze stało miasto: miasto naszego życia: pełne barów: budek z hot dogami”). Nawet doświadczenie współczesności rzutuje na pewne rozszczepienie egzystencji („niosący informację: o mnie: ucięte ręce ucięte nerwy: piaskowe usta”). Habaj jest więc doskonale świadomy tego, że filozoficzna głębia rodzi się ze spięć, konfliktów, zgrzytów. Tak też pęka u niego doskonale zaprojektowana, przejrzysta faktura XXI wieku, a ludzie stoją „widocznie zaniepokojeni pięknem obecnej godziny”.
Kryzys postmodernizmu?
Korzenie nieba powstały zarazem w ściśle określonym kontekście. Lyotard w odpowiedzi na podstawowe pytanie, czym jest postmodernizm, stwierdza, że „nowoczesność, niezależnie od epoki, nie może nigdy istnieć bez naruszania przekonań i bez odkrycia odrealnienia rzeczywistości, związanego z odkryciem rzeczywistości innego rodzaju”. W innym miejscu cytowanego eseju możemy przeczytać: „przemysł i mechanizacja, zwłaszcza wtedy, gdy wkraczają w sferę tradycyjnie zarezerwowaną dla artysty, przynoszą ze sobą coś więcej niż efekt władzy. Przedmioty i myśli związane z wiedzą naukową i ekonomią kapitalistyczną przenoszą ze sobą jedną z reguł gwarantujących ich istnienie”. Traktuję ten osąd jako punkt wyjścia dla stwierdzenia, że poezja Habaja wyrosła na gruncie kryzysu ponowoczesności.
I tak autor Korzeni nieba – notabene, z zawodu literaturoznawca i badacz XX-wiecznej awangardy – mówi o „zawirusowanych pamięciach”, o ludzkich relacjach „tylko z harddysków”, „tylko z opowiadań starych komputerów”, „tylko ze skąpych informacji”; mowa o życiu osoby „pośród nieskończonego kosmosu swej samotności”. Jeden z wierszy, Czuły rakietoplan nad miastem, przypomina wręcz Baudrillardowską mapę symulakrów narzuconą na świat, z tym, że egzystencja w jej obrębie ostatecznie staje się życiem „w lochach głowy”. Wszakże „nie na darmo nasi ojcowie druciarze zdrutowali rozpadający się świat dysocjowanej jednostki” – jak stwierdza ironiczne alter ego poety. Dobitnym przykładem owego rozdarcia staje się u Habaja sama forma wiersza. Jest nią zlepek nieskładnych informacji, quasi-sądów, cytatów i kryptocytatów, pojawiających się tam, gdzie czytelnik oczekuje intymnego wyznania. Właściwie trudno odróżnić w tym wszystkim słowa persony od słów jej przypisanych, bowiem dekonstrukcja, która pozostaje w tle wierszy Habaja, konsekwentnie skojarzona zostaje z rozproszeniem tożsamości.
A więc, wszystko to, co wydobyłem z Korzeni nieba, składa się na wołanie człowieka o autentyczność przeżycia, o zerwanie z modelem wyjaśniającym złożoność egzystencji na zasadzie relatywizmu i wielości odczytań, wreszcie – o wydobycie się z filozofii «końca humanizmu». „Czy naprawdę myślisz, że człowiek jest w stanie wymyślić taką uniwersalną konstrukcję, stworzyć swego rodzaju model prawa ostatecznego?” – pytał Aleksander, bohater filmu Andrieja Tarkowskiego, Ofiarowanie. Te słowa, odnoszące się przecież nie tylko do Nietzschego, ale również w sposób przewrotny i nieoczekiwany do post-Nietzschego, towarzyszyły mi stale przy lekturze „wierszy z ostatniego stulecia”.
„Najsolidniejsze budowanie maszynerii języka”
– w tych słowach Paul Valéry wyraził pogląd na temat sedna bycia poetą. Trudno zarazem o trafniejszy komentarz do Korzeni nieba. Ich język odpowiada na to, co w zamyśle Valéry’ego miało stanowić najistotniejszą część wiersza, a więc urastanie metafory do rangi odrębnego świata, z którego miałyby wydestylować się głębsze pokłady treści. Habaj doskonale włada tworzywem poetyckim, a jego talent realizuje się zarówno w klasycznym opisie przyrody, w językowym demontażu świata, jak i w kolizji obu tych wymiarów, czy też w przejściu z jednej perspektywy w drugą:
jest rozległa równina zbożowa: jest długa linia horyzontu: jest słońce
zachodzące jak okrągła czerwona maszyna: kiedy na tych
miejscach: w dżungli wspomnień w ruinach snów [...]
Mógłby ktoś powiedzieć, że ton Korzeni nieba jest jednostajny. Faktem jest, że zbiór ten nie odznacza się szczególną różnorodonością, ale nie da się tego należycie docenić, jeżeli nie jest się w stanie wniknąć w Habajowską wizję świata. Korzenie nieba są bowiem poematem głębi. Tak też kolejne wiersze wcale nie mają zaskakiwać: one drążą w otchłani egzystencji, schodzą w coraz bardziej ukryte warstwy, ich właściwością jest katabaza.
Nie mam wątpliwości co do tego, że w Polsce brak jest poetów podobnych do Habaja. Najbliżej byłoby mu zapewne do Romana Honeta. Słowacki poeta przewyższa go jednak siłą wyobraźni i nieznaną w literaturze polskiej umiejętnością syntetyzowania języka metafizyki, popkultury i rozwoju technologicznego. Podczas gdy Honet przerzuca pomost pomiędzy wizją Sosnowskiego a „wyzwoloną wyobraźnią” w sensie Rimbaudowskim, Habaj byłby kimś w rodzaju Leśmiana, tyle że osadzonego w świecie post-awangardy. Jego kreacjonizm jest przy tym całkiem nowego rodzaju. Istotne nowum niesie również przetworzenie dawnego motywu persony-poety jako «wtajemniczonego», mistyka, proroka, który wprowadza swym słowem w wymiar głębszego poznania (dla kontekstu warto sięgnąć po esej Metafora w poezji Davida Daichesa). W ten sposób twórczość ta zawiera również pewien rys Eliotowski.
Jak już wspomniałem, w wierszach Michała Habaja ponowoczesna teoria kultury osiąga punkt kryzysowy. Czy jednak Korene neba mogą zostać przetłumaczone na język polski i – co najważniejsze – z powodzeniem odczytane na naszym rodzimym gruncie? Na przeszkodzie stoi z pewnością problem polskiej recepcji postmodernizmu. Otóż w kraju, w którym bądź co bądź modernizm nie zakiełkował, postmodernizm jawi się niemalże jako uosobienie postępu, zaś jego krytykę zwykle uznaje się za tendencję wsteczną. Z drugiej strony, przekład Habaja może stać się pretekstem do dyskusji nad dalszymi losami postmodernizmu w poezji środkowo-europejskiej. Garść wierszy już została wydana w Polsce („Pobocza”, nr 3 [29], wrzesień 2007). Z kolei na półkach słowackich księgarń kilka miesięcy temu pojawił się kolejny zbiór Michała Habaja,michal habaj2, a wraz z nim znacząca zmiana poetyki i pogłębienie wizji Korzeni nieba. Teologów zainteresować może, już tłumaczony na nasz język („Tekstualia”, nr 4 [19], 2009) poemat o raju, grzechu i śmierci, Adam. Czytelnicy polscy z pewnością ulokują go gdzieś pomiędzy Tryptykiem rzymskim a twórczością Sergiusza Bułgakowa.



Komentarze
Pokaż komentarze