Wywołaną przez Rosję wojnę w Gruzji można było wygrać. Jeszcze po zakończeniu działań militarnych, kiedy było już jasne, że na tym polu przewagę osiągnęła Rosja, wcale nie było wykluczone, że w wyniku sprawnych zabiegów dyplomatycznych państw zachodnich możliwe będzie zwycięstwo Gruzji. Sukcesem którejś ze stron jest każda zmiana względem stanu sprzed wojny: gdyby np. udało się przywrócić sytuację terytorialną Gruzji sprzed wojny i jednocześnie wprowadzić do Osetii Południowej i Abchazji nowe, przysłane przez NATO albo UE wojska pokojowe, to byłby to oczywisty sukces Gruzji. Rosyjski imperializm mógł zostać złamany w Gruzji. Złamany na bardzo długo. Ale już dzisiaj jest pewne, że nie zostanie.
Dlaczego tak się stało? Polityka nie jest zajęciem dla tchórzy. To dosyć oczywiste stwierdzenie, ale niestety przywódcy niemałej części państw Unii Europejskiej są tchórzami. Nie ma żadnych powodów, dla których nie można podjąć twardej polityki wobec Moskwy. Rosja dzisiaj jest cieniem tego imperium, którym była przed wojną w Afganistanie, podjętą za czasów Leonida Breżniewa. Nie ma właściwie żadnych instrumentów, którymi mogłaby zagrozić zachodniemu światu. Jedyne, co ma, to gaz i ropa, ale przecież dzisiaj nie jest możliwe całkowite zaprzestanie eksportu tych surowców na Zachód, co oznacza, że nawet możliwości użycia tego instrumentu wobec państw UE są - na dzień dzisiejszy - bardzo ograniczone. Do tego dochodzi ich wybitna zdolność do kreowania fałszywego wizerunku siebie (która powoduje, że wielu Europejczyków nadal wierzy w potęgę Rosji), panosząca się po całej Europie rosyjska agentura (nikt mi nie wmówi, że ruchy studenckie z 1968 roku, z którymi związani byli niektórzy istotni do dzisiaj politycy lewicy europejskiej, nie były choćby do pewnego stopnia kontrolowane przez sowieckie służby specjalne lub ich ekspozytury, takie jak np. Stasi), oraz charakterystyczna dla polityki władz rosyjskich od bardzo dawna butność i odwaga.
Nicolas Sarkozy, prezydent Francji, z którym przed jego wyborem wiązałem wielkie nadzieje (licząc, że będzie w stanie zmienić układ sił w Unii Europejskiej na bardziej korzystny dla nas), okazał się być tchórzem. Tydzień temu Unia Europejska, zebrana pod przewodnictwem tego samego Sarkozy'ego, wezwała Rosję do wycofania wojsk w ciągu tygodnia, do 8 września. Wczoraj był 8 września, a Sarkozy był w Moskwie. I jak Państwo myślicie, czy chociaż okazał swoje niezadowolenie? Skądże, po raz kolejny pokazał, jak bardzo jest zadowolony - tym razem z wyników rozmów z Miedwiediewem.
Sarkozy jest tchórzem, ale nie jest politycznym analfabetą. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że każdy kolejny dzień pobytu Rosji na terytorium Gruzji czyni sytuację Gruzinów coraz bardziej beznadziejną, a Rosjan - coraz lepszą. Wyobrażacie sobie Państwo, jak świetne pole do działania od chwili zakończenia konfliktu do dzisiaj ma rosyjski wywiad, zapewne na potęgę werbujący teraz agenturę? Rosjanie wcześniej czy później wycofają się z terytorium Gruzji na gruzińskie terytorium Osetii Południowej i Abchazji (bo takie państwa nie istnieją, jakby ktoś miał odnośnie tego wątpliwości). Ale to, co po nich zostanie, począwszy od dewastacji gospodarczej, po gęstą sieć tajnych współpracowników, będzie paraliżowało życie w Gruzji przez wiele lat i uczyni ją łatwym łupem dla Rosji w przyszłości. W 1944 roku, kiedy Armia Czerwona kroczyła przez Polskę, zaraz za nią posłusznie kroczył Smiersz, rosyjski kontrwywiad. Teza, że dzisiaj w Gruzji wojska rosyjskie nie są osłoną dla GRU, jest dokładnie tak samo kłamliwa, jak teza, że od 1944 roku na terytorium Polski Smiersz nie działał pod osłoną Armii Czerwonej.
Słuszna jest opinia, że niedopuszczenie do obalenia Saakaszwiliego, co dokonało się dzięki aktywności prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, który zorganizował grupę pięciu państw gotową bezwzględnie wesprzeć obecnego prezydenta Gruzji, było sprawą kluczową. Dzięki polskiemu prezydentowi udało się zapobiec wprowadzeniu w Gruzji administracji prorosyjskiej, a ściślej: przywróceniu administracji postsowieckiej. Jest to wielki sukces, ale jego skutki nie będą wieczne. Gdyby Zachód doprowadził do natychmiastowego wyjścia wojsk rosyjskich z Gruzji, mielibyśmy trwały sukces. Ale teraz jest jasne, że Rosja wcześniej czy później dopnie swego - rosyjska agentura, która od wyjścia Rosji z Gruzji będzie przeżerać gruzińskie życie polityczne, obali Saakaszwiliego. A to właśnie Unia Europejska, z prezydentem Sarkozym na czele, zaakceptowała stan obecny. W taki sposób Gruzja została oddana w ręcę Rosji, w taki sposób Unia Europejska przyczyniła się do postępującej odbudowy imperium rosyjskiego.
Na szczęście Polska w sprawie tego konfliktu rzeczywiście zrobila wszystko, co jest w jej mocy, a nawet jeszcze więcej. Prezydent Lech Kaczyński, minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski i premier Donald Tusk okazali się nie być tchórzami. Niezależnie od mojej niechęci do tego ostatniego muszę stwierdzić, że na tle niektórych innych przedstawicieli narodów Europy wypadł zdecydowanie korzystnie. Warto jeszcze w tym miejscu sobie wyobrazić jedną rzecz: co by było, gdyby dzisiaj obowiązywał u nas traktat lizboński. Otóż wtedy mielibyśmy unijnego szefa dyplomacji, który zapewne uniemożliwiłby polską aktywność w tym konflikcie, która miała tutaj znaczenie decydujące. Wyjazd prezydenta Kaczyńskiego do Gruzji nie miałby miejsca, a Saakaszwili zostałby obalony. Na Gruzji odbudowana zostałaby postsowiecka administracja, która zgodziłaby się na odebranie Abchazji i Osetii Południowej. Kontrolę nad rurą idącą przez Gruzję zyskaliby Rosjanie. Rosja byłaby wzmocniona absolutnym, całkowitym zwycięstwem w konflikcie z Gruzją, co znacząco przyspieszyłoby odbudowę imperium. Miejmy nadzieję, że traktat lizboński nigdy nie wejdzie w życie, bo to w dłuższym okresie czasu oznaczałoby odnowienie w Polsce strefy wpływów - i to nie zachodniej, jak sądzą niektórzy, tylko rosyjskiej. Niestety wielu bardzo cenionych przeze mnie polityków, w tym także kilka moich autorytetów, nie dostrzega tych długofalowych skutków podpisania traktatu. A jednym z tych, który tego nie widzi jest prezydent Lech Kaczyński, którego uważam za najwybitniejszego polskiego przywódcę od czasów Józefa Piłsudskiego.
Jeden z cytatów umieszczonych w moim profilu to słowa Antoniego Macierewicza, wypowiedziane już po nocnej zmianie z 4/5 czerwca 1992 roku. Antoni Macierewicz powiada w nich, że "zawsze w Polsce było tak, że gdy politykom brak odwagi - następne pokolenie płaci krwią". Za brak odwagi Europy zapłaci Gruzja. Saakaszwili zostanie obalony dokładnie w tym momencie, kiedy będzie próbował rozprawić się z wpływami rosyjskimi we własnym kraju, dokładnie tak samo, jak rząd Olszewskiego w 1992 roku. Bo pamiętajmy, że to nie Lech Wałęsa, ale Mieczysław Wachowski, osoba o oczywistych powiązaniach rosyjskich, był wówczas kluczowym graczem sceny politycznej, i to od niego zależny był Lech Wałęsa (który ponosi winę za to, że nie podjął próby uwolnienia się od tej zależności). Polska jednak jest w trochę innej sytuacji geopolitycznej, dlatego, niezależnie od tego, że Rosja nie utraciła tutaj swoich dawnych wpływów, udało się nam wejść do UE i do NATO, bo tak się rozwinęła sytuacja w regionie. Gruzja jest w innym regionie, i tam sytuacja się bez jej udziału w tę stronę nie rozwinie. UE raz na zawsze straciła możliwość bliskich związków politycznych i gospodarczych z Kaukazem, które by ją znacząco wzmocniły - to jest kolejny skutek wizyty Sarkozy'ego. Wszystkie wyżej wymienione skutki wskazują na to, że tchórzostwo nie jest pragmatyzmem, a tchórze powinni trzymać się z dala od polityki.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)