Jan Maria Rokita, wieczny kandydat na przewodniczącego klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej i wiecznie bez szans ma jeszcze szczęście, że poparł niewłaściwą osobę dopiero dziś. Ćwierć wieku temu odpowiadałby nie przed komisją etyki poselskiej, ale przed sądem powszechnym, choć akt oskarżenia mógłby także sporządzić Ryszard Kalisz. Szkoda, że Marek Borowski nie jest już posłem, bo może i jego dałoby się zaciągnąć przed komisję za popieranie Hanny Gronkiewicz-Waltz. Przecież SLD pozywając Rokitę nie robi niczego innego, jak tylko rozciąga własną, wewnętrzną dyscyplinę partyjną na inne ugrupowania.
Wraca nowe, bo to jednak były błogosławione czasy Frontu Jedności Narodu, kiedy ZSL i SD przestrzegały partyjnych zasad i etyki PZPR. Była nawet taka Warszawska Szkoła Etyki profesora Marka Fritzhanda, która usiłowała pogodzić dwie sprzeczne zasady - zasadę uspołecznienia (nie bądź świnią) i zasadę samorealizacji (nie bądź dupą). Rokita nie znał zapewne dokonań tej szkoły i wpadł w pułapkę. Nie chciał być świnią, a teraz go skarzą i będzie dupą. Pogodzenie obu tych zasad to siedzenie cicho. Siedź w kącie, znajdą cię.
To już nie groteska, to burleska. Zamiast powiedzieć wprost i głośno, że Rokita jest największą przeszkodą na drodze ku lepszej przyszłości w sojuszu SLD z PO, więc trzeba go spławić, angażuje się do nagonki nie tylko etykę, ale nawet jej komisję. Jeszcze chwila, a dowiemy się, że Jan Maria jest agentem imperializmu. Którego, to już zależy od okoliczności.





Komentarze
Pokaż komentarze (5)