Długo zajęło mi pozbieranie się po sobotnim koncercie Tomasza Stańko w Szczecinku. Musiałem poskładać swoje emocje nie tylko po tych cudownych dźwiękach, ale niestety także po sposobie przyjęcia legendy jazzu przez publikę.
Niesamowite brzmienie jedynej w swoim rodzaju trąbki niosło się delikatnie i aksamitnie po nocnym szczecineckim niebie i odbijało się magicznym echem od spokojnej tafli jeziora. Stąd została już tylko prosta droga wprost do serc zgromadzonych. Niestety. Właśnie na tym prostym odcinku było najtrudniej. Okoliczności przyrody dopisały występowi aż nadto; pogoda, temperatura, widok na jezioro - wszystko idealne. Do tego stopnia, że ujęty w odpowiednim momencie w kadrze aparatu krajobraz można by z powodzeniem wykorzystać, jako okładkę kolejnej płyty "Mistrza". Na tym, to co dobre się kończy.
Publika w dużej części bowiem zawiodła na całej linii. Ustalmy: do Szczecinka na niebiletowany koncert przyjeżdża żyjąca legenda jazzu, człowiek wymieniany jednym tchem z Miles'em Davis'em. Osoba, która w świecie muzyki jest tym, czym Ferrari dla motoryzacji. Płyty takie jak "Balladyna", "Cox", 'Litania" z muzyką Komedy, "Suspended night" i wiele innych były dla rzeszy melomanów elementarzem wrażliwości muzycznej.
Taka persona odwiedza więc Szczecinek i... Tłumu nie ma, pod scenę da się dostać bez przepychania, a z okolic pobliskiego piwnego ogródka słychać, że to jakaś dziwna muzyka. Ni się przy tym bawić, ni nic, i że w ogóle to jakieś g...., a największy problem to brak krzeseł pod parasolami i awaria barowej toalety. Wiem o gustach się nie dyskutuje, ale o kulturze jak najbardziej. A tu szczecinecka publiczność się nie popisała. Zaraz będę rugany za taką ocenę przez niezłomnych lokalnych patriotów. Ale chwila, ja też jestem jednym z nich i dla dobra miasta mówię o tym co złe. To jest troska, a nie chwalenie na wyrost tylko dlatego, że to u Nas.
Widać mieszkamy w mieście, w którym kulturę wysoką ceni się nisko, a w przypadku niektórych najniżej tę osobistą


Komentarze
Pokaż komentarze (8)