1 obserwujący
29 notek
17k odsłon
378 odsłon

Intronizacja dla opornych

Wykop Skomentuj16

Jakieś 20 lat temu sporym sukcesem wydawniczym okazała się seria „… for Dummies”, czyli po polsku „… dla opornych”. Książki napisane były zazwyczaj prostym i przystępnym językiem, a omawiały rozmaite aspekty techniki, nauki i czego tam jeszcze. Sam dzięki takiej książce nauczyłem się podstaw internetu, łącznie z umiejętnością korzystania z gophera, ftp, telneta, talka i innych dziwnych usług, o których dziś już niemal nikt nie pamięta. Postanowiłem więc, wzorując się na tej serii, wyjaśnić w kilku słowach, czym jest, a czym nie jest intronizacja Chrystusa. Z góry przepraszam za wszelkie uproszczenia i brak subtelności!

Przede wszystkim, jest kłopot z terminami. Jeśli bowiem mówimy o „intronizacji”, myślimy o wprowadzeniu danej osoby na tron królewski. Tymczasem Jezus jest królem po prostu, z racji swej natury i roli, którą powierzył Mu Ojciec. Jego królestwo nie jest z tego świata i nadawanie mu tytułu króla jakiegoś państwa jest pozbawione podstaw. Z jednym wyjątkiem: Mesjasz jest także dziedzicem tronu Dawida i oprócz powszechnego królowania, może być także zwany Królem Izraela. Ale to wątek wymagający odrębnej dyskusji (zahaczającej o tematy eschatologiczno-apokaliptyczne, czyli mówiąc prostym językiem, o „koniec czasów”). W każdym razie polscy biskupi słusznie zwrócili uwagę na to, że powinniśmy nie tyle „intronizować”, co uznać Jezusa Chrystusa jako Króla i Pana. Od siebie dodałbym, że takie uznanie w wymiarze społecznym, które dokonało się 19 listopada tego roku, ma sens tylko o tyle, o ile towarzyszy mu osobista decyzja o uznaniu Jezusa jako Pana. Jezus nie przyszedł zbawić narodów, ale konkretnego człowieka.

Po drugie, objawienia prywatne nie są tym samym, co Objawienie, które zawarte jest w Piśmie Świętym i Tradycji. Dotyczy to także objawień Rozalii Celak, w których mowa jest o „intronizacji”. Żaden wizjoner, żaden mistyk, żadna osoba doświadczająca szczególnego działania Bożego czy obecności świętych nie funkcjonuje na tym samym poziomie „objawienia”, na którym funkcjonowali autorzy biblijni. Warto zauważyć, że nawet tym ostatnim nie dane było słyszeć Słowa Bożego w języku boskim, ale w ich własnym, ludzkim, z jego wszystkimi cechami kulturowymi, wyobrażeniowymi i lingwistycznymi. Żaden człowiek nie może więc twierdzić, że przekazuje słowa Boga czy też świętego w postaci „czystej”, nieuwarunkowanej jego własną kulturą, językiem, czy ogólnie mówiąc – zdolnościami percepcji. Dlatego też, gdy powołujemy się na objawienia prywatne, należy starać się zrozumieć ich sens, a nie kurczowo trzymać się słownego czy też obrazowego przekazu. Dobrym przykładem są „Objawienia Bożej Miłości” Julianny z Norwich – to, co ujrzała w mistycznej wizji, pozostało dla niej w większości niezrozumiałe. Dopiero po wielu latach modlitwy, zamknięta w pustelniczej celi, zaczęła pojmować ich sens: stąd też mamy tekst jej objawień w wersji krótkiej (pierwotnej) i długiej (spisanej po ponad 20 latach). Porównanie obydwu tekstów pokazuje wyraźnie, że właściwy sens wizji czy też objawienia można zrozumieć jedynie przez głęboką, modlitewną refleksję, a nie przez akademickie rozważania, skupione na pojedynczych słowach czy wyrażeniach. Rozalia Celak, podobnie jak Julianna, była prostą osobą, a nie teologiem; wyrażeniom, którymi się posługiwała, może więc brakować teologicznej precyzji. Dlatego łatwo je błędnie zinterpretować, rozumiejąc „intronizację” w innych kategoriach niż zamierzone przez Boga – w kategoriach politycznych, zamiast duchowych.

Po trzecie, królowanie Chrystusa jest równie wielką tajemnicą, jak samo Królestwo Boże. Jak wiele jesteśmy w stanie powiedzieć o Bożym Królestwie? Sam Jezus wskazał na niemożliwość ujęcia go w doczesnych kategoriach: „Królestwo Boże nie przyjdzie dostrzegalnie (…) Oto bowiem królestwo Boże pośród was jest” (Łk 17,20-21). W innym miejscu stwierdził, że jeśli nie staniemy się jak dzieci, nie wejdziemy do królestwa Bożego (Łk 18,17), a często mówił o nim w języku symboli, porównując je do skarbu ukrytego w roli, ziarnka gorczycy, zaczynu chlebowego i drogocennej perły. Jest tu więc jakiś paradoks: królestwo to jest małe, ukryte, a jednocześnie ma olbrzymią moc i wartość. Podobnie jest z samym królowaniem Chrystusa. W jednej z wielkopiątkowych pieśni śpiewamy: „Króla wznoszą się znamiona, tajemnica krzyża błyska (…) oto Bóg królował z drzewa”. Jest więc to królowanie w uniżeniu, w cierpieniu, w miłości, która daje samego siebie za nas. Święty Paweł pisze o królewskim „ogołoceniu”: „On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi (…) uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci - i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię” (Flp 2,6-9). Ale są też apokaliptyczne obrazy: „oto Syn Człowieczy podchodzi do Przedwiecznego i otrzymuje panowanie, chwałę i władzę królewską” (Dn 7,13-14) oraz „Oczy Jego jak płomień ognia, a wiele diademów na Jego głowie. Ma wypisane imię, którego nikt nie zna prócz Niego. Odziany jest w szatę we krwi skąpaną, a imię Jego nazwano: Słowo Boga.  (…) A na szacie i na biodrze swym ma wypisane imię: KRÓL KRÓLÓW PAN PANÓW” (Ap 19,12-16).

Wykop Skomentuj16
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo