Mieszkam we Wrocławiu i lubię to miasto. Przynajmniej pewne jego części. Rynek jest oczywiście piękny, knajp i restauracji mnóstwo, a co najważniejsze, przynajmniej dla mnie, coraz więcej dobrego piwa. Są już trzy restauracje ze swoim własnym piwem i każde jest przednie. Nocą centrum ożywa, klubów muzycznych zatrzęsienie, pewien minus jest taki, że wszystkie na jedno kopyto, ale formalnie wybór olbrzymi.
Poza Rynkiem atrakcji nie brakuje. Słynny Ostrów Tumski ze strzelistymi wieżami Katedry, w pobliżu Panorama Racławicka i fragmenty umocnień z XVIII wieku, dalej Hala Stulecia, Park Szczytnicki z największym w naszej części Europy japońskim ogrodem. W ostatnim roku doszedł nam nowy stadion, który co prawda zysków jeszcze nie przynosi, niemniej był bez wątpienia miastu potrzebny. Mamy również piękne zoo, które po zaniedbaniach z okresu Państwa Gucwińskich rozwija się prężnie i pięknieje.
Miejsca te są tzw. widokówką miasta, stąd wszelkie fundusze na modernizacje, remonty, poprawę infrastruktury itd., itp. w pierwszej kolejności są kierowane właśnie tam. Fundusze Unijne mają jednak do siebie to, że próbują wyrównywać poziom życia obywateli. W coraz większym stopniu dotyka to również i Wrocław. Jakieś dwa lata temu w dzielnicy, w której mam przyjemność pomieszkiwać wystartował dość kompleksowy program mający za zadanie tak poprawienie wyglądu dzielnicy, jak i zaktywizowanie jej mieszkańców. Aktywizacja jest potrzebna, bo jak podaje oficjalny opis programu dzielnica ta „charakteryzuje się najwyższym współczynnikiem przestępczości i najniższym przedsiębiorczości w mieście”. Jak dotąd kryminału z sąsiedztwa nie udało się przepędzić, kto żył z handlu prochami żyje nadal, kto kradł samochody również kraść nie przestał. Dlatego trudno mi zweryfikować efektywność programu pod tym kątem. Stronę estetyczną, czyli postępujące remonty i renowacje secesyjnych XIX-wiecznych kamieniczek ocenić łatwiej. Otóż poprawa postępuje. Miasto niestety w doborze kamienic przeznaczonych do renowacji zamiast kierować się potrzebą lokalnej społeczności nadal postępuje zgodnie z zasadą widokówki, czyli remontuje place, parki, główne ulice, resztę pozostawiając w stanie ruiny groźnej dla mieszkańców. Powyżej kilka zdjęć z tej okolicy. Nie jest to bynajmniej jakieś peryferie, o nie. Jest to ulica oddalona o 10 minut spokojnego spacerku od pięknego wrocławskiego Rynku.
Jak widać po znaku zakazu zatrzymywania się urzędnicy są w pełni świadomi zagrożeń, jakie stwarzają zaniedbane kamienice. Pomimo tego nic się z tym nie robi. Są pieniądze na remonty, bo kamienice przy sąsiednim placu zostały odnowione, niby tylko lifting, bo odrestaurowano jedynie fronty budynków, ale w tym przypadku to zdecydowanie by to wystarczyło. Ponadto szczytem urzędniczej bezczelności jest samo zawieszenie znaku zakazu. Miejsc parkingowych w wąskich uliczkach zabudowywanych w XIX nikt nie przewidział i zakazu mieszkańcy nie są po prostu w stanie przestrzegać. Zawsze się znajdzie ktoś taki, kto nie będzie miał wyjścia i postawi tam samochód, licząc na farta. Jak widać na zdjęciach, nie każdemu się udaje. Nie oszukujmy się, sam znak jest powieszony jedynie po to, żeby miasto mogło się wyłgać od ewentualnych roszczeń poszkodowanych. A co, gdy komuś kawał tynku spadnie na głowę, albo, nie daj Boże, wózek z dzieckiem? Postawi się napis „Przejście drugą stroną ulicy”? Tam tynk również z fasady się sypie.
Przy innych, dużo ważniejszych sprawach dziejących w Polsce, przytoczony przeze mnie przypadek jest mało medialny i nic nie znaczący, doskonale odzwierciedla jednak sposób sprawowania władzy na każdym szczeblu. Po pierwsze, żaden urzędas nie liczy się z szarym człowiekiem. Po drugie, liczy się tylko, co na świeczniku, co oglądnie najwięcej ludzi, czyli tzw. pijar. Po trzecie, władza szuka wykrętu, jak swoje zaniedbania przykryć i uniknąć ich konsekwencji. Czemu się w naszym kraju nie przyjrzymy, wygląda właśnie w taki sposób. Przykład pierwszy z brzegu to afera żłobkowa, również we Wrocławiu. Młodzi rodzice nie mieli gdzie maluchów posłać, by mama mogła wrócić do pracy, więc rząd szybko wprowadził nieprzemyślaną ustawę poluzowującą gorset przepisów dla przedsiębiorców chcących założyć żłobek. Do czego to doprowadziło? Każdy widział zdjęcia z Zaczarowanej Krainy Puchatka. Winni? Społeczeństwo, bo chciało więcej miejsc w żłobkach. Sprawa poważniejsza, ale mechanizm podobny. PR, brak odpowiedzialności decydentów i szary człowiek, który ponosi winę.


Komentarze
Pokaż komentarze