Dlaczego w ochronie pies kosztuje więcej niż człowiek? Szmaciany mundur, szmaciane życie. Witamy w polskim obozie pracy pod szyldem "Ochrona"
Każdego ranka 49-letni Adam zakłada ten sam spracowany mundur. Od 11 lat pilnuje luksusowego biurowca w centrum Warszawy, gdzie marmury lśnią, a kawa kosztuje więcej niż jego godzina pracy. Ale pod tą fasadą kryje się dramat, o którym nikt z przechodzących obok biznesmenów nie ma pojęcia i naprawdę rzadko mówią mu „dzień dobry”. Adam jest filarem bezpieczeństwa tego miejsca, ale dla swojego pracodawcy stał się duchem. Choć od dekady marzy o stabilizacji i umowie o pracę, rzeczywistość uderzyła go prosto w twarz. Okazało się, że od roku jego „zlecenie” to fikcja. Pracodawca przestał płacić składki, spychając Adama w szarą strefę. Został zepchnięty do pracy na czarno, pozbawiony prawa do lekarza i jakiejkolwiek przyszłości.
To jednak nie koniec upokorzeń. W czasach szalejącej drożyzny, zamiast podwyżki, Adam dostał cios w portfel. Stawka, która jeszcze niedawno wynosiła marne 24 złote, spadła do skandalicznych 20 złotych za godzinę. To rażące złamanie prawa, bo obecna płaca minimalna jest wyższa.
Cena za te marne 5000 złotych? 240 godzin miesięcznie. To już nie jest praca – to współczesne niewolnictwo. Adam pilnuje cudzego mienia przez 24 godziny na dobę, podczas gdy jego własne życie rozsypuje się w gruzy. Ile jeszcze nocy musi spędzić na posterunku, zanim ktoś zauważy, że za mundurem ochroniarza stoi człowiek, którego system właśnie próbuje zmielić?
Historia Adama z warszawskiego biurowca to tylko wierzchołek góry lodowej. To nie są odosobnione przypadki – to patologiczny standard, który wgryzł się w polski rynek ochrony. Tam, gdzie wielkie korporacje chwalą się etyką, w rzeczywistości kwitnie bezwzględny wyzysk. Poznajcie Norberta. Ma 38 lat i do niedawna pracował na obiekcie tzw. infrastruktury krytycznej. Brzmi dumnie? Nic bardziej mylnego. Jego pracodawca to jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek w branży, gigant, który zbudował potęgę na cwanym manewrze: „dwóch umowach”.
Mechanizm jest prosty i okrutny. Z pracownikiem podpisuje się umowę o pracę na ułamek etatu oraz drugą – umowę zlecenie. Cel? Tylko jeden: wycisnąć człowieka jak cytrynę, omijając płacenie za nadgodziny i tnąc koszty ubezpieczenia do kości.
Norbert stał się ofiarą tego systemu w grudniu. Przepracował mordercze 222 godziny. Stał na posterunku w mrozie, w nocy, pilnując strategicznych obiektów. Jaki był efekt? Pracodawca uznał tylko 167 godzin z tytułu umowy o pracę. Reszta? Wyparowała w gąszczu przepisów i nieuczciwych zapisów zlecenia. Norbert został okradziony z własnego czasu i ciężkiej pracy przez firmę, która promuje się jako lider profesjonalizmu.
To współczesne niewolnictwo pod krawatem. Ludzie tacy jak Adam i Norbert są rzucani na pożarcie systemowi, który widzi w nich jedynie numer w tabeli z kosztami. Jeden pracuje na czarno, drugi jest oszukiwany przez giganta branży. Obaj są więźniami systemu, w którym „bezpieczeństwo” jest tylko słowem na naszywce munduru.
Przyglądając się bliżej funkcjonowaniu branży ochroniarskiej można w zasadzie powiedzieć jedno. To już nie jest „niedopatrzenie”, to zorganizowany system przestępczy, uderzający w najsłabszych. Standardem stało się kreatywne księgowanie. Firmy-widma podają fikcyjne liczby godzin, byle tylko uniknąć pełnego ozusowania. Pracownik, taki jak Adam czy Norbert, staje się narzędziem w rękach oszustów. Pracodawcy masowo nie rozliczają się z ZUS-em oraz Urzędem Skarbowym, licząc na to, że zanim wejdzie kontrola, firma zostanie zlikwidowana i zastąpiona nową spółką o podobnej nazwie. ...i wcale nie dotyczy to małych firemek tylko najbardziej rozpoznawalnych korporacji w kraju. Najbardziej obrzydliwym mechanizmem jest wyłudzanie dofinansowań z PFRON Firmy masowo zatrudniają osoby z orzeczeniem o niepełnosprawności tylko po to, by zgarnąć dopłaty do ich pensji. W teorii to pomoc w aktywizacji, w praktyce – darmowy pracownik, którego składki i pensję finansuje państwo, podczas gdy zysk wędruje do kieszeni nieuczciwego prezesa. To żerowanie na ludzkiej krzywdzie pod płaszczykiem „pomocy”.
Jeśli myśleliście, że w branży ochrony widzieliście już wszystko, historia z warszawskiego Mokotowa pozbawi Was złudzeń. To tutaj, w obiekcie nadzorowanym przez Skarb Państwa, rozegrał się dramat, który brzmi jak scenariusz z mrocznych czasów wczesnego kapitalizmu.
Główny bohater? 67-letni Janusz z Ząbek. Emeryt, który chciał dorobić do skromnego świadczenia. Zgodnie z planem miał pełnić standardowe dyżury. Gdy jednak jeden z kolegów zachorował, Janusz – lojalny i odpowiedzialny – zgodził się na zastępstwo. Miał zostać na posterunku przez 24 godziny. Został na 96. Cztery doby bez powrotu do domu. Cztery doby czuwania, walki z zamykającymi się oczami i skrajnym wycieńczeniem organizmu blisko siedemdziesięcioletniego człowieka. Kiedy w końcu organizm odmówił posłuszeństwa, a Janusz resztką sił oznajmił, że nie jest w stanie stać na straży ani minuty dłużej, „kara” przyszła natychmiast.
Zamiast wdzięczności czy wezwania karetki, usłyszał: „Jesteś zwolniony”. Bez słowa „przepraszam”, bez podziękowania za nadludzki wysiłek. Co gorsza – bez zapłaty. Firma po prostu wyrzuciła go na bruk, nie wypłacając ani grosza za mordercze godziny pracy. To najsmutniejszy obraz branży ochrony: tu człowiek jest tańszy niż prąd w biurowym automacie do kawy.
...jestem starzejącą się wiedźmą. ...wiek czyni swoje! Nawet moje czary już dziś nic nie znaczą!
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Społeczeństwo