(Tekst poniższy powstał w nawiązaniu do notki "ŚnIadania na trawie" z blogu Zbigwie. Jest długi i poświęcony głównie sztuce )
Swoiste piękno Rosji
Obraz jest dziełem sztuki o określonej stylistyce, a zarazem komunikatem skierowanym do odbiorcy.
Dzieło sztuki daje świadectwo biegłości twórcy w obrębie maniery, którą ten obrał (lub stworzył) jako artystyczny kontekst swojej twórczości. Obraz realizuje zamiar estetyczny - ale nie w kategorii ładny-brzydki, lecz w kategorii doboru środków języka plastycznego i sposobu oddziaływania nimi na odbiorcę.
Piękno i szpetota - w powszechnym pojęciu wartościujące - są neutralnymi w przestrzeni dzieła środkami wyrazu i wcale nie muszą oznaczać, że piękny element na obrazie odnosi się do dobra, a szpetny do zła.
Tak było - gdy sztuka powstawała w obrębie oddziaływania mecenatu.
Anioł namalowany w kościele musiał być ładny, a diabeł wstrętny. Mecenas artysty miał rysy budzące sympatię, podziw i szacunek , wizerunek jego oponenta miał budzić odrazę. Podobne reguły obowiązywały w sztuce zaangażowanej politycznie, szczególnie w obrębie plakatu propagandowego.
Piękno i brzydota były najprostszym elementem przekazu dzieła - odnosiły się, poprzez warstwę emocjonalną, do prostych skojarzeń i wartościowań odbiorcy.
Sytuacja ta oznaczała, że estetyka dzieła była środkiem przekazania komunikatu znaczeniowego - trochę na szast prast, powierzchownie - ładne jest słuszne, brzydkie niesłuszne. Prosty odruch wrażeniowy ustawiał z góry odbiorcę do rzeczywistości, z którą korespondowało (lub przedstawiało) dzieło sztuki.
Tymczasem obrazy - mimo że że wydają się przedstawiać zastygłą sytuację, posiadają swoją narrację wewnętrzną, całą opowieść - jest to komunikat artysty do odbiorcy.
Komunikat ten możemy odczytywać immanentnie - czyli ograniczając się do tego, co widzimy w ramach obrazu, lub w szerokich kontekstach (życiorys malarza, jego manifest artystyczny i światopoglądowy, odniesienie do konkretnych zdarzeń politycznych, stosunek do zdarzeń społecznych, postaci z rzeczywistości i wreszcie odniesień do tradycji i mitów kultury).
Próby odczytania i zapisania w słowach komunikatu zawartego w obrazie nazywamy interpretacją dzieła. Interpretacja - chociaż wywodzi się z tego dzieła - jest już tworem odrębnym, choćby dokonał jej sam malarz. Jest tak, ponieważ odbywa się w innym tworzywie - są nim słowa, a nie znaki plastyczne.
Interpretator mówi o tym, co zobaczył w dziele, jak to rozumie i odnosi do znanej sobie rzeczywistości - tymczasem każdy widzi co innego (na co innego zwraca uwagę) i odczytuje obraz przez swoje skojarzenia, wrażliwość i wiedzę (o kontekstach dzieła)
Do zawartych tutaj rozważań zainspirowała mnie notka blogera Zbigwie zatytułowana "Śniadania na trawie". Do konkretnych rozważań posłużę się teraz zawartą tam interpretacją obrazu Maneta:
(cyt) "Dwie kobiety prawie całkiem nagie oraz dwaj mężczyźni póki co jeszcze ubrani odpoczywają na łonie przyrody. (...)Szczególne wzburzenie wywoływało spojrzenie nagiej kobiety skierowane do odbiorcy obrazu. Patrząca na widza kobieta nie jest nimfą, boginią, ani żadnym mitologicznym stworem. To jest najprawdziwsza ówczesna kobieta, która zdjęła swoją sukienkę, kapelusz i wszystko. I siedzi z dwoma w pełni ubranymi mężczyznami na łonie przyrody. Ona nie wstydzi się nagości – przecież z ufnością spogląda na nas. Dwaj mężczyźni siedzący obok niej wydają się akceptować jej nagość z należytym szacunkiem i żaden z nich nie patrzy się bezpośrednio na nią. (...)Znaczenie pracy Maneta polegało jednak nie na przedstawieniu nagiej modelki, a raczej na jej konfrontacyjnym spojrzeniu na widza, które reprezentuje brak wstydu, niezależność, pewność siebie i seksualną dominację nad widzem".
i skonfrotuję ją z własną alternatywą:
* Sielska scenka rodzajowa Maneta opowiada o wzajemnej obojętności ludzi i ich koncentracji na samych sobie. Pomiędzy czterema postaciami obrazu nie ma żadnego wzajemnego kontaktu, choć nagość dwu kobiet powinna wywoływać jakąś reakcję dwu mężczyzn. To, że oni są kompletnie ubrani, wręcz pozapinani powinno wzbudzić także jakaś reakcję u pań - asymetria jest wręcz prowokacyjna, ale dla pań zupełnie obojętna. One i oni są zatopieni w sobie.
Dwie postaci - po lewej stronie pierwszego planu - mają spojrzenia skieowane na malarza (widza). Są niby razem, ale żaden gest tego nie podkreśla - każde z nich zamyka się przed innymi w narcyźmie i próżności - tak kobieta jak i mężczyzna. Upozowali się pięknie i zatopili w ledwie skrywanej kokieterii - ich pragnieniem jest uwiecznienie ich urody.
Mężczyzna po prawej stronie przemawia do upozowanej pary - widzi ich duchową nieobecność, ale przemawia, bo chce mówić. Gesty i słowa sypią się potokiem i całkiem nieważne, że nikt nie słucha. On jest retrorem i peroruje.Tak naprawdę jest sam. Gdy już wypowie co chciał - odejdzie. Laskę trzyma w pogotowiu.
Kobieta na drugim planie jest całkiem gdzie indziej - zapatrzona w ślad żuka czy polnej myszy nie myśli o wspólnym śniadaniu i rozmowie przy nim. Coś takiego się przecież nie wydarzy - nic wspólnego się nie odbędzie. Manet jest impresjonistą i wyraził to nie tylko w warsztacie malarskim. Jego obraz jest uchwyceniem chwili osobności człowieka skierowanego ku samemu sobie.
Artysta wykorzystał tu kontrast - zbudował sytuację, która nieuchronnie powinna prowadzić do szeregu wspólnych zachowań jej bohaterów, ale ci wymknęli się i schowali w siebie.*
Nie zamierzam prowadzić konfrontacji między dwiema podanymi interpretacjami dzieła Maneta. Chciałem tylko pokazać skalę możliwych odmienności i różnorodności, a w dalszej konsekwencji przejść do interpretacji zaprezentowanego na blogu Zbigwie obrazu Wasilija Szulżenki nawiązującego tytułem do "Śniadania na trawie".
Mam z tym kłopot. Dotykamy tutaj bowiem koniunkturalnych, politycznych interpretacji dzieł sztuki. Sa one nieuchronne, gdy tematyka obrazów wchodzi w codzienność jakiegoś narodu. Co prawda codzienność podlega zmianom - obrazki Breuglów nie ilustrują przecież życia dzisiejszych Niderlandów - ale w krótkim przedziale czasu niektórzy mogą postawić znak równości między fotografią reporterską a obrazem artysty malarza i wywodzić z wizji artystycznej obraz rzeczywistości. Smutne to, niemądre i sprowadzające percepcję sztuki do poziomu komunistycznych komisarzy od kultury.
Czytam o "groteskowym realiźmie" obrazów Szulżenki i mam wrażenie, że dla welu ważne jest słowo "realizm" - by wykrzyknąć "patrzcie jakie są rosyjskie realia, nawet rosyjski malarz je pokazuje, więc to naga prawda o Rosji". Tymczasem malarstwo Szulżyna optuje ku nadrealizmowi, swoistej fantasmagorii i symbolizmowi. Interpretatorzy-komisarze omijają te elementy, a bardziej cwani politykierzy podtykają tę twórczość pod nos niczym fotografię artystyczną z życia Rosji. Oczywiście jest to dopuszczalne, bo każdy widzi w obrazie co chce i interpretuje to jak chce - wszak napisałem wcześniej - interpretacja to dzieło odrębne.
"Śniadanie na trawie" Szulżenki jest na pewno obrazem Rosji. Rosji uchwyconej w jakimś momencie jej historii - i tu obraz jest symboliczny, a nie realistyczny. Mamy w nim też sporą porcję realizmu - sądzę, że wytrawny znawca asortymentu rosyjskich sklepów monopolowych mógły określić dokładnie markę trunku w butelce, która leży na sukience służącej za piknikowy obrus...
Do rzeczy - postaci Szulżenki, podobnie jak Maneta, są zdezintegrowane - mimo, że tworzą zwarta grupę każda patrzy w inną strone, a do siebie są zwrócone plecami. Postać kobieca jest w pozycji zamknietej (skrzyżowane stopy, dociśnięte kolana i układ przeramion). Nagość nie jest erotyczna - więc odwołujesię do skojarzeń pojęciowych - obnażenia (nagiej prawdy), bezbronności i bezradności. Kobieta przesłania intymność swego łona, próbuje wywołać na twarz uśmiech (znak porozumienia), wychodzi grymas, a przymknięte, zapuchnięte oczy uniemożliwiają jakikolwiek kontakt ze światem. Czy to jakaś personifikacja? Raczej nie, chyba tylko symbol odczuwanego w jakimś czasie przez Rosjan syndromu bezradności i wyizolowania.
Mężczyzna po prawej po prostu jest. Jest, żyje wypatruje. Ani w nim nadziei, ani beznadziei. Siedzi i czeka.
Mężczyzna po lewej ma na twarzy wyraz żalu i pretensji. Kciukiem (palec losu) kieruje nasz wzrok na tło - na Rosję. Czy to druga kobieta ze śniadania na trawie? Matka-Rosja? Rosjanie ponoć zawsze przy biesiadzie ją wspominają, więc?... eee, raczej nie. W tle mamy prostu symboliczny obraz Rosji i już.
Więc spójrzmy co tam mamy - przecież to bagnista mielizna! Statki - symbol światowej potęgi - stoją wbite stępkami w dno. Marazm, bezruch, beznadzieja.
Ale zaraz- może z głębi horyzontu nadciągają chmury, może spadnie deszcz i przybędzie wody? A może już nadciąga szkwał i wielka ożywcza fala? Wielki przypływ? Naprawdę nie wiem co się dzieje na horyzoncie, jednak malarz namalował coś, co nadchodzi...
Bohaterowie sceny tego nie widzą, są pogrążeni w swojej codziennej rzeczywistości. Nie wiem, kiedy Szulżenko namalował ten obraz i czy ma on coś zwiastować. Rosjanie są narodem pełnym patriotycznego mistycyzmu i nadziei. Poczucie utraty wielkości zawsze ich bolało i paraliżowało. Może ten ból i paraliż wykrzywił w dziwny grymas uśmiech nagiej kobiety?
Napisałem na wstępie, że szpetota na obrazie wcale nie musi oznaczać wszechogarnijącego zła. Realia jakie są, takie są, ale ulegają zmianom. Być może właśnie oczekiwanie na zmianę i jej zwiastowanie jest komunikatem, jaki artysta chciał przekazać w swoim obrazie?
Dzisiaj, pod wpływem wydarzeń politycznych, nastąpił u Rosjan przypływ wiary w swój kraj i jego możliwości. To zjawisko obiektywne, które może się nam podobać lub nie, ale nie mamy na nie wpływu. Może więc "Śniadanie na trawie" Szulżenki jest dla Rosjan - podobnie jak dla Zbigwie - najpiękniejszą pochodną manetowskiego tematu.
------------------
Przeprosiny niestety, nie umie ilustrować tekstu wklejanymi obrazami. Te, o których piszę są zamieszczone na wspomnianym blogu Zbigwie, Gdyby ktos chciał poznać więcej dokonań rosyjskiego malarza, to znalazłem ich galerię: pod adresem paintingart.ru/gallery/shulzhenkov.html?page=1#category



Komentarze
Pokaż komentarze (2)