Ponoć tragedią narodową jest, że nastolatki zapytane na ulicy o rocznicę obchodzoną 15 sierpnia nie potrafią odnieść tej daty do konkretnego wydarzenia historycznego. Przekłada się to na problem pamięci wydarzeń historycznych - w kontraście do wiedzy wyniesionej ze szkolnych lekcji historii.
Są to zupełnie różne typy świadomości historycznej. Pamięć wydarzeń jest subiektywna, oparta na osobistych przeżyciach uczestników wydarzeń i przekazywana kolejnym pokoleniom w drodze bezpośrednich relacji i/lub w formie osobistych pamiątek (dokumenty, przedmioty). Ta pamięć jest PRZEŻYWANA w chwili kolejnego, bezpośredniego przekazu z pokolenia na pokolenie. Jest to element tradycji rodzinnej, czasem środowiskowej (wsi, okolicy), element odwieczny i wieczny, bo odżywający w każdym nowo narodzonym, gdy się zetknie z tą prywatną narracją historyczną swojego gniazda.
Inaczej jest z wiedzą o wydarzeniach z przeszłości, przekazywaną w szkole. Ma ona charakter syntetyczny i zuniwersalizowany do dziejów całego narodu - przez proces naukowej obróbki. Ważnym elementem nauki szkolnej jest ocenianie postępów ucznia, a zatem przyswojenie i zapamiętanie materiału, a później konieczność sprawozdania efektów . Pragmatyka uczniowska sprawia, że sporo materiału zapisują beznamiętnie w krótkiej pamięci - kasowanej w interwałach od sprawdzianu do sprawdzianu.
Nie da się zadekretować trybu nauki, który wzbudzi stosunek osobisty i emocjonalny każdej pannicy do zdarzeń bitewnych, dla niej już zupełnie podręcznikowych. Edukacja operuje co prawda także hasłami odnoszącymi się do sfery emocjonalnej (patriotycznej) , jednak na tyle ogólnikowo, że nie w każdym młodzieńcu pobudzą wewnętrzny imperatyw - noś to w sercu i w pamięci. Co innego przekaz do zbiorowości, co innego indywidualny, osobisty odbiór tego przekazu.
Dzisiejsze dzieciaki są pra- lub praprawnukami uczestników czynu patriotycznego zwanego Cudem nad Wisłą. Nośnikiem PAMIĘCI tego wydarzenia dla moich wnuków jestem ja sam, bo kiedyś słuchałem opowieści mego dziadka o zdarzeniach tamtego czasu, jego osobistych przeżyć i refleksji. To, co zapamiętałem i pokochałem z tamtych rozmów składa się na pamięć gniazda, jego tradycję i wyznacznik przeżywania historii. Albo zamknę to w sobie i historia umrze, przenosząc się na nagrobki (martwe karty gimnazjalnego podręcznika), albo opowiem to wnukom poruszając się w bliskiej im emocjonalnie rzeczywistości - konkretnych przodków, miejsc i artefaktów z rodzinnego lamusa. Gdy wnuki natrafią na podręcznikową syntezę tych zdarzeń, to suche zapisy zdarzeń ożyją w osobistej percepcji i zakotwią się na dwu poziomach świadomości
W ten sposób dopełni się miara rozumienia i odczuwania historii - w kategorii tak ogólnej jak i w szczególnej - w kontekście ich czasu i przypadającego na nich zakrętu dziejów. Przy okazji zostaną też zaimpregnowane przed największym idiotyzmem współczesności, jakim jest polityka historyczna.
Polityka historyczna jest próbą interpretacji zdarzeń z przeszłości w celu kształtowania świadomości zbiorowej na użytek jakiejś tam ideologii i politycznego koniunkturalizmu. Jest próbą przyporządkowania dziejów tymczasowym i przemijającym przecież ideom i celom politycznym. Polityka historyczna to oszukańcza próba zastąpienia moim wnukom mojej opowieści o pradziadach - jakimś zlepkiem propagandowych haseł (kształtowanych w myśl zasad tzw. marketingu politycznego).
Klasycznym przykładem druzgoczącego dla pamięci narodowej triumfu polityki historycznej jest recepcja wojny 1920 r. w okresie 1949-89 i późniejsza.
Komuniści opowiadali, jak to "polski proletariat" w "patriotycznym porywie" odłożył swój "klasowy interes" i obronił miłą sercu Polaków Warszawę. Lansowano tezę, że bez tego Piłsudski przegrałby swoją nierozważnie wznieconą wojnę. Tezy o "nierozważnej wojnie" wspierano posiłkując się stanowiskiem politycznym Ententy, która jakoby wyznaczyła wschodnie granice Polski zgodnie z "obiektywnymi racjami historycznymi", godzącymi sprzeczne stanowiska walczących stron.
Antykomuniści z kolei twierdzili, że zapał żołnierski Polaków obudziła misja obrony Europy przed marszem bolszewizmu - i to jest dzisiaj podnoszone jako dominujący element historyczny wojny roku 1920.
Do tego dokładano (po obu stronach) różne racje epigonów różnych stronnictw politycznych z czasów odradzającej się Rzeczpospolitej, frymacząc przy tym rolą postaci historycznych i różnymi odcieniami "słuszności" kolejnych kampanii tej wojny.
Dziadek natomiast opowiadał mi, jak jego wuj, emerytowany oficer C.K. armii, zebrał w lipcu 1920 grupę okolicznych kmieciów, ktorzy nie podlegali poborowi i powędrował z nimi do punktu zbornego Armii Ochotniczej. Na pytanie, czemu tak robi, szczególnie przed żniwami, wuj miał odpowiedzieć - jak powstaje Polska, to musi mieć granice. O granice najpierw się bije, a paktuje po zwycięstwie.
Ten prosty, odległy od polityki przekaz starcza mi za cały sens tamtej wojny i podłoże narodowego uniesienia, w jakim przebiegała. Owo wioskowe "pospolite ruszenie" było zwykłą kontynuacją sięgania po szablę, gdy Ojczyzna w potrzebie. Patriotyzm w czystej postaci.
Gdy tylko nie zapomnimy, że w 1920 roku było bliżej pamięcią do zrywu powstańczego z 1861 roku niż dziś do Powstania Warszawskiego, łatwiej będzie zrozumieć o co i dlaczego walczyliśmy w 1920 roku - bez względu na różne bałamucenia różnych polityk historycznych.
Dziś na każdym z nas spoczywa obowiązek dotarcia do własnych dzieci i wnuków z własną historią. Głupotą i lenistwem jest oglądanie się na szkoły czy konwulsje polityczne. Zbiorowa świadomość historyczna narodu, jego pamięć i tradycyjne wartości mają wynikać z milionów świadomości indywidualnych, a nie z narzuconego edukacją czy polityką uniwersalnego "modelu polskości wzór A.D. XXXX" .
Jeżeli mój wnuk nie ogarnie swobodnie pamięcią i sercem dziejów swojego narodu, będzie to, póki żyję, wyłącznie moja wina, a gdybym odszedł, to wina jego rodziców.




Komentarze
Pokaż komentarze