Z okoliczną zwierzyną żyję, właściwie w koegzystencji.
Nie przepadam, tylko za robakami i niektórymi owadami. No i wolałabym, aby myszy polne mnie nie odwiedzały, tak jak to zrobiły kilka lat temu, jesienią. Musiałam, wtedy zastosować przymus bezpośredni. Bo, ile można było wytrzymywać, gryzienie szafki i podkradanie jedzenia.
Jeże i żaby mają się dobrze, no chyba, że mój pies wpadnie na pomysł, iż powinny się z nim bawić. Czasami nie wytrzymują jego temperamentu i schodzą. Chyba na zawały, bo ran kłutych u nich nie widać.
Pod dachem mojego domu mieszka pewna ptasia rodzina, ale to jest towarzystwo bezkonfliktowe.
Pogoda się poprawiła. Słońce kusząco od rana świeciło i grzało.
Pomyślałam, że warto wystawić na jego promienie, swe ciało. Gdy byłam w trakcie "organizacji", na podłożu przy pergoli, nagle spostrzegłam w jednym kącie, małe wzgórki jasnego piasku, które wychodziły ponad moje bloczki betonowe. Zgroza: mrówki.
Co robić? Słyszałam, że jedynym sposobem na mrówki jest wrzątek. Ale, to okropieństwo.
Szczęśliwie do swego ogrodu, który graniczy z moim, wyszedł sąsiad. On poluje /pędzlem, bo malarz i strzelbą, bo myśliwy/ i okazało się, że na walce z mrówkami też się zna. Podobno wystarczy mrowisko posypać proszkiem do pieczenia, aby jego mieszkańcy się wynieśli.
Zastosowałam się. Moje mrowiska wygladają teraz, jak baby proszkowe.
I mam takie marzenie, aby to zadziałało i abym nie musiała zastosować drastyczniejszej metody.
I jeszcze coś o marzeniach:
I
Inne tematy w dziale Rozmaitości