Dzień dzisiaj jest piękny, bo i w miarę ciepły, no i całkiem słoneczny. Tylko te wizyty...
Gdy jeszcze całkiem smacznie spałam obudził mnie dzwonek domofonu, dobiegający od furtki ogrodowej. Wstałam i zaspana podniosłam słuchawkę..., aby się przekonać, kto zacz. Odpowiedział mi męski głos: Mamy cebulę i kartofle, może pani chętna? Podziękowałam, ale: nie. Boć przecież wiosna idzie, więc po kiego mi zapasy tego typu produktów?
Po zakończonej rozmowie podeszłam jeszcze do okna sypialni, aby się przekonać, czy pan się oddalił. A on jeszcze trochę postał i jakby majstrował coś przy mojej furtce. Ale po chwili poszedł do domu sąsiadów z naprzeciwka i się podobnie zabawiał. Po czym podszedł do niego inny pan, bardzo dresowy i poszli dalej, a za nimi podążał duży dostawczy samochód, z ich kolegą, jako kierowcą. Chyba - kolejno - nawiedzali wszystkich sąsiadów. I mam nadzieję, że tylko o handel obwoźny im chodziło.
Uspokoiło się na ulicy, więc postanowiłam jeszcze trochę powyciągać się w łóżku. I, gdy już prawie przysnęłam, znów odezwał się dzwonek domofonu. Tego było zbyt wiele, więc już się nawet nie odzywałam, lecz tylko spojrzałam, kto się dobija. Przed furtką stał facet, z rzucającym się w oczy czarnym - sumiastym - wąsem, a za nim stał samochód, z drabiną na dachu. W tym wypadku, była to chyba pomyłka adresowa, bo ja żadnych usług budowlanych nie zamawiałam.
Wąsiasty pan odjechał. Ale mnie przeszła już chęć na lenienie się. No, bo ile takich wizyt z samego rana - w sobotę - można znosić i się nie zagotować?
Może i oni - wszyscy razem - w duszy byli dobrzy i nie mieli niecnych zamiarów, ale we mnie wzbudzili nieco "morderczych" instynktów, więc dobrze, iż nie spotkaliśmy się oko w oko.
Inne tematy w dziale Rozmaitości