6 obserwujących
202 notki
58k odsłon
  98   0

Być jak Volker

Okładka książki "The Mills Kept Grinding", autor Maricn Małek
Okładka książki "The Mills Kept Grinding", autor Maricn Małek
Czy pisarz może odciąć się od wytworu swojej wyobraźni i jednocześnie nadać temu wytworowi przekonujący rys autentyczności? To tak, jakby ojciec wyparł się własnego dziecka, albo jeszcze gorzej, gdyby matka zwątpiła w narodziny, twierdząc, że krew z jej krwi jest jej zupełnie obca. "Pisząc" Volkera, bardzo bałam się tej zależności i przyznaję, że były momenty, kiedy musiałam się nim stać - być jak Volker... To straszne, ale jednocześnie dziwnie pociągające doświadczenie, wejść w zupełnie inną rolę, przełamać wszystkie bariery i stać się niezależną istotą. Czasami wydawało mi się, że to Jörg dyktuje historię i opowiada swoje myśli, a ja (autor) tylko je notuję.

Szkice literackie do "The Mills Keep Grinding" (A młyny nadal mielą)


Nasze postawy, zwłaszcza w warunkach ekstremalnych, mówią o nas wszystko, ale i nic. Dla twórcy, a właściwie autora, szkic postaci jest czymś więcej niż tylko planem, mapą cech człowieka. W pewnym sensie stajemy się tą osobą, choć nigdy nią nie byliśmy i nie będziemy - przynajmniej nie przy świadomym udziale rozumu. Gdybyście więc zapytali mnie, który z bohaterów "A młyny nadal mielą" jest moim ulubionym, zdecydowanie odpowiedziałbym, że Volker.


Być może to właśnie jego prostota sprawia, że jest tak przewidywalny, jak pozwala wierzyć nasza wyobraźnia. Stworzyłem go z niczego, a raczej z nikogo, w przeciwieństwie do pozostałych bohaterów powieści. Holger i Antoni, zwłaszcza ten drugi, to skrawki ludzi, których znam lub znałem - Antoni jest przede wszystkim odbiciem losów mojego ojca - zwłaszcza w drugiej połowie powieści. Z kolei Wainwright mógłby być poniekąd moim alter-ego, porucznik Adam, kapitan Grzegorz i porucznik Bugaj są tak podobni do moich prawdziwych przyjaciół, że postanowiłem nawet zachować ich prawdziwe imiona.

To swoista niesprawiedliwość, że wyobraźnia pisarza jest w pewnym sensie ograniczona przez jego doświadczenia bądź wypadki życiowe, w których uczestniczył, ale z drugiej strony, jeśli jest wystarczająco plastyczna, może zostać ukształtowana w sferę daleko wykraczającą poza granice czasu i przestrzeni. Tworząc w ten sposób zupełnie nową jakość u początków Nowego Wszechświata, który istnieje tylko jako impuls tej niesprawiedliwie ograniczonej wyobraźni.

Jörg Volker jest właśnie przykładem takiej postaci, która funkcjonuje w pewnej granicy historycznej, odpowiada charakterowi epoki, a jednak w jakiś sposób poza nią wykracza - stając się elementem symbolicznym kwitnącym niezależnie od czasu. Pojęcie zła w fikcji historycznej wielokrotnie oscyluje na granicy rzeczywistości, często czepiając się jej jak pijawka swojego żywiciela. Tworząc postać Jörga, bardzo chciałem uniknąć tego schematu. Widzę go jako alegorię wcielonego zła, ale pod kontrolą umysłu, w którym się ono zakorzeniło. Pozorna głupota i małostkowość postaci rozpływają się jak poranna mgiełka w jego monologach, których w książce jest kilka. Moim zamysłem było powołanie do życia bytu o wielu wymiarach, z warstwami jak cebula, na zewnątrz stwardniałymi i gorzkimi, za to w środku, pod każdą z powłok ukrywa się skrawek prawdziwego człowieka ze wszystkimi swoimi słabościami, ale i garścią zalet, choć w niewielkiej ilości, co poniekąd czyni go znośnym.

Wydaje się, że najważniejszym zadaniem pisarza mierzącego się ze złem jest uczynienie go znośnym dla czytelnika – dzieje się to poprzez połączenie losów bohaterów przesiąkniętych złem z emocjami odbiorcy a rdzeniem tej koncepcji jest odwieczna walka światła z ciemnością - ale czy na pewno?

Wydaje się, że ten sposób postrzegania był już tyle razy eksploatowany, że bez większego wysiłku każdy może go zidentyfikować i odtworzyć w wyobraźni, jakby był to jakiś ogólny wzór wpisany w nasz kod genetyczny.

Dlatego dokonałem tu pewnego zwrotu, czy też, jak kto woli, przewartościowania, odwołując się do formuły równie starej i sprawdzonej jak powyższa - Goethego zmagania się zła z samym sobą, gdzie mniejsze może zwyciężyć (zwalczyć) to większe. Ukaranie niesprawiedliwości i podłości tymi samymi metodami, które zostały użyte do ich osiągnięcia. Taki jest Volker w skrócie i tak właśnie myślał o nim Holger: "Jedno jest pewne, Gerver był prawdopodobnie jedyną osobą na całej ziemi, która zetknęła się z nożem Volkera i przeżyła. Jeśli więc nawet udawał nerwicę okopową, to było to najlepsze, co mógł zrobić w tym przypadku, gdyż z pewnością Volker wydał mu się ową niecną siłą, która lada chwila może powrócić aby dokończyć co zostało szczęśliwie przerwane. Nikt już nie zawracał sobie głowy tym nieszczęsnym człowiekiem, i nawet Behrendt z czasem zrezygnował z dochodzenia prawdy. W końcu Volker, choć nie zupełnie rozumiejąc swoją rolę, stał się «częścią tej siły która wiecznie zła pragnąc wiecznie czyni dobro». Może nie do końca tak, jak u Goethego czy Bułhakowa, ale jednak okazał się sędzią, karzącym niesprawiedliwość i niegodziwość człowieka, do którego zdawały się nie przystawać żadne ludzkie ani boskie prawa."

Czy pisarz może odciąć się od wytworu swojej wyobraźni i jednocześnie nadać temu wytworowi przekonujący rys autentyczności? To tak, jakby ojciec wyparł się własnego dziecka, albo jeszcze gorzej, gdyby matka zwątpiła w narodziny, twierdząc, że krew z jej krwi jest jej zupełnie obca. "Pisząc" Volkera, bardzo bałam się tej zależności i przyznaję, że były momenty, kiedy musiałam się nim stać - być jak Volker... To straszne, ale jednocześnie dziwnie pociągające doświadczenie, wejść w zupełnie inną rolę, przełamać wszystkie bariery i stać się niezależną istotą. Czasami wydawało mi się, że to Jörg dyktuje historię i opowiada swoje myśli, a ja (autor) tylko je notuję.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale