"W naszej klasie, Szóstej Ce, pewne kwestie nie podlegały dyskusji. Np taka: kto jest najsilniejszy w klasie. Albo: kto decyduje o redystrybucji kanapek przyniesionych przez dzieci do szkoły. Albo: komu trzeba stawiać pączki w sklepiku.
Odpowiedź zawsze brzmiała tak samo: Wesoły. Kto miał inne zdanie ten musiał swoją opinię skonfrontować z argumentami Wesołego. A Wesoły miał argumenty silne.
Bo Wesoły był "drugoroczny" i był git. Jego świta miała aspirację do bycia git. A cała reszta klasy - czyli my - to byli frajerzy... A Wesoły z frajerami się nie cackał.
W połowie roku szkolnego sytuacja uległa radykalnej zmianie. Do naszej klasy przeniesiono innego drugorocznego. Ten inny drugoroczny też miał silne argumenty. I jakoś tak od początku nie polubił Wesołego...
Cała uciskana część klasy natychmiast udzieliła mu swojego poparcia. Odmówiliśmy płacenia haraczu Wesołemu, za to - mniej lub bardziej chętnie, ale zawsze dobrowolnie - dokarmialiśmy Nowego.
Trzeba powiedzieć, że Nowy nie zawiódł oczekiwań: miło było patrzeć jak okłada Wesołego pięściami, jak go kopie w krocze... Jak zmusza do szczekania pod ławką i noszenia za sobą teczki...
Potem wprawdzie zabrał się za nas, ale i tak było warto: dla tych kilku wspaniałych chwil..."
No właśnie... Czy warto?
Amin
PS. Odpowiedzi zapewne późnym wieczorem.
PPS. O JKM i podatkach pamietam. Właśnie odzyskałem książkę "Niebezpieczne Ubezpieczenia" Wrócę do niej w najbliższej przyszłości.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)