Zawsze głosowałem. Uważałem, że tak trzeba, że świadomy obywatel musi uczestniczyć w życiu politycznym kraju przynajmniej w ten sposób, że raz na kilka lat wrzuci kartke wyborczą. A przedtem zastanowi się, która partia najlepiej bedzie rządzić. Nie wyobrażałem sobie, że mogę nie głosować. A teraz nie pójdę na wybory!
Nie pójdę, bo to co się dzieje w kampanii, obraża moją inteligencję i dobry smak. Argumenty, że zwycięstwo jednych to nowy stan wojenny, a drudzy dla odmiany zabijają na drogach, są żałosne, poniżej jakiegokolwiek poziomu. A kandydat LiD na premiera mianowany po gościnnych występach na Ukrainie? Wstyd!
Czy ktoś rozmawia o programach lub ważnych problemach? Nikt. Główne partie postawiły na bijatykę słowną, na inwektywy, bon moty i grepsy. Dla ważnych spraw w tej kampanii nie ma miejsca. Czy ktoś mówi o finansach publicznych, autostradach, służbie zdrowia, polityce zagranicznej, tarczy rakietowej, misjach zagranicznych naszych żołnierzy? Nikt. A przecież - do diabła - kampania wyborcza wydaje się najlepszym momentem, żeby podyskutować o takich sprawach i poznać poglądy partii na te tematy. Niestety, nic z tego. Politycy wolą przepychanki słowne.
Co gorsza, obawiam się, że jest to całkowicie świadomy wybór polityków. Pewnie uznali, że dyskutowanie o poważnych sprawach im się nie opłaci. Lepiej prowadzić swoich zwolenników na wojnę. Związać ich emocjonalnie, przekonać, żeby bez wnikania w program uwierzyli danej partii. Pewnie uznali, że w ten sposób zgoromadzą więcej głosów. Pewnie nawet mają rację.
Ale beze mnie. Wiem, że mój protest jest naiwny i bez znaczenia. Ale zrobię to dla siebie, żeby nie tracić szacunku do siebie samego. Coraz niższa frekwencja w kolejnych wyborach pokazuje, że nie tylko ja tak myślę.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)