Marcin Kędryna Marcin Kędryna
4069
BLOG

57 000 zadowolonych obywateli

Marcin Kędryna Marcin Kędryna Kultura Obserwuj notkę 26

Za co kochamy „Top Gear”? Za to, że pokazał nam jak powinny wyglądać programy motoryzacyjne. Za to, że nikt już nas nie przekona, że czerstwe dowcipy z „Automaniaka” są warte oglądania. Za to, że wielu z nas dowiedziało się, że samochody są różne, czyli że niektóre są po prostu złe, no i za to, że niektórzy z nas usłyszeli o markach samochodów, o których wcześniej nigdy nie słyszało.

Szczerze mówiąc zapomniałem o tym, że wystąpiłem o akredytację na „VERVA Street Racing – Top Gear Live”, więc kiedy przyszedł mejl z informacją, że taka została mi przyznana najpierw się zdziwiłem, później poważnie się zacząłem zastanawiać iść czy nie iść. Kiedy się zdecydowałem zrobiła się już 19. Uczynny steward wysłał mnie nie do tej, co trzeba bramy, dzięki czemu mogłem zobaczyć całą kilometrową kolejkę do wejścia. W miejscu, gdzie wydawano akredytacje grupa eleganckich matek z nastoletnimi dziećmi próbowała się awanturować w sprawie organizacji wejścia (dokładniej jej braku) – uważały, że to, że od godziny stoją praktycznie bez ruchu w kolejce nie jest fajne. Nikt im oczywiście nie mógł pomóc, bo z nikim z organizatorów nie dało się skontaktować. Podsłuchałem tylko, że to wina Stadionu, bo mają zbyt mało skanerów do biletów.

Stadion Narodowy uważam za przeklęte miejsce, ale to zupełnie inna sprawa. Na płycie Stadionu trwały przygotowania do wyścigu, w którym trzeciorzędni celebryci ścigali się w maluchach z obciętymi dachami. Wyścig wygrał jakiś DJ, ale na wyraźną sugestię konferansjera publiczność oklaskami przyznała zwycięstwo celebrytce, której maluch po drobnej kolizji się zepsuł.

Później (powtarzano to kilka razy) na telebimie pokazano pary, na które wywierano presję, by się ściskały, bądź całowały. Pary były różnopłciowe. Tylko raz dwóch panów zaczęło się ściskać, ale dzięki Bogu koło nich siedziała para mieszana, która całując się uratowała sytuację.

Od dzieciństwa cyrk kojarzy mi się jak najgorzej. Z niespełnionymi nadziejami, z poczuciem absmaku. To co widziałem na płycie Stadionu kojarzyło mi się właśnie z cyrkiem. Całej sytuacji nie pomagał konferansjer, który plótł jak potłuczony.

Na przykład: na płytę wjeżdża ciągnik siodłowy na telebimie nazywany „ciężarową rakietówką”. Z głośników słyszymy „Nad pięknym modrym Dunajem”. Konferansjer zaczyna coś mówić, że w związku z tym, że „rakietowa ciężarówka” jest z Francji, to ten walczyk powinien jej się spodobać.

Rzeczony ciągnik siodłowy miał z tyłu przymocowaną przeciwwagę, więc jeździł na tylnej osi. Konferansjer coś bredził o „wielkiej mocy”. Do tego z rur zamocowanych z tyłu wylatywały płomienie. Odpowiadała za nie butla z propanem, którą przed zjazdem z płyty pan z obsługi musiał zakręcić.

Zdjęcia „ciężarowej rakietówki” wrzucił na Twittera pan generał Koziej. Chyba bardzo mu się spodobała. Tak w ogóle uważam ataki na pana generała za bardzo niesprawiedliwe. Jak na byłego oficera LWP to bardzo sympatyczny i inteligentny człowiek. O jego inteligencji niech świadczy choćby to, że wybrał „Top Gear Live” zamiast premiery filmu o Wałęsie.

Ale wróćmy do konferansjera. W pewnej chwili przyjechał amerykański radiowóz, z którego wysiadł niekompletnie umundurowany policjant, wrzucił konferansjera na tylne siedzenie i przy aplauzie publiczności odjechali.

Ja na tyle zmarzłem, że postanowiłem zjechać do biura prasowego by się ogrzać i skorzystać z – jak to określono w zaproszeniu – drobnego poczęstunku. Drobnym poczęstunkiem okazały się słone paluszki i to w niezbyt dużej liczbie. Tyle, że było cieplej. To, co działo się na płycie Stadionu można było oglądać na monitorach.

W pewnym momencie pojawił się na nich pan Krawiec, w sportowej kurtce nie wyglądający zbyt korzystnie i powiedział, że na Stadionie jest 57 tysięcy ludzi.

Później były jakieś wyścigi. Nie dosłyszałem jakie. Generalnie wyścigi na piłkarskim stadionie budują podobne napięcie do tego jakie czuliśmy obserwując… pamiętacie tory dla samochodzików produkowane przez firmę Carrera? Dokładnie coś takiego. Jeden z tańszych zestawów.

Gdy wróciłem na trybunę trwały pokazy driftu. Według publiczności wygrał pan, który przegrał, bo mu się półoś urwała. Na koniec bohaterem wieczoru obwołany został Adam Małysz.

Później pan Bogdan wygrał paliwo warte 300 tys. zł. Nie wiem kim jest pan Bogdan, gratuluję mu szczerze. A, to na pewno nie są ani Bogdan Klich, ani Bogdan Zdrojewski. Tych znam. Zwycięzca, pan Bogdan, od tamtych był wyraźnie niższy.

Później był kwadrans przerwy, po którym wybiła 21 i na płytę Stadionu Narodowego wjechał samobieżna scena, na której siedzieli trzej znani nam z telewizji panowie.

Na początku Clarkson postanowił kręcić bączki sceną. Kiedy skończył zaczęły się przesuszone dowcipy: skoro tylu Polaków jest tutaj, kto naprawią moją toaletę. Publiczność nie wstała i nie wyszła. Ma przecież poczucie humoru. Ważne, że przynajmniej zaczęła gwizdać.

Pokazy sprawności kierowców były wyraźnie lepsze niż te wcześniej. Na przykład teraz na sporą wysokość skakali motocykliści, a wcześniej mistrz trialu rowerowego spadł z dachu Iveco.

Później były wyścigi rydwanów ciągniętych przez skutery. Śmieszne. Wygrał Stig. Był balet koparek, zupełnie jak na otwarciu polskiej autostrady.

W międzyczasie się okazało, że w VIP-owskich sektorach wolno palić. Może nie tyle wolno, co nikt nie zabrania. Uważam, że to przegięcie.

Panowie zaprezentowali nam samochodowy curling. Widok zderzających się fiatów doprowadził publiczność do euforii. Clarkson podziękował za to, że kupujemy jego książki. Sprzedaje tu ich więcej niż w Wielkiej Brytanii. Hammond skomentował, że jako, że w Polsce są dobrzy hydraulicy kartki z książek Clarksona nie zatykają toalet, więc dlatego tyle ich się używa. Strasznie śmieszne. Clarkson utrzymywał, że czytamy jego książki, bo nie boi się Niemców. Ja tam wolę Niemców, niż takich sojuszników jak Brytyjczycy.

Kiedy na scenie zaczęły tańczyć dwie Carrery i pani z miotaczami ognia zacząłem się zastanawiać ile autor tego spektaklu ma lat.

Bliżej mi nie znany brytyjski lekkoatleta przeskakiwał najpierw jadące w jego kierunku gokarty (125 – cokolwiek by to miało znaczyć), a później lamborghini Gallardo.

Później był konkurs piękności. Na płytę wyjechało dwadzieścia parę super samochodów, panowie wybrali z nich najpiękniejsze i samochody pojechały. Wygrały lamborghini, ferrari i porsche. Tę ostatnią wybrał Hammond, Clarkson zapytał, czy w Warszawie nie boi się wybierać auta zaprojektowanego dla Hitlera. Swoją drogą tyle GT3 ma wspólnego z garbusem, co ten dowcip ze smakiem.

Pokaz driftu polskich kierowców prowadził do następnego punktu programu. Na płycie pojawiły się Polonez, FSO 1500 i maluch. Clarkson powiedział coś, co można traktować za ukłon w Polską stronę: Z Polski pochodzą świetni hydraulicy, piloci samolotów spitfire, porządne związki zawodowe i papież, ale polskie samochody są do dupy. Zaś brytyjscy hydraulicy są słabi, związki zawodowe to wariaci, a brytyjskiego papieża nie było, za to brytyjskie samochody są świetne. No i potem był wyścig. Polskimi samochodami kierowali chłopcy z TVN Turbo. Panowie z „Top Gear” powozili trójkołowcami reliant Robin.

No i muszę przyznać, że z dużą radością zobaczyłem jak trącony Polonezem reliant Stiga ląduje na boku. Nie wiem, kto kierował Polonezem, czy był to Patryk Mikiciuk czy Adam Kornacki. W każdym razie polskie samochody wygrały wyścig.

Później panowie żartowali z dachu stadion: nie pada, więc nie da się otworzyć.

I na koniec odbył się mecz autofutbolu, który wygrała Polska 6:3, w trakcie meczu Stig zaczął nagle grać po polskiej stronie, ale cóż, to chyba największe zwycięstwo na Stadionie Narodowym.

Na koniec Clarkson powiedział, żeby wszyscy, jako, że jadą publicznymi drogami – jechali szybko.

Po wszystkim idąc do biura prasowego pomyliłem drogę i trafiłem do niewykończonej części Stadionu. Zastanawiam się, czy jest przebudowywany, czy wciąż nieukończony, bo dziś człowiek niczego nie może być pewien – patrz ograniczenie do 100 km/h na A2.

W biurze prasowym byli bardzo, bardzo źli fotografowie prasowi, którym organizatorzy skutecznie uniemożliwili pracę. Najpierw wyznaczając im miejsce tak, by mało co mogli zobaczyć, potem po 10 minutach show wyrzucając ich ze stadionu. Znowu wychodzi, że Eryk Mistewicz ma rację – prawie 60 tysięcy ludzi na bieżąco wrzucało na fejsbuka zdjęcia ze swoich smartfonów, więc po co komu fotoreporterzy.

Wracając, widząc uśmiechnie twarze wychodzącego ze stadionu tłumu zastanawiałem się jak mało ludziom potrzeba do szczęścia. Zapłacić za bilet, odstać trzy godziny w kolejce, później wymarznąć na stadionie słuchając średniej jakości dowcipów. Dowcipów w sporej części z kraju, w którym się urodzili. Jest szansa, że mało co z tych dowcipów zrozumieli, bo akustyka Stadionu Narodowego – oględnie mówiąc – nie jest dobra.

Później pomyślałem, czy któryś z moich kolegów imprezujących później z Clarksonem, Hammondem i Mayem zapytał, czy wiedzą jak ich ojczyzna, która nawet w nazwie ma słowo „Wielka” potraktowała nas w 1939 i 1945 roku? Gdyby tak, może by nieco bardziej ważyli dowcipy.

Ale może się czepiam. Bo najważniejsze, że z „Top Gear” świat się może dowiedzieć, Polak potrafi i kibel zreperować i przed Luftwaffe obronić i z tego powinniśmy być dumni, bo według panów z „Top Gear”, takie na przykład Rumunki, to wiadomo czym się zajmują…

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura