8 obserwujących
48 notek
165k odsłon
  4003   0

57 000 zadowolonych obywateli

Za co kochamy „Top Gear”? Za to, że pokazał nam jak powinny wyglądać programy motoryzacyjne. Za to, że nikt już nas nie przekona, że czerstwe dowcipy z „Automaniaka” są warte oglądania. Za to, że wielu z nas dowiedziało się, że samochody są różne, czyli że niektóre są po prostu złe, no i za to, że niektórzy z nas usłyszeli o markach samochodów, o których wcześniej nigdy nie słyszało.

Szczerze mówiąc zapomniałem o tym, że wystąpiłem o akredytację na „VERVA Street Racing – Top Gear Live”, więc kiedy przyszedł mejl z informacją, że taka została mi przyznana najpierw się zdziwiłem, później poważnie się zacząłem zastanawiać iść czy nie iść. Kiedy się zdecydowałem zrobiła się już 19. Uczynny steward wysłał mnie nie do tej, co trzeba bramy, dzięki czemu mogłem zobaczyć całą kilometrową kolejkę do wejścia. W miejscu, gdzie wydawano akredytacje grupa eleganckich matek z nastoletnimi dziećmi próbowała się awanturować w sprawie organizacji wejścia (dokładniej jej braku) – uważały, że to, że od godziny stoją praktycznie bez ruchu w kolejce nie jest fajne. Nikt im oczywiście nie mógł pomóc, bo z nikim z organizatorów nie dało się skontaktować. Podsłuchałem tylko, że to wina Stadionu, bo mają zbyt mało skanerów do biletów.

Stadion Narodowy uważam za przeklęte miejsce, ale to zupełnie inna sprawa. Na płycie Stadionu trwały przygotowania do wyścigu, w którym trzeciorzędni celebryci ścigali się w maluchach z obciętymi dachami. Wyścig wygrał jakiś DJ, ale na wyraźną sugestię konferansjera publiczność oklaskami przyznała zwycięstwo celebrytce, której maluch po drobnej kolizji się zepsuł.

Później (powtarzano to kilka razy) na telebimie pokazano pary, na które wywierano presję, by się ściskały, bądź całowały. Pary były różnopłciowe. Tylko raz dwóch panów zaczęło się ściskać, ale dzięki Bogu koło nich siedziała para mieszana, która całując się uratowała sytuację.

Od dzieciństwa cyrk kojarzy mi się jak najgorzej. Z niespełnionymi nadziejami, z poczuciem absmaku. To co widziałem na płycie Stadionu kojarzyło mi się właśnie z cyrkiem. Całej sytuacji nie pomagał konferansjer, który plótł jak potłuczony.

Na przykład: na płytę wjeżdża ciągnik siodłowy na telebimie nazywany „ciężarową rakietówką”. Z głośników słyszymy „Nad pięknym modrym Dunajem”. Konferansjer zaczyna coś mówić, że w związku z tym, że „rakietowa ciężarówka” jest z Francji, to ten walczyk powinien jej się spodobać.

Rzeczony ciągnik siodłowy miał z tyłu przymocowaną przeciwwagę, więc jeździł na tylnej osi. Konferansjer coś bredził o „wielkiej mocy”. Do tego z rur zamocowanych z tyłu wylatywały płomienie. Odpowiadała za nie butla z propanem, którą przed zjazdem z płyty pan z obsługi musiał zakręcić.

Zdjęcia „ciężarowej rakietówki” wrzucił na Twittera pan generał Koziej. Chyba bardzo mu się spodobała. Tak w ogóle uważam ataki na pana generała za bardzo niesprawiedliwe. Jak na byłego oficera LWP to bardzo sympatyczny i inteligentny człowiek. O jego inteligencji niech świadczy choćby to, że wybrał „Top Gear Live” zamiast premiery filmu o Wałęsie.

Ale wróćmy do konferansjera. W pewnej chwili przyjechał amerykański radiowóz, z którego wysiadł niekompletnie umundurowany policjant, wrzucił konferansjera na tylne siedzenie i przy aplauzie publiczności odjechali.

Ja na tyle zmarzłem, że postanowiłem zjechać do biura prasowego by się ogrzać i skorzystać z – jak to określono w zaproszeniu – drobnego poczęstunku. Drobnym poczęstunkiem okazały się słone paluszki i to w niezbyt dużej liczbie. Tyle, że było cieplej. To, co działo się na płycie Stadionu można było oglądać na monitorach.

W pewnym momencie pojawił się na nich pan Krawiec, w sportowej kurtce nie wyglądający zbyt korzystnie i powiedział, że na Stadionie jest 57 tysięcy ludzi.

Później były jakieś wyścigi. Nie dosłyszałem jakie. Generalnie wyścigi na piłkarskim stadionie budują podobne napięcie do tego jakie czuliśmy obserwując… pamiętacie tory dla samochodzików produkowane przez firmę Carrera? Dokładnie coś takiego. Jeden z tańszych zestawów.

Gdy wróciłem na trybunę trwały pokazy driftu. Według publiczności wygrał pan, który przegrał, bo mu się półoś urwała. Na koniec bohaterem wieczoru obwołany został Adam Małysz.

Później pan Bogdan wygrał paliwo warte 300 tys. zł. Nie wiem kim jest pan Bogdan, gratuluję mu szczerze. A, to na pewno nie są ani Bogdan Klich, ani Bogdan Zdrojewski. Tych znam. Zwycięzca, pan Bogdan, od tamtych był wyraźnie niższy.

Później był kwadrans przerwy, po którym wybiła 21 i na płytę Stadionu Narodowego wjechał samobieżna scena, na której siedzieli trzej znani nam z telewizji panowie.

Na początku Clarkson postanowił kręcić bączki sceną. Kiedy skończył zaczęły się przesuszone dowcipy: skoro tylu Polaków jest tutaj, kto naprawią moją toaletę. Publiczność nie wstała i nie wyszła. Ma przecież poczucie humoru. Ważne, że przynajmniej zaczęła gwizdać.

Lubię to! Skomentuj26 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale