8 obserwujących
48 notek
165k odsłon
  1759   0

O wiele lepszy melex

Nikt nie zrobił tak wiele, by zdyskredytować przedrostek EKO, co marketingowcy usiłujący wyciągnąć od klientów jak najwięcej kasy za rzeczy, za które normalnie nikt by w życiu tyle nie zapłacił. Czasem jednak próbują nam w ten sposób sprzedawać coś, co jest naprawdę świetne. Gdybyśmy tylko o tym wiedzieli – chcielibyśmy to mieć. 

Wenn ich Ökologie höre… entsichere ich meinen Browning. Zaczęło mi się to chyba na początku 89 roku. To był ten dziwny czas, Okrągły Stół właśnie kończył obradować, do wyborów jeszcze było trochę czasu, a my zupełnie nie wiedzieliśmy o co chodzi. I pewnego dnia zagoniono nas do auli, gdzie wysłuchaliśmy pogadanki pana doktora Fury z Polskiego Klubu Ekologicznego. Ekologia nie była wtedy jakoś specjalnie popularnym tematem. Pan doktor najpierw opowiadał o walce, jaką jego organizacja przez całe lata osiemdziesiąte prowadziła z reżimem. Walce z otwartą przyłbicą (na czym się wtedy nie koncentrował), bo Klub był legalną organizacją. Później zaczął opowiadać, że partie ekologiczne na Zachodzie mają coraz więcej do powiedzenia, coraz więcej i że w Polsce też taka partia powstanie. I – w domyśle – że to może być sposób na karierę polityczną.

Sytuacja była dla nas o tyle dziwna, że nigdy wcześniej nikt w szkole jakoś specjalnie nie próbował namawiać nas do aktywnej działalności politycznej. 
Dr Fura kariery politycznej nie zrobił, założył za to lokalną agencję modelek. Z rodzaju, nad którymi zawsze unosi się jakiś smród (wystarczy w googla wpisać Rores Models). 
Po latach się okazało, że wygląda na to, że pan doktor namawiał nas na działalność ekologiczną służbowo. Czytaj: był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. 
Red. Gawlikowski do esbeckich kwitów podchodzi z rezerwą, więc jeżeli o kimś mówi, że był TW, bez ryzyka procesu można to spokojnie powtarzać.

Tak to za sprawą tajnych służb PRL słowo ekologia pojawiło się w moim życiu. Później z roku na rok było go coraz więcej. Jednak absmak wywołany przez dr. Furę spowodował, że do spraw z ekologią związanych podchodziłem z rezerwą. 
Pamiętacie dowcip o wiejskich gospodyniach pytających: „co to jest penis?” sąsiadkę, u której się na letnisko zatrzymywał student?

Dla mnie wszystko, co w nazwie ma „eko”, to to samo, tylko droższe.

O, tym, że nie wytrzymałem żenady na polskiej premierze BMW i3, napisałem z pół roku temu. Było to dla mnie o tyle dotkliwe że jestem wielkim admiratorem tej bawarskiej marki. 
Wielki admirator, to taki fanboj, jeżeli się wcześniej nie spotkaliście z tym słowem. 
Mając wątpliwości co do zasięgu i ładowania i3 oraz wyżej opisane doświadczenia związane z ekologią, do tego pamięć jazd kilkoma samochodami hybrydowymi, potwornie na i3 nadawałem. 
Aż pewnego dnia naszła mnie refleksja, że skoro już tyle psów na elektrycznej beemce powiesiłem, to może powinienem się nią przejechać.

Ale zanim napiszę wrażenia z jazdy, muszę się cofnąć o jakieś półtora roku. Do mojej wizyty w Muzeum Porsche w Stuttgarcie. A właściwie to jeszcze wcześniej.

W połowie lat 80. w śp. „Echu Krakowa” ukazywała się seria artykułów poświęconych Twierdzy Kraków. Austriackim (choć nie do końca, bo np. fort wokół kopca Kościuszki projektował Feliks Księżarski, ten sam, który zbudował Collegium Novum UJ) fortyfikacjom broniącym miasta przed atakiem – co modne również w dzisiejszych czasach – Rosjan. 
Teksty pisała para naonczas młodych pracowników naukowych Politechniki, Jadwiga i Krzysztof Wielgusowie. Jakoś się z nimi zakolegowałem. No i kiedyś Krzysiek opowiedział mi historię o ciągniku artyleryjskim Daimler M.12 nazywanym Mastodontem. Ciągniku zaprojektowanym przez inżyniera Ferdinanda Porsche. Mastodont ciągnął największe działo austro-węgierskiej armii 305 mm, 24-tonowy moździerz. Ciągnik napędzany był przez 100-konny silnik, który napędzał generator prądu, którym napędzano silniki elektryczne, które napędzały koła (cztery). Krzysiek nie użył określenia „hybryda”, tłumaczył za to, że przy tak ciężkim ładunku żadne znane wtedy cierne sprzęgło nie byłoby w stanie przenieść momentu obrotowego, więc Porsche zastosował taki system, zresztą wciąż używany w lokomotywach spalinowych.

Więc kiedy lat później prawie dwadzieścia czytałem o rewolucyjnym napędzie hybrydowym, jakim to jest osiągnięciem dwudziestego pierwszego wieku, naszła mnie refleksja, że papier to wszystko przyjmie. Za lokomotywą spalinową to większość z nas w życiu jechała, więc ekscytacja napędem hybrydowym wydawała się nieco przesadzona.

Dobrze, ale przenieśmy się do Stuttgartu. Zacznijmy od dygresji. Na najwyższym piętrze Muzeum Porsche jest restauracja. Podają tam ponoć najlepsze steki w promieniu kilkuset kilometrów. Ja tam za mięsem nie bardzo, więc trudno mi ocenić. Ale na alkoholu, zwłaszcza domowej produkcji, znam się dogłębnie. Zamówiliśmy tam na koniec lokalnego sznapsa. Kelnerka przyniosła po kieliszku niesamowitego bimbru z pigwy. Nie nalewki, destylatu. Miał dobre 80 procent. Poprosiliśmy o pokazanie butelki. Odbita na kolorowym ksero naklejka, na niej informacja, że procent jest 38. Zapytaliśmy, czy można to gdzieś kupić. Otóż nie. Szef kuchni przywozi to od jakiegoś bauera. Nie znam niemieckiej polityki akcyzowo-podatkowej, ale najwyraźniej niemiecki Volk ma na nią Atwort.

Lubię to! Skomentuj10 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale