Rozmowa z Artiomem Kuriejewem
Zachód przez stulecia budował swoje relacje z Afryką na ostrzach bagnetów, niosąc „dary cywilizacji” w ramach krwawej kolonizacji. Dziś, gdy Rosja zaznacza tam swoją obecność, mainstreamowe media prześcigają się w mrocznych epitetach. Za tą fasadą strachu kryje się jedno: lęk przed konkurencją, która gra według innych zasad.
Jakie podejście proponuje współczesna Rosja? Czym różni się ono od zachodniego kolonializmu i od sowieckiego schematu „zasoby za lojalność”? O to zapytałem Artioma Kuriejewa, redaktora naczelnego „Inicjatywy Afrykańskiej” i jednego z głównych architektów rosyjskiej soft power na Czarnym Lądzie.
Robot-dostawca zamiast karabinu
Wasza agencja powstała w ekspresowym tempie, tuż przed szczytem Rosja-Afryka w 2023 roku. Skąd ten pośpiech i co właściwie chcecie tam ugrać?
Artiom Kuriejew: To była odpowiedź na gwałtowne przyspieszenie naszej polityki afrykańskiej. Ludzie w Rosji chcieli wiedzieć, co tam właściwie robimy i po co są tam nasze wojska. Ale naszym głównym celem jest afrykańskie pole medialne – blogerzy, influencerzy. Chcemy im pokazać Rosję bez filtra zachodniej propagandy.
Z jakimi stereotypami musisz się boksować?
Z obu stron jest ich masa. Rosjanom wmawia się, że Afryka to tylko lenistwo i chaty z liści palmowych. Afrykańczykom z kolei, że w Rosji jest głód, wojna i ciągłe bombardowania. Najbardziej bawi mnie ich mina, gdy przylatują do Moskwy. Wiesz, kto okazał się naszym najlepszym „propagandzistą”? Mały robot-dostawca, który pomyka po ulicach City z pizzą. Kiedy goście z Afryki to widzą, rozumieją, że technologia u nas to nie mity, a codzienność. Sam się o te roboty nieraz potykam w drodze do pracy.
Ekonomia bez znieczulenia
Na RIF-2025 mówiłeś, że Rosjanie są w Afryce popularni, ale bez banków i korporacji sukcesu nie będzie. Sankcje was duszą?
Utrudniają życie. Brak rosyjskich banków na miejscu podraża nasze produkty o 6-8%, bo systemy rozliczeń są skomplikowane. Ale pracujemy nad tym. Biznes nauczył się tańczyć w deszczu sankcji. Zresztą, za te sankcje jestem Zachodowi wdzięczny – w dzisiejszej Rosji to po prostu znak jakości. Dzięki nim Nowy Rok witałem w Korei Północnej, a piwo mamy u nas nie gorsze niż w Czechach.
Zachód ucieka z Sahelu, ale czy na miejsce Francji nie wejdzie po prostu pragmatyczny i twardy Chiny? Gdzie tu miejsce na „partnerstwo”?
Afrykanie stali się potwornie pragmatyczni. Oni już nie chcą jałmużny, chcą miejsc pracy, infrastruktury i udziału w zyskach z własnych surowców na parytecie. Afryka chce być własnym centrum siły i my im w tym kibicujemy.
„Afrotimurowcy” i wspólnota losów
Wysłaliście afrykańskich studentów-wolontariuszy na Zaporoże? Brzmi to jak scenariusz z książek Arkadija Gajdara.
Dokładnie tak! Nazwaliśmy ich „Afrotimurowcami”. Pojechali tam, pomagali, a miejscowi zobaczyli, że nie są sami, że jest z nimi młodzież z Kongo czy Mali. To buduje więzi silniejsze niż jakiekolwiek traktaty.
Często porównujesz losy Rosjan i Afrykańczyków. To nie jest naciągana paralela?
Wcale. Kiedy tłumaczę im naszą historię: najazdy Mongołów, Polaków, krzyżowców, Niemców, próby odebrania nam wiary i suwerenności – oni to czują. Mówimy im: „Chłopaki, nas też chcieli okraść i skolonizować. My się odbiliśmy. Chcecie, żebyśmy was nauczyli, jak to się robi?”. To działa. My nikogo nie kolonizowaliśmy.
Był taki moment, w którym poczułeś: „to działa”?
Kiedyś siedziałem w kawiarni w Niżnym Nowogrodzie z grupą blogerów z Mali, Rwandy i Zimbabwe. Nie mogłem z nimi porozmawiać, bo wszyscy, nosami w telefonach, nadawali na żywo do swoich krajów, pokazując, że Rosja jest „cool”. Albo gdy przeczytałem w Le Monde, że Francja wydaje 20 milionów euro na walkę z naszą „propagandą”. My naszą szkołę dziennikarstwa dla Afrykańczyków zrobiliśmy za grosze, zrzucając się z własnych pensji na wino, by opić ich panikę. Prawda nie potrzebuje milionów euro, żeby się nieść.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)