MARCIN PROBUS MARCIN PROBUS
36
BLOG

PRZED NASTĘPNYM ATAKIEM LOWELASÓW

MARCIN PROBUS MARCIN PROBUS Polityka Obserwuj notkę 1

W popularnym dziś przekonaniu, miłość i seksualność zlały się w jedno. Zdaje się, że pogląd ten jest jedną z tych wartości, wokół której zjednoczyła się większość członków PO. Widać bowiem wyraźnie, że tamtejsi lowelasi, a więc ci, którzy pragną, aby w życiu politycznym było więcej miłości, przystępują już do karesów i nawet zaczynają się obnażać. To znaczy jeszcze nie fizycznie, na razie wystarcza im, że odsłaniają swe myśli a nieraz i przemyślenia. Media skupiają się głównie na pensées posła Palikota, ale są i inne, również zwracające uwagę. Do grona politycznych zbereźników dołączył kolejny lowelas, Grzegorz Schetyna, niegdyś właściciel klubu siatkarskiego, obecnie MSWiA.  

Grać, żeby wygrać stało się naczelną zasadą szarych eminencji w partiach demokratycznych. Gra staje się w pewnym momencie celem samym w sobie. Zwłaszcza, gdy ambicje nie dają spać, a uprawianie wyuczonego zawodu robi się obrzydłe. O wiele większe napięcia wyzwala spędzanie życia zawodowego polityka na koszt podatników i budowanie wrażenia osoby niezastąpionej. Chcąc, a raczej nie chcąc, żyjemy w ustroju, w którym rządzą nami partie a partiami – ich liderzy. Ewolucja tego na pewno najdoskonalszego z ustrojów przedstawia się na dziś tak, że lider potrzebuje z jednej strony buldoga, żeby – z większym lub mniejszym sensem – poszczekiwał na konkurencję, z drugiej zaś czołgu, którym rozjedzie wewnętrzną opozycję. Jak twierdzą media, rolę czegoś w rodzaju tankietki PO odgrywał Grzegorz Schetyna. I strzelał na tyle dobrze, że zaczął nawet pociągać wyborców, którzy, jak boleśnie z doświadczenia wiadomo, lubią głosować na osoby skuteczne, o wiele rzadziej na ideowe. W roli odstawiacza w kąt niepokornych Rokitów, w proponowaniu ich na ambasadora w Ułan-Bator lub we wzmacnianiu wewnętrznej platformerskiej demokracji poprzez skasowanie wewnątrzpartyjnych prawyborów, Grzegorz Schetyna sprawdził się doskonale i pan Donald Tusk pewnie prędzej zrealizuje wreszcie jakiś wolnorynkowy pomysł, niż powie coś do słuchu swojemu Brunnerowi.  

A wydaje się, że powinien. Zawodowe uprawianie bowiem ruchów frakcyjnych, nie zawsze sprzyja budowaniu politycznych poglądów. Od kiedy szara eminencja brylować musi w mediach, nastąpił bolesny strip-tease i poznaliśmy, co minister sądzi w kilku poważnych kwestiach. Dreszcz  wywołała pochwała Schetyny dla planów stworzenia w Görlitz i Zgorzelcu polsko-niemieckiego centrum upamiętnienia wypędzeń. Konsekwencje stawiania losów agresorów i ofiar agresji w jednym rzędzie mogły nie wpaść do głowy samorządowcom, którzy żyją jedynie chęcią wykazania się czymkolwiek przed własnym elektoratem. Ale pochwała takiego projektu w ustach, ministra i, co by o tym nie mówić, także niegdysiejszego historyka, ma zupełnie inny ciężar. I gdyby nie istniał cień podejrzenia, że minister Schetyna dobrze wie, co mówi, można by było pozostać przy błogim poczuciu, iż był to taki sobie niewinny klapsus, za który zaraz skarci go polityczny patron.  

Wydaje się, że byłoby warto powstrzymać te ministerialne chucie do pokazywania wszystkim wokół, co ma się na języku. Ale może to jednak lepiej, że minister wciąż musi mówić? Przynajmniej możemy się dowiedzieć, co tam w alkowach swoich gabinetów myślą sobie nasi lowelasi.     

Jestem żonaty, dzieciaty i wysoki, a w poglądach konserwatywny i gospodarczo liberalny, noszę okulary i golę się raz na tydzień (czasami częściej).

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka